Strefa czasowa UTC+1godz.


Dzisiaj jest 21 sty 2018, 09:46



Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 23 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
Post: 29 mar 2012, 22:50 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 19
Rejestracja: 21 lut 2009, 19:41
Posty: 1508
Lokalizacja: Elbląg, Gdańsk
Płeć: Mężczyzna
Widzę, że Dragu jest w swoim żywiole. Ja aż się wzruszyłem widząc ten teksy. :D Prawie jak moje wcześniejsze dzieła. Nie przejmuj się chłopie kiedyś z tego wyrośniesz. Chyba że tak jak ja, nie. :D
Jak znajdę trochę czasu to pewnie coś napiszę.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 mar 2012, 09:32 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1965
Też się wzruszyłem. Aż mi się drzazga w oku poruszyła :)

Fanie fantastyki - najpierw ortografia. Poprawność to podstawa. Bez tego ani rusz w pisaniu powieści, opowiadań, felietonów, artykułów, itd, itp. Sama idea takiego bóstwa jest ok, tylko jego przedstawienie leży i kwiczy. Powinieneś może spróbować zrobić tzw "rozpoznanie bojem" - pokazać, jaki jest ten smoczuś, co potrafi podczas jakiejś poważniejszej akcji. Oczywiście, nie musisz pokazywać jego prawdziwej mocy. Wystarczy jej manifestacja. Grom z nieba. Dziesięć tysięcy małych boskich tworów. Boskie tchnienie równe huraganom. Głos uderzający mocniej, niż taran. Coś takiego :)

EDIT: Twoje przedstawienie jest zbyt encyklopedyczne. W książkach fantasy rzadko tak jest, chyba że bóstwo jest nieważne i tylko się o nim wspomina.

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 mar 2012, 10:25 
Igor
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 7
Rejestracja: 08 lut 2009, 10:54
Posty: 3461
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
W jaskini panował prawie zupełny mrok, rozganiany jedynie przez nikłe światło jednej małej świecy, stojącej na biurku zawalonym przez księgi i pergaminy. Przy biurku siedziała postać w białej szacie z kapturem, z której zza krzesła wystawał długi bezwłosy, gruby ogon. Postać pochylała się nad księgą i przebiegała brudnym szponem po jej kartach, przewracając je pośpiesznie. Gdy szpon dotykał liter, te bledły, po czym całkowicie znikały.

* * *


Henry obrócił się nerwowo za siebie w poszukiwaniu wytworów swej wyobraźni. Była duszna, letnia noc, sierp księżyca krążył nad miastem wygrażając nieostrożnym. Poza nim, ulice z rzadka oświetlane były przez latarnie, tak, że w mieście panował przyjemny, pełen grozy półmrok. Henry wszedł ostrożnie w jedną z bocznych uliczek, z gatunku tych pozbawionych jakiegokolwiek światła. W dłoni, pod rękawem, ściskał krótki sztylet, jedyną rzecz dającą mu teraz otuchy. Mężczyzna powoli zagłębiał się w uliczkę, zapomniawszy zupełnie przy jej wejściu o celu swego pobytu tutaj. Teraz rolę myśli przejęły strach i wyobraźnia. Coś poruszyło się w głębi wydając przerażający szelest, coś zaszurało. Serce Henrego zamarło, podeszło pod same gardło. Przed sobą zobaczył ukryte w cieniu, trzy postacie. Stały pośrodku uliczki. Jedna z nich trzymała długie zawiniątko. Henry zbliżał się do nich, z każdym krokiem wydzielając więcej potu. Czuli jego strach? Niewątpliwie. Kim byli? Tego nie wiedział. Miał tylko odebrać paczkę. Jeden z trójki wyszedł przed resztę, podszedł do Henrego i wyciągnął osłoniętą rękawiczką dłoń. No tak, zapłata. Henry nerwowym ruchem sięgnął wewnątrz płaszcza i w tym samym momencie pozostałe dwie błyskawicznie wyciągnęły spod płaszczy naciągnięte kusze celując w Henrego
- spo.. spokojnie Panowie. – wydukał. Głos mu się zupełnie załamał.
No to po mnie – pomyślał. Bardzo powoli wysunął rękę spod płaszcza, trzymając w niej małą, szklaną fiolkę, wypełnioną czerwonym płynem, zatkaną korkiem, oprawioną w srebrny koszyczek. Położył ją na dłoni mężczyzny. Jego twarz dalej skryta była w cieniu, pod kapturem, nie mógł dostrzec więc kim jest ta osoba. Postać zamknęła fiolkę w dłoni, wyciągnęła ostrożnie korek i powąchała płyn. Zadowolona z siebie zatkała korek, jednak cząstka kropelki cieczy skapnęła jej na dłoń, w której trzymała pakunek i wsiąknęła w skórę rękawiczki. Nagle dłoń zaczęła parować i topić się w szybkim tempie. Henry szybko złapał pakunek, kusznicy orientując się co się dzieje wystrzelili ze swych broni i chwycili za miecze. Trzeci mężczyzna złapał się za ranną rękę, której dłoń całkowicie rozpłynęła się na bruku. Stwór upadł na kolana starając się nie wyć z bólu. Stwór, bowiem Henry z bliska mógł dojrzeć, że postać miast twarzy ma szczurzy pysk, z którego wystają ostrze niczym brzytwy, kły. Henry z miejsca padł na ziemię, dzięki czemu bełty ze świstem przeleciały nad nim. Szybkim ruchem sztyletu rozciął paczkę i jego oczom ukazała się oprawiona w ludzką skórę księga, z wyrytymi na niej symbolami bogów chaosu. Skinął w duchu głową, zadowolony podniósł się, rzucił o bruk inną fiolkę i zniknął w chmurze żółtego dymu. Zdezorientowane postacie przebiegły przez dym rozglądając się za wrogiem. Stwór bez dłoni wyzionął ducha i padł na bruk. Jego ciało rozpłynęło się pozostawiając jedynie ubranie.

* * *


Henry stanął na dachu, otworzył księgę, skrzywił się i zaklął cicho.




----------------------------------------

I jak mistrzu Kolgrimie ? :)


A ja mam poradę: Nigdy w tekście nie używaj liczb 54315432, zawsze pisz je słownie , a jeszcze lepiej to unikaj dużych liczebników i używaj ich tylko gdy są niezbędne.

_________________
Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól zrobiĆ, a zrozumiem. - Konfucjusz

"Bez pożegnania nie ma rozstania, jest tylko zmowa milczenia."
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 mar 2012, 10:30 
Administrator
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 21
Rejestracja: 03 lis 2008, 08:07
Posty: 10144
Lokalizacja: Gród Bestiarium
Płeć: Mężczyzna
Do tego należy starać się unikać precyzyjności w liczbach. Jak masz 2001m, to nie pisz "Jego... Ogon mierzył dwa tysiące i jeden metrów", tylko "Jego ogon mierzył ponad dwa tysiące metrów długości!". Nadaje to nutę (małą bo małą, ale zawsze) tajemniczości.

_________________
Wszystko ku chwale większej frajdy!
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 mar 2012, 10:38 
Igor
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 7
Rejestracja: 08 lut 2009, 10:54
Posty: 3461
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
A jeszcze lepiej unikaj dużych liczebników i tak jak mówiłem, zamiast pisać, że ma dwa tysiące metrów długości, napisz, że jego ogon był tak długi, że może miażdżyć nim góry. Albo owijać wokół miasta, cokolwiek takiego, co przemawia do wyobraźni, a nie do mózgu.

_________________
Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól zrobiĆ, a zrozumiem. - Konfucjusz

"Bez pożegnania nie ma rozstania, jest tylko zmowa milczenia."
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 mar 2012, 11:22 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1965
"Mistrzu"? Ja siebie nawet za początkującego nie uważam... :)

Bogowie chaosu! Warhammer! :D

Kilka powtórzeń, których ciężko uniknąć. Fajny opis nocy, ogólnie w całości dobry fragment.
W pewnym momencie się zgubiłem, czytając kilka razy słowo "Stwór". Jest dobrze, bo żadnego dłuższego przedstawienia nie ma, ot zwykła akcja, mogąca być albo samodzielnym tworem, albo też wstępem do dłuższego opowiadanka. W każdym razie - takimi tekstami dobrze się trenuje.
I pytanko - jak długo powstawał ten tekst?

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 mar 2012, 12:03 
Igor
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 7
Rejestracja: 08 lut 2009, 10:54
Posty: 3461
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Około 20 minut pisałem środkową część, która powstała pierwsza. Potem w jakieś 2 minuty wymyśliłem część ostatnią, która wydawała mi się dostatecznie tajemnicza i intrygująca, ale żeby to osiągnąć, brakowało kilku informacji, więc napisałem wstęp, czyli część pierwszą jako dopełnienie :) w jakieś 5 minut. W pół godzince się zamknąłem. Jak ktoś zna warhammera to może doszukać się w tekście kim są owe Stwory, kim jest ów Henry i co przedstawiała całą sytuacja.

_________________
Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól zrobiĆ, a zrozumiem. - Konfucjusz

"Bez pożegnania nie ma rozstania, jest tylko zmowa milczenia."
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 20 kwie 2012, 14:30 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1965
Tym razem tekst nieco dłuższy, ale musiałem odreagować po ostatniej lekturze. I zajął mi dwadzieścia pięć minut uwagi, a już teraz jestem pewien, że zajmie o wiele więcej.

=^-_-^=

Był październik. Dokładniej, szesnasty października 1968 roku. Dobrze zapamiętałem tę datę, ponieważ kilka dni wcześniej, bodaj dwunastego, dzięki doskonałej myśli technicznej Taffarów, poświęcenia Kilgonów i oczywiście ochotników od nas, Leranów, udało się wysłać po raz pierwszy człowieka w kosmos. Szczegół, że ten człowiek niedługo później zginął, ale to - jak się rzekło - później. U Taffarów rządził wtedy naczelny wódz Rajkhim Twarda Ręka, który rzeczywiście potrafił postawić na swoim, jak i porządnie trzepnąć kogoś w pysk. Władał już od jakiś siedmiu lat, więc za rok miały się odbyć wybory na następną kadencję naczelnego wodza. Kilgonami rządził niezbyt śmiały, wiecznie zapatrzony w przeszłość, wypominający historyczne krzywdy, elekcyjny król Ellandwerdeth "Zielony Liść". Miał porządzić jeszcze tylko przez kilka lat, ale o tym wówczas nikt nie wiedział. U nas zaś, po wyborach międzystanowych, prezydentem został Jack Franklin-King. Koleś, który na pewno na prezydenta się nie nadawał, zresztą sam tak powiedział. A jednak wszystko, co sobie zamierzył, udawało mu się. Dopiął swego, gdy człowiek został wysłany w kosmos. Nie jakiś czarny, czy czerwony karzeł od Taffarów. Nie któryś z wysokich, ostrouchych i zapatrzonych w dżungle Kilgonów. To był nasz, człowiek, John DeLue. Pierwszy astronauta, któremu się udało. Czy ostatni? Nie wiedziałem tego. Ale gdybym wtedy posługiwał się wiedzą, jaką mam teraz, zdecydowanie chciałbym, żeby był ostatni.
Nie tylko dlatego ta data zapadła mi w pamięć. To była kolejna, trzecia rocznica mojego pojawienia się tutaj. W tym świecie. To, co było wcześniej, zawsze pozostawało dla mnie wieczną pustką. Tak, jakbym żył wśród tych wszystkich ludzi, karłów i ostrouchych bez świadomości, która po prostu pewnego dnia się przebudziła. I przy okazji wykasowała mi większość pamięci.
Mieszkałem wtedy w miasteczku zwanym Dubson, w stanie Rugham, z daleka od niebezpiecznych granic z innymi państwo-rasami. Tam zawsze było gorąco. Miałem wynajęty dom na ulicy Granta. Co dzień budziłem się o godzinie piątej pięćdziesiąt dziewięć po to, by wyłączyć budzik przed czasem i zacząć żyć, jak każdy inny człowiek. To, że nie byłem jak inni, to wiedziałem. Nie miałem tylko pojęcia jak bardzo się od nich różnię.
Tamtego dnia wstałem jak zwykle, zjadłem te same płatki na śniadanie (nie chciało mi się robić nic innego) i przebrałem się w ten sam nudny garnitur. Zabrałem teczkę, wyszedłem z domu i pojechałem do pracy jedną z niewielu pamiątek po przeszłości, której nie znałem. Rogers - tak nazywał się ten cud samochód, który palił tak mało, że tankowałem raz na dwa tygodnie i którym jeździło się tak przyjemnie, że każdy inny wóz przy nim, to stary traktor.
Mówiłem już, że pracowałem w szkole? Tak, było to liceum imienia jakiegoś polityka, który jednego dnia miał wielką wizję zmiany świata, a drugiego kulkę w głowie. Miałem stanowisko szkolnego pedagoga, które dzielnie dzierżyłem już ponad miesiąc po tym, jak poprzedni pedagog się powiesił. Ja nie miałem takich zamiarów. Ale nie wiedziałem też co mnie może tam czekać, więc nieco się bałem. W końcu przepracowałem ledwie miesiąc. Uczniowie albo nie przychodzili do mnie wcale, albo całą pracę załatwiała za mnie pani dyrektor, którą - nawiasem mówiąc - ledwie zdążyłem poznać, bo była wiecznie zajęta. Zapewne gdyby mogła, to sama by nauczała wszystkich i wszystkiego, czego się da.
Tak jak co dzień zajmowałem możliwie dalekie miejsce od szkoły na szkolnym parkingu, by nikt się nie przyczepił, że zająłem jego parking. Przy wejściu zawsze witał mnie woźny. Tak też zrobił tym razem.
- Dzień dobry, panie Cazalet.
- Och, Jake, tyle razy ci mówiłem, żebyś mówił mi Tony.

Tak się nazywałem. Tony, a właściwie Antonio Cazalet. Tak było w moich papierach, które znalazłem przy sobie po "przebudzeniu", które nazywałem pojawieniem się tu. Miałem papiery psychologa, pedagoga, historyka i nauczyciela języka. Czy się na tym znałem? Powiedzieć, że tak byłoby grubą przesadą. Nic nie wiedziałem o historii mojej ojczyzny, ani państw naokoło. Język owszem, potrafiłem, jednak często popełniałem błędy, dopóki nie przeczytałem kilku książek. Czytać lubiłem, ale w papierach nie było nic, że prowadziłem księgarnie, albo chociaż miałem jakąś posadkę w bibliotece. Co do psychologii - każdy człowiek, który potrafi na podstawie kilku oczywistych faktów wysnuć wnioski, jest doskonałym psychologiem.
- Dobrze, panie Tony. - Odpowiedział. Przez następne parę chwil rozmawialiśmy dosłownie o niczym. Były to tematy tak trywialne jak wysyłanie człowieka w kosmos, oraz nowa kochanka naszego prezydenta. Jednak podczas tego przyglądałem się cały czas Jake'owi. I zastanawiałem się co o nim właściwie wiedziałem. Nazywał się Jake Caughbert, niedługo miał obchodzić czterdzieste siódme urodziny (a więc był szesnaście lat starszy ode mnie), posiadał domek, przeciętną żonę, oraz świadomość, że nigdy nie będzie mieć dzieci. I to było właściwie tyle. Reszty mogłem się domyślać. Zarabiał mniej ode mnie, może nawet tylko trzysta dolarów na miesiąc. Oczywiście, można było z tego wyżyć. Ja przeżyłem pierwsze pół roku mając jedynie stówę w portfelu i nadzieję, że ta pieprzona migrena w końcu przejdzie. Nie przeszła nigdy. Ale człowiek potrafi się przyzwyczaić do bólu, który staje się po prostu kolejnym elementem codzienności.
Gdy już miałem się żegnać z panem Caughbertem, powiedział kilka ciekawszych niż cała nasza rozmowa słów:
- Słyszał pan, że mamy nową nauczycielkę angielskiego?
- Nie...
- Ach, bo przyjechała dopiero w sobotę. A pan raczej od piątku nie przebywał w szkole.
- To było stwierdzenie, nie pytanie, więc nie uznałem za celowe odpowiadać.
- I co z nią?
- Nazywa się Sandra Mellacknot. Dziwne nazwisko, nie uważa pan?
- Zapytał. Wzruszyłem ramionami. Dla mnie każde nazwisko było tak samo obce, jak moje własne. - W każdym razie jest ona tak samo zagubiona jak pan, gdy pan zaczął. Mógłby jej pan to i owo wyjaśnić, dobrze? - Jasne. Tyle, że ja nadal nie mogłem odnaleźć się w wielu sprawach w tej szkole. Ale porozmawiać, oprowadzić mogłem.
- Dobrze. A teraz, jeśli pozwolisz, pójdę do swojego gabinetu. Mam ciekawą książkę i cały dzień na jej przeczytanie.
- Miłej lektury. - Pożegnał się ze mną.
Nie kłamałem co do książki. Opisywała jakiegoś podróżnika między światami, a literatura fantastyczna była tu rzadkością. Rzadkościa, która zawsze zwracała moją uwagę.
Przeszedłem w spokoju przez cichy korytarz. Minąłem kilku nauczycieli, z którymi się szybko przywitałem. Uczniów jeszcze nie było. Przychodzili dopiero o siódmej, a do tego czasu było jeszcze piętnaście minut.
Wszedłem do swojego gabinetu i natychmiast zanurzyłem się w jego półmroku. Moje składane krzesło przy biurku nie zachęcało, więc usiadłem na fotelu dla obiektów mojej pracy. Zapaliłem małą lampkę, otworzyłem książkę nazwaną "Czarne wrota" i zagłębiłem się w lekturze na kilka długich godzin.

=^-_-^=

To na tyle. Jednak chcę Wam teraz wytłumaczyć dlaczego zdecydowałem się wrzucić tu ten tekst... Otóż piszę go zupełnie bez żadnego planu, konspektu, czy nawet zarysu fabuły. Nie mam pojęcia jak to się skończy, nie wiem jak dokładnie wygląda świat. Ja tylko piszę. Reszta się sama ułoży. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Mam też propozycję - możecie bezpośrednio wpłynąć na ten tekst. Podrzucać nawet gotowych bohaterów, rozmawiać z Cazaletem, bądź też mówić co i gdzie ma się stać w tym dziwnym świecie. Nie chcę, by to był kolejny tekst, który gdzieś mi tam kiełkuje w głowie. Możecie mi mówić gdzie i z kim bohater ma się spotkać w następnej scenie. Pamiętajcie - ten tekst nie tylko jest mój. Jest też Wasz, o ile dołożycie coś od siebie.
Możecie tu sami dopisywać fragmenty tekstu, bądź mówić mi po prostu co mam opisać.

PS: Proszę tylko, żebyście nie zmieniali, ani nie kazali mi zmieniać tego, co już napisałem, ani głównej postaci - ona powstawała we mnie dłużej, niż te niecałe pół godziny.

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 mar 2014, 13:17 
Paladyn
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 7
Rejestracja: 18 cze 2010, 10:22
Posty: 2657
Lokalizacja: Freie Stadt Danzig
Płeć: Mężczyzna
Powoli wracam do pisania, pracuję nad czymś nieco większym, ale w międzyczasie takie małe ćwiczenie: opis walki. :)

Cytuj:
W końcu nadszedł ten dzień. Stanęliśmy na przeciw siebie, tu, na ubitej ziemi. To, co wyrządził ten człowiek, można było naprawić tylko jego krwią. Zawczasu wyciągnięliśmy już miecze, dzierżąc je teraz w dłoniach. Obserwowaliśmy się wzajemnie, czekając na to, który pierwszy wykona ruch.
Zrobił niespodziewany wypad. Musiałem odskoczyć, aby uniknąć ciosu. Testował moją czujność. Powziąłem miecz oburącz i zacząłem go otaczać. Zrozumiał, co się dzieje i również zaczął się poruszać, skutkiem czego ruszaliśmy się po okręgu. Zaatakowałem pierwszy, szybkim ciosem od góry. Wiedziałem, że obroni atak bez trudu, dlatego też zmieniłem tor lotu ostrza tak, aby cięło go w lewy bok. Miał świetny refleks, zdołał zmienić pozycję swojego miecza i się obronić, po czym zatoczył szybkiego młyńca nad swoją głową i wymierzył cios w moją tętnicę szyjną. Znów musiałem odskoczyć. Przez chwilę znów krążyliśmy, po czym to on zaatakował pchnięciem. Miał długie ręce, przez co takie ataki były bardzo niebezpieczne. Zrobiłem unik w bok, tak aby uniknąć jego ostrza, po czym doskoczyłem do niego piruetem i z wymierzyłem cios, wykorzystując impet obrotu. Niestety, manewr trwał za długo, więc on zdążył już postawić osłonę. Dwa kawałki stali zderzyły się. Żaden z nas jednak nie odpuszczał, dlatego trwaliśmy tak bez ruchu, napierając. W końcu, tamten znalazł siły i odepchnął mnie, po czym wykonał szereg szybkich cięć w boki. Po odepchnięciu musiałem się szybko ogarnąć, dałem jednakże radę i odparłem ataki przeciwnika. Jednak ten atakował bez przerwy. Miał przewagę fizyczną, niewielką, ale jednak. Kolejne ciosy nadchodziły jak gromy z nieba. Nie pozwalał mi skontrować, wiedział, jak obrona potrafi być męcząca i nużąca. Czekał, aż stracę uwagę, albo się zmęczę. W końcu zrobił potężny wypad prawą nogą, po czym nastąpiło potężne cięcie od góry, które wytrąciło mi miecz z ręki. Musiałem się odsunąć kilka kroków, gdyż przeciwnik zbliżał się do mnie nieubłaganie, a wizja bliskiego spotkania z jego mieczem, nie wydawała mi się pociągająca. Przypomniałem sobie o jeszcze jednej rzeczy, którą miałem przy sobie, a która mogła mi się przydać. Musiałem go tylko zmusić do zmiany pozycji. Odszedłem więc trochę w bok, a gdy stwierdziłem, że nasza odległość do mojego miecza jest taka sama, wyciągnąłem z ukrytej pochwy sztylet i rzuciłem nim w przeciwnika, po czym rzuciłem się w kierunku leżącego na ziemi miecza. Nie chodziło mi o trafienie, tylko o zyskanie odrobiny czasu, ponieważ przeciwnik przed bronią musiał się jednak uchylić, więc na kilka chwil przestał zwracać na mnie uwagę. A kiedy sztylet na stanowił już zagrożenia, byłem już uzbrojony i zalałem go mnóstwem ciosów. Był nieprzygotowany, widać to było po obronach na pierwsze ataki. W końcu, gdy zdołał się znów całkowicie zanurzyć w wirze walki, po jednym z moich ataków skontrował uderzeniem od góry. Byłem na to przygotowany. Obroniłem, odchodząc w międzyczasie nieco w bok, i pozwoliłem mojemu mieczowi, aby ześlizgnął się po jego ostrzu w kierunku jego ciała. Nie zdążył uskoczyć, stal trafiła go w lewy bok pod pachą. Zawył. Odszedł, złapał się dłońmi za ranę. Po czym, z wrzaskiem na ustach, zaatakował dziko. To był jego błąd. Uchylając się, przed jednym z jego bezładnych ataków, znalazłem się po jego prawej stronie. Zdążył tylko obrócić głowę, kiedy moje ostrze oddzieliło ją od reszty ciała, które po dekapitacji osunęło się bezwładnie na ziemię. Podszedł do głowy. Otwarte oczy wyrażające zdumienie i strach jednocześnie patrzyły bezuczuciowym zworkiem na swojego zabójcę. Ten powziął ją za włosy. Podszedł do swojego konia, którego zostawił nieopodal i schował trofeum do torby przyczepionej do wierzchowca.
Teraz mógł wracać do domu.


Śmiało proszę rzucać błotem, to jest tylko trening. Wszelkie wytykanie nielogiczności, propozycje zmiany na lepsze są mile widziane. :)
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 mar 2014, 13:28 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 2137
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
Przyznam, że nie lubię czytać opisów walk, bo zawsze się gubię i mimo barwnego opisywania i tak nie mogę sobie tego wyobrazić :D Widziałam tam dużo powtórzeń, albo nie było ich dużo, tylko mi się zdawało. Tak czy siak, za dużo na taki krótki tekst :D I to na końcu... Średnio rozumiem. Masz zdanie: "Zdążył tylko obrócić głowę, kiedy moje ostrze oddzieliło ją od reszty ciała,...", a następne jest już "Podszedł do głowy. (...) Ten powziął ją za włosy. Podszedł do swojego konia,...". Z takiej nagłej zmiany narracji wychodzi na to, że to ten martwy wziął swoją głowę i podszedł do konia xD A rozumiem że to nie tak miało być :D

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 23 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron