Strefa czasowa UTC+1godz.


Dzisiaj jest 22 cze 2018, 14:14



Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 20 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
 Tytuł:
Post: 09 lut 2014, 18:36 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 2006
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
Uuuuuuuuuu, tak bardzo świetne... Serio. Ta dopisana strona jest po prostu świetna. ALE! Znalazłam jedno powtórzenie xD

Kolgrim pisze:
Arhus nawet kilkukrotnie nawet dopuścił do takiej sytuacji


Poza tym, chyba nie mam się do czego przyczepić. Trzym tak dalej! :D

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 12 lut 2014, 11:00 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1838
To, co było wcześniej (ci, którzy czytali, niech otworzą sobie drugi spojler):

[bb spoiler]

Prolog.

Była ich piątka. Dwóch wielkich jak dęby drabów z tępymi wyrazami pysków. Bracia? Możliwe. Ubierali się w ten sam sposób i obaj nosili długie miecze, które w ich wielkich rękach wyglądały na niewielkiej wielkości noże. Dwaj mniejsi, lecz też wysocy, którzy raczej nie byli rodziną - jeśli jednak, to bardzo dobrze to maskowali, bądź sami o tym nawet nie wiedzieli. Pierwszy, z widocznie kiedyś złamanym nosem, uzbrojony był w długi łuk z nałożoną na cięciwę strzałą z drogim, lecz przydatnym w tej sytuacji srebrnym grotem. Drugi zaś z wyglądu wyróżniał się dużą szramą przebiegającą przez pół twarzy, tak jakby ktoś chciał koniecznie poszerzyć mu uśmiech. Uzbroił się w coś podobnego do bosaka do wyławiania rzeczy w rzecy, lecz jego narzędzie było nieco bardziej wyszukane, czyli o wiele dłuższe, niż wspomniany wcześniej bosak, oraz zakończony nie jednym hakiem, a trzema i to rozdwojonymi.
Piąta była, wierzcie lub nie, dziewczyna. Głęboka, masywna, czerwona szata przypominająca po prostu koc, skrywała wszystkie jej atuty. Jedyne, co było widać, to głowa. Mała, skupiona twarz, włosy zgolone idealnie na łyso i oczy skrywające dziką duszę.
Była ich piątka.
Wszyscy byli trupio bladzi.
Wszyscy w tym momencie śmiertelnie się bali. Przynajmniej tak to wyglądało.
Wędrowali w gęstej mgle już dobry kwadrans. Zgubili drogę już dawno temu. Wiedzieli, że jedyną ich szansą na przeżycie jest trzymanie się razem. Wiedzieli, że wróg czai się we mgle. Nie wiedzieli jednak, że ich przeciwnik jest mgłą.
Najwięksi z ich grupy stanowili najłatwiejszy cel. Oni byli pierwszą ofiarą. Obaj bracia, w tym samym momencie stracili głowę. Wyglądało to jakby weszli prosto w niewidzialne ostrza, które były na poziomie ich gardeł. Pozbawione ciał głowy potoczyły się we mgłę.
Reszta drużyny przeszła kilka kolejnych kroków, zanim w ogóle się zorientowała, że ich liczebność właśnie zmalała. Gdy jednak to spostrzegli, nikt nic nie powiedział. Po prostu zaczęli iść szybciej. Jeszcze to nie był bieg, lecz bardzo szybki marsz. W pewnym momencie jeden z nich - konkretnie ten z blizną na twarzy - nie dotrzymał im kroku i został w tyle. Łucznik i dziewczyna zatrzymali się, szukając nerwowo wzrokiem towarzysza, jednak ich pole widzenia było zbyt ograniczone przez mgłę, by mogli coś dostrzec.
- Idziemy dalej. - Zadecydowała dziewczyna i pociągnęła łucznika za fragment naramiennika. Ten tylko spojrzał na nią nerwowo.
- Nie! Dalej czeka nas tylko śmierć.
- Śmierć czeka na tych, co zostają w tyle, Vilhelmie.
- Odparła lodowatym głosem i miała się ruszyć, gdy dobiegł ich obojga jakiś hałas.
Jęk? Krzyk? Płacz? Albo wszystko na raz. Wtedy usłyszeli kroki. Ciężkie, okute buciory, które zmierzały wprost w ich kierunku. Łucznik napiął cięciwę ze wszystkich sił, starając się określić miejsce z jakiego dobiegały te dźwięki.
Hałas narastał, a człowiek nie mógł się zdecydować, strzelić, czy nie strzelić, co tam jest, co to jest, strzelić, czy nie strzelić, a jeśli to nic groźnego, a jeśli...
Dziewczyna pociągnęła go lekko za pas. Zaskoczony mężczyzna wystrzelił, trafiając idealnie w mostek człowieka, który nadbiegł. Człowieka z bronią przypominającą bosak, oraz z blizną na twarzy, która poszerzyła mu uśmiech. Teraz do zestawu doszła strzała sztywno tkwiąca w korpusie mężczyzny.
Łucznik padł na kolana. Nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł ogarnąć umysłem, że gdy wchodzili w mgłę było ich o wiele więcej. Byli wtedy gotowi na wszystko, mogli się zmierzyć z każdym złem. Byli dobrą i zgraną kompanią, do kurwy nędzy! I w ciągu niecałych dwudziestu minut wszystko się zmieniło, zaś on sam, Vilhelm Honorowy z Garonsandt, zastrzelił swego towarzysza.
Klęczał obok ciała i mówił cicho, lecz tak, by go słyszała stojąca obok dziewczyna:
- To wszystko nie miało tak pójść. To wszystko przez... Ciebie. - Wymierzył w nią palec i wstał. Wyjął ukryty za pasem sztylet. Był gotów pchnąć ją, zabić, byle ten koszmar się skończył.
- Tak. To wszystko moja wina. - Odpowiedziała. - Ale wiedzcie, że ponieśliście śmierć po to, by stało się coś większego i ważniejszego, niż wasze żałosne żywoty.
Zbliżył sztylet do jej twarzy.
- Ja ci kurwo... Zaraz. Jak to zginęliśmy? - Spytał. I wtedy gigantyczna, utkana ze mgły dłoń porwała go w ciemność.
Z tego, co dziewczyna słyszała, został po prostu rozerwany na strzępy.
Uklękła na jednym kolanie, pochylając mocno głowę. Czekała. Przed nią mgła powoli się skupiała z jedną, mroczną postać.
- Dobrze cię widzieć, Atio. - Powiedział wielki, stworzony z mgły wilk do dziewczyny opatulonej w czerwony płaszcz. Jego głos brzmiał jak małe, lodowate igiełki, które wbijają się w uszy i nie pozwalają się na niczym skupić. - Cieszę się, że przyniosłaś mi ofiarę. Czego oczekujesz w zamian? Możesz mówić, oczywiście.
- Pellarze, panie mgły, władco pustkowi, który siejesz terror w sercach podróżujących, mam wielką prośbę, którą nawet tobie będzie trudno spełnić.
- Zaczęła dziewczyna.
- Och, nie ma dla mnie nic nazbyt trudnego. Wypełniłaś swoją część umowy, a ofiara z ludzi, jaką tu przywiodłaś, bardzo mnie zadowoliła. - Wilk aż mlasnął, a z mgły utworzył sobie wielki, szyderczy uśmiech.
- Pellarze, wielki wilku, chcę byś uwolnił mnie od czegoś. Uznajmy, że to mój ostatni dar dla ciebie.
- Och. Lubię dary. A cóż to za dar?
- Moje brzemię.
- Odpowiedziała dziewczyna, jednym ruchem zdejmując z siebie płaszcz.
To, co mu dała, było ostatnią rzeczą, jaką Pellar, wielki wilk, pan mgły, władca pustkowi, ten który sieje terror w sercach podróżujących zobaczył w życiu.
Dziewczyna bowiem ofiarowała mu swoją własną śmierć.


Rozdział pierwszy.


Tysiącletnia opowieść głosi, że to właśnie pierwsza wiedźma, Morgana, przywołała demony na ten świat, użyczając im swego ciała, jako bramy między wymiarami. Jednak nie zrobiła tego za darmo. Wiedźma łaknęła mocy, i to większej niż ta, która jest ukryta w ludzkim ciele. Demony ofiarowały jej pewien rodzaj nieśmiertelności - za każdym razem, gdy umierała, rodziła się na nowo, a po osiągnięciu odpowiedniego wieku, przypominała sobie wszystkie poprzednie wcielenia i znów stawała się wiedźmą.
Wielki marsz wiedźm, datowany na rok 1625 (w niektórych kronikach 1626, a nawet 1627), został poprowadzony właśnie przez Morganę. To również ona sprowadziła wielką plagę demonów dziesięć lat temu opętując cesarza Zethara Pierwszego. Obie te katastrofy zostały zakończone przez członków mitycznego zakony Łowców Wiedźm. Choć wielu podważa, czy też otwarcie neguje jego istnienie, ja święcie wierzę, że jego członkowie strzegą nas przed czarownicami, oraz złem, które one mogą sprowadzić. Strzegą nas przed potęgą, która potrafi jedynie niszczyć. Tak, to muszą być oni. Bo jeśli Łowcy Wiedźm tego nie robią, to kto?


Jolly, starszy skryba zamku Fellander.
Zapiski z czasów Ery Słonecznej, rok 1942, wrzesień, dzień dziewiąty.

***

- Malcolm! Do komnaty! - Ostry, donośny, kobiecy głos przebył korytarz i trafił do uszu jednego z kilku łowców wiedźm oczekujących właśnie na audiencję.
- No, twoja kolej. - Jeden z wojowników, wielki łowca zwany Gavirem, klepnął w plecy swego kolegę po fachu. - Tylko wróć stamtąd w jednym kawałku.
- Jest z nią aż tak źle? - Zmarszczył brwi wywołany, czyli Malcolm. Łowca średniego wzrostu, o wyglądzie przeciętnym aż do bólu. No, może poza obciętym w połowie prawym uchem, czy też krótko ostrzyżonymi czarnymi włosami. W końcu panująca w cesarstwie moda nakazywała mężczyznom zapuszczać długie, gęste włosy. Jak Gavir, na przykład, który się starał to zrobić, lecz nie bardzo wiedział co zrobić z grzywką, więc co chwilę wielki wojownik musiał ją odgarniać.
- Tak. Nie radzę też podskakiwać. - Poradził uprzejmie i wyuczonym przez ostatni miesiąc ruchem odgarnął włosy z czoła.
- Coś się stało, że tak mówisz?
- Tak!
- Wybuchnął nagle słowotokiem Gavir. - Wyobraź sobie, że ta kur...
- Chyba jednak nie chcę wiedzieć...
- ...wa kopnęła mnie dziś w jajca! I to kompletnie za nic. Nawet nie pierdnąłem przy niej, nic jej nie zrobiłem, cholera, nawet ostatnio zachowuję się lepiej i prawie skończyłem z przeklinaniem!
- Prawie robi różnicę
. - Wtrącił Malcolm.
- Kurwa, nie przeklnąłem już od dwóch dni, nie licząc tej rozmowy. No i rozmowy z piekarzem. I sprzeczki ze służbą. I wczorajszego picia w karczmie. Ale to już postęp, prawda? - Zapytał kolegę.
- Tak, bo wszyscy widzą twoje niesamowite poświęcenie w służbie dyplomatycznego wysławiania się. A teraz wybacz, muszę iść. Vi ma prawdopodobnie dość bycia ignorowaną. - Malcolm wstał.
- Uważaj, bo ta suka potrafi być niemasochowistycznie...
- Niesamowicie.
- ...no, bardzo szybka!
- Wiem to, Gavirze. Przecież sam ją trenuję i muszę przyznać, że lepszej uczennicy jeszcze nie miałem.
- Powiedział i wszedł do środka.
- C-co? - Jęknął zmieszany Gavir i pogrążył się w swoich prostych, unikających złożoności myślach.

***

- Malcolm. - Zaczęła Vi. Cicho, bez emocji. Jednak łowca wiedział, że emocje były uzewnętrzniane przed chwilą. Rozbite wazony, połamany kałamarz, podarte papiery... Krótko mówią, jego szefowa, pani na Fellander, baronowa Zielonego Stoku oraz prywatnie i potajemnie władczyni serca, była wściekła. Czy na niego? Nie wiedział, nie znał po prostu odpowiedzi na to pytanie. Jednak odpowiedź przyszła sama i to w formie, jakiej by sobie nie życzył.
- Czy ty do cholery jasnej masz w tej jamie ziejącej między twymi uszami jeszcze jakiś mózg? - Vi rozpoczęła ofensywę bez ostrzeżenia, nie dając żadnej szansy na obronę w tej taktyce wojny błyskawicznej. - Oj, przepraszam, między jednym uchem, a nędznym kikutem, który zastępuje ci drugi ucho. Bogowie, jakiś ty dzisiaj brzydki. I nieogolony. I... śmierdzisz! Jak śmiesz śmierdzieć w mojej obecności?!
Normalnie, Malcolm by ją wyśmiał. Szczerze mówiąc, w tamtej chwili ledwo powstrzymywał się od parsknięcia szczerym śmiechem, ale najwyższym wysiłkiem woli opanował się i słuchał dalej. Był ciekaw o co jeszcze Vi go oskarży. Może tym razem się wścieknie za nieobcięte paznokcie?
- No pewnie, nie odpowiadaj! Pozwól mi mówić, tłumaczyć się za ciebie, dlaczego ja zawsze muszę się za was wszystkich tłumaczyć?! I dlaczego to ty sprawiasz najwięcej problemów?! Każdy inny łowca działa po cichu, delikatnie się porusza, dyskretnie eliminuje zagrożenie, ale nie ty! Ty musisz się pokazać wszystkim, musisz zawsze pochlastać jakiegoś chłopa, który bije żonę! Musisz porąbać jakąś niegroźną bandę, która zbierała tylko myto pod jakimś zapyziałym, zapomnianym przez bogów mostem! Cholera, nie musiałeś nawet tamtędy przejeżdżać! A ten kupiec?! Nie musiałeś go zabijać! Wiesz czyim on był synem?! Nie mogłeś go chociaż, nie wiem, ogłuszyć?!
Wszystko co mu wypominała Vi to była prawda. Malcolm przymknął oczy. Pozwolił, by wspomnienia opanowały jego myśli. Vi znów zaczęła narzekać. Nie słuchał jej. Był daleko wśród własnej pamięci.
Chłop, rok temu, wioska Bandjar. Malcolm przechodził obok domostwa, gdy usłyszał krzyki. Wszedł więc do środka. Zastał starego, zarosłego chłopa i przywiązaną do ławy, młodą dziewczynę. Chłop najwyraźniej nie mógł zrobić już użytku ze swojej kuśki, używał więc trzonka od wideł. Dziewczyna wyglądała na wycieńczoną, jakby ten rytuał trwał już przez długi okres czasu. Zbyt długi. Malcolm próbował najpierw tłumaczeń. Nic nie dały. Potem pobił chłopa i uwolnił dziewczynę, zostawiając ją później w karczmie. Gdy wracał przez wioskę, zawitał znów do tamtego domostwa. Pierwsze, co mu rzuciło się w oczy, to chłop powieszony na splecionym sznurku. Druga była dziewczyna - przywiązana do ławy, z podciętymi żyłami. Wiedział, że umierała przez wiele godzin... Później Malcolm się dowiedział, że chłop i dziewczyna byli małżeństwem.
Osiem miesięcy temu podróżował do miasteczka o nazwie Phyls. Zrządzenie losu sprawiło, że w tym samym kierunku jechał powóz z dwójką konnych ochroniarzy. Powóz, jak i eskorta należały do drobnego kupca, Ariasa. Kupiec zasugerował Malcolmowi, że pojadą razem, by było bezpieczniej. Łowca nie odmówił. Wszystko szło dobrze, aż dotarli do mostu na rzece o nazwie Evra. Poborcy myta zajęli to miejsce. Malcolm pamiętał, że Arias długo z nimi dyskutował, aż wreszcie powrócił, mówiąc że ubił świetny interes. Łowca nie wiedział co jest grane, dopóki ochrona kupca, jak i większość bandytów nie zaczęła celować do niego z kusz. Wtedy się domyślił, że Arias sprzedał go za bezpieczną przeprawę. Każdy człowiek na miejscu Malcolma prawdopodobnie by się poddał. Tylko, że on nie był do końca człowiekiem. Nie stworzono go po to, by się poddawał, lecz by walczył. I wywalczył sobie życie przez śmierć tamtych ludzi.
Potem zalała go fala innych wspomnień. Starszych i bardziej bolesnych. A każde z nich miało imię. Czas cofał się i pokazywał wydarzenia tak, by najgorsze sceny jak najbardziej się przedłużały. Ci wszyscy zabici przez niego ludzie krzyczeli do Malcolma z meandrów jego pamięci. Wołali, że czekają na niego w piekle. Że wszystko, co robi prowadzi go do nieuchronnej zguby. Że śmierć kroczy tyż za nim, a on jest tylko o krok przed nią...
Zabił już tak wielu ludzi - nigdy ich nie liczył, ale był skazany na to, by pamiętać o nich wszystkich. Po prostu miał idealną pamięć. Nawet gdyby chciał, nie mógłby zapomnieć. To było jego przekleństwo, które odzywało się do niego w chwilach takich, jak ta i każdej nocy, gdy tylko próbował spać...
Malcolm otworzył oczy. Poczuł, że ręce Vi go obejmują w pasie, a ona sama się do niego przytula.
Tak, według Malcolma na ludzi działają najprostsze rozwiązania. Prosta przemoc, prosta odpowiedź na zadany komuś ból. Ludzie nie zrozumieją nic bardziej skomplikowanego. Trzeba przemówić w ich języku - to jedyna szansa na to, że coś do nich dotrze. Vi też była raczej nieskomplikowana. Owszem, wybuchała gniewem, ale gdy się przeczekało najgorszy okres, to zawsze sama przychodziła wyciągnąć ręce. Albo ramiona.
Naprawdę lubił tę dziewczynę. Może nawet kochał, o ile coś takiego jak miłość istnieje poza łóżkiem. Choć miał mocno przytępiony węch, przysiągłby że czuje od niej słodki zapach świężych owoców.
Przytulił ją. Mocno. Tak, by poczuła, że naprawdę mu zależy. Przejechał ręką po jej czarnych, miejscami ciemno fioletowych włosach. Spojrzał na jej twarz. Jak zawsze była nienagannie piękna. Mocno zarysowane brwi, delikatny makijaż wokół niebieskich oczu, lekko przypudrowany nosek i dość intensywna, lecz nie wyolbrzymiająca ust szminka dla kontrastu. Niżej... Niżej były dwie góry ukryte pod czerwonym materiałem. Uwielbiał na nie patrzeć. Można powiedzieć, że miał do nich wyłączne prawo dzięki temu, że byli w związku - burzliwym, pełnym kłótni, rywalizacji i udowadniania sobie różnych rzeczy, ale zawsze związku.
Vi była dość wysoką kobietą, wyższą niż większość kobiet w cesarstwie. Malcolm ledwo ją przewyższał, choć sam do ułomków nie należał. Gdyby ją porównać do typowej mieszkanki cesarstwa, od razu można by było powiedzieć, że pochodzi ona z innego państwa, jeśli nie kontynentu. Pojawiła się kilka lat temu, podczas wielkiej rebelii. Niby to Malcolm pierwszy ją spotkał i uratował, ale nikt nawet nie dowiedziałby się o jej istnieniu, gdyby nie obecny cesarz, Zethar Drugi, ówczesny przywódca rebelii. Z tego, co Malcolm wiedział, Vi była córką - najprawdopodobniej przybraną, przywiezioną z odległych ziem - barona Mergausera. Podczas rebelii, baron chciał ją poświęcić demonom, by zyskać moc, którą mógłby zapanować nad rebelią. Malcolm, wysłany przez Zethara, przeszkodził baronowi i uratował Vi, która z entuzjazmem przystąpiła do rebelii.
Od tamtych wydarzeń minęło kilka lat, a kobiecie tej nie przybyło ani jednej zmarszczki. Z tego, co się Malcolm orientował, musiała mieć koło trzydziestu lat. Nie wiedział, bo się nigdy jej nie pytał o wiek. On sam przecież nie znał swego dokładnego wieku. Urodził się przecież jako niewolnik - a nikt nie zapisuje ich daty narodzin.
Vi go puściła. Wskazała mu krzesło - dość mocno poobijane, ale kto by się skarżył. Sama usiadła na przypominającym z lekka tron fotelu za swoim biurkiem. Odnalazła wśród papierów i raportów grzebień i zaczęła poprawiać zmierzwione włosy.
- Nie słuchałeś mnie, prawda? - Zapytała, chociaż znała prawdę.
- Z początku tak. Potem wspomnienia wzięły chwyciły za łeb rzeczywistość i tak jakby odpłynąłem.
Uśmiechnęła się. Co dziwne, nigdy nie odsłaniała zębów przy uśmiechu.
- Coś nowego? Może wreszcie jakieś wspomnienia sprzed rebelii?
- Nie. Ale wracając do początków rozmowy: za co byłaś na mnie zła?
- Spytał, szybko zmieniając temat. Nie lubił, gdy Vi bawiła się w psychologa, próbując grzebać w jego wspomnieniach tylko po to, by wykopać jakieś nieistotne wspomnienia sprzed kilku lat. On wiedział jedno - przed rebelią Malcolm Rahllen aap Savin nie istniał.

***

Kapitan Arhus Rhedoryk zawsze chciał umrzeć w sposób spektakularny. Zawsze był przygotowany na tę... okoliczność. Zawsze miał przygotowane swoje ostatnie słowa, które wypowie przed zgonem. Jedyny problem leżał w tym, że spektakularna, widowiskowa śmierć według samego Arhusa powinna nastąpić jedynie w dwóch przypadkach.
Pierwszym byłoby poświęcenie. Coś czystego, nieskalanego, tak by został zapamiętany jako osoba, która bez względu na własne bezpieczeństwo poświęciła się dla innych. W jego wyobraźni on sam osłaniał własną piersią odwrót wymęczonej garstki żołnierzy cesarstwa, na których napierała przynajmniej setka wrogów. On sam zabiłby wszystkich, oprócz dwóch, czy trzech, aż wreszcie uległby, zresztą przez jakieś nieczyste zagranie typu strzała w sercu. Albo zatruta strzała - o tak, zatruta strzała była według niego szczytem podłości, czymś najbardziej niegodziwym i nieludzkim. Arhus nawet kilkukrotnie nawet dopuścił do takiej sytuacji, że osłaniał odwrót swoich żołnierzy, czy rzucał wszystko, by ocalić jedną duszę. Jednak za każdym razem przeciwników było po prostu za mało. Albo nie mieli w sobie tyle determinacji, by zabić starego bohatera wojennego.
Drugą wymarzoną śmiercią Arhusa byłby pojedynek. Dwóch równych sobie wojowników, najlepszych szermierzy w cesarstwie. Kapitan Rhedoryk z dumą piastował godność osobistego wojownika cesarza, wybranego spośród najlepszych w sztuce miecza i najbardziej zaufanych ludzi z otoczenia władcy. Dlatego pojedynek byłby o tę właśnie posadę. Nie raz patrzył na to oczyma duszy - on naprzeciw młodego, niesamowicie utalentowanego wojownika, któremu w ostatnich swych chwilach przekazuje jeszcze swoją wiedzę i umiejętności. Oczywiście, początkowo nikt nie miałby nikogo zabijać. Jednak walka przeciągnęłaby się tak długo, że kapitan padłby z wyczerpania. Ale i tu los go zawodził. Nikt, dosłownie nikt z młodych wojowników nie chciał go wyzwać na pojedynek. On sam, gdy doprowadzał do pojedynku, strasznie się zawodził umiejętnościami przeciwników i po prostu pozwalał, by wróg się poddał. Raz w życiu, tylko raz spotkał kogoś, kto był lepszy od niego. Jeszcze za czasów rebelii. Nie do końca mu pasowało, że walczy z kobietą, ale uznał to za jedyną szansę na własną, spektakularną śmierć. Obraził więc ją i zaczęli walkę. Całe starcie trwało może dwie sekundy, po których Arhus zrozumiał, że nie jest nawet w stanie wyobrazić sobie szybkości przeciwnika. Odebrała mu broń nawet nie wyciągając własnej. Potem słyszał, że ktoś ją pokonał, ale nie próbował się dowiadywać szczegółów pojedynku. Sam cesarz mu tego zakazał, a on nade wszystko respektował życie swojego władcy.
Najbardziej Arhus pragnął, by jego śmierć została zauważona przez kogoś mniejszego. Przez kogoś, kto może będzie starał się go pomścić. Przez kogoś, kto zastąpi kapitana i poprowadzi wojnę przeciwko jego wrogom. W marzeniach Rhedoryka śmierć jednego bohatera sprawiała, że rodził się następny. Był idealistą i marzycielem.
Chciał umrzeć spektakularnie. Bohaterowie nie umierają w łóżkach ze starości. Giną, rtując tych, których jeszcze mogą ocalić. Nie dożywają starości, nie patrzą jak ich dzieci i wnuki dorastają. Nie mierzą się z problemami codzienności. Wszystkie ich działania do czegoś prowadzą, zawsze są przeznaczeni do czynienia większych rzeczy. I giną z mieczem w ręku, wymierzając sprawiedliwość swoim wrogom.
Kapitan Arhus Rhedoryk umarł samotnie, w swojej komnacie. Jadł akurat zupę, a chwyt miał tak mocny, że mięśnie nie rozluźniły się nawet po śmierci. Zginął z łyżką w ręce. Nie dożył starości. Nie dożył również własnego, cudownego poświęcenia, ani wielkiego pojedynku. Pożył jednak na tyle długo, by jego zmysły zarejestrowały lodowaty, żeński głos.
- Przepraszam.
Czerwona Atia wyjęła igłę z klatki piersiowej swojej ofiary. Przeczekała aż ustaną drgawki, sprawdziła puls. Podeszła do okna i obejrzała się, patrząc w oczy martwego Aruhs Rhedoryka.
- Być może nie tak chciałeś umrzeć... Ale przynajmniej twoja śmierć przysłużyła się komuś.
Powiedziała i wyskoczyła w ciemność.


[/bb spoiler]

Dokończenie rozdziału pierwszego (czyli nowa zawartość :)):

[bb spoiler]
***

- Podczas wykonywania finałowej części zlecenia ktoś cię widział.
- Co?
- Przeczytaj to. I powiedz, że to nieprawda.


***

Malcolm czuł się wyjątkowo paskudnie tej nocy. I nie, nie kichał, nie kaszlał, miał jak zawsze niemal pełną kontrolę nad swoim ciałem. Choroba, która go toczyła od zawsze umiejscowiła się w psychice. W miejscu, gdzie narastające poczucie winy, oraz tego, że zawiodło się najbliższe osoby spotyka się z czymś obcym, zwierzęcym, rozkazującym bronić za wszelką cenę siebie... I tylko siebie. Ta część jego umysłu chciała tylko przetrwać, bez względu na koszty. Nie ma wrogów, są tylko ofiary. Nie ma przyjaciół, istnieją wyłącznie ci, którymi można się posłużyć, by przetrwać.

***

Podała mu otwartą kopertę. Wyjął z niej zapisaną kartkę papieru, pachnącą miodem. Na dole pierwszej strony widniała odciśnięta w wosku pieczęć. Przecięta błyskawica, oznaczająca kogoś z sieci informacyjnej Łowców. Dla Malcolma nadal to wyglądało jak zwykły zygzak z dodatkową kreską, ale trzymał język za zębami.

***

"Do Łowców.
Agent Meark melduje, że Łowca Malcolm wykonał zadanie, zabijając czarownicę trzeciego stopnia. Jednak widział go Anzelm Barluf, jeden ze Szpiegów cesarstwa. Widział Łowcę i wszystkie rytuały. Podejrzewam, że poznał tożsamość Łowcy.
Nie zdążyłem powstrzymać szpiega. Zbiegł z informacjami."


***

Patrzyła na niego, wyczekując odpowiedzi.
- Nie widziałem tam nikogo. Cholera, nawet nie wiedziałem o tym twoim szpiegu.
- Mało widzisz, gdy zabijasz.
- Koncentruję się na walce, a nie na gapiach.
- Bronił się Malcolm.
Vi westchnęła ciężko, odbierając od niego zarówno list, jak i kopertę. Zaczęła przeszukiwać szufladę w biurku, nie przerywając rozmowy.
- Właśnie, na walce. Nie mogłeś jej po prostu zabić? Musiałeś w ogóle walczyć? Znam twoje możliwości, i zapewne mogłeś ją zabić na sto sposobów zanim w ogóle by cię zauważyła.
Nie odpowiedział.
Znalazła to, czego szukała. Koperta rażąca z daleka pachnidłami opartymi na alkoholach. Cesarska moda. Podała przedmiot Malcolmowi.

***

"Kancelaria Jego Ekscelencji, Stąpającego w Promieniach Słońca, cesarza Zethara Drugiego.
Do rąk własnych Baronowej Zielonego Stoku, Vivienne Earso.

Droga Baronowo, prosimy wybaczyć brak uprzejmości, ale waga tej wiadomości jest większa, niż wszystkie Pani cnoty i tytuły. Cesarscy szpiedzy otrzymali wiadomość, że Pani podwładny, oraz rycerz Jej cnoty Malcolm Rahllen Aap Savin popełnia straszliwe zbrodnie na terenach cesarstwa. Podróżuje od prowincji do prowincji, wynajdując kobiety w różnym wieku i aparycji, a następnie morduje je z zimną krwią.
Kancelaria zdaje sobie sprawę z wagi tychże oskarżeń. Jednak nasi informatorzy mówili także, że po śmierci kobiet, wykonuje jakieś magiczne rytuały. To jest nie do przyjęcia.
Cesarz, oczywiście, pamiętając zasługi wojenne rycerza Malcolma nie ma zamiaru sprowadzać owego rycerza do siedziby nadwornych inwestygatorów. Zamiast tego wysyła do Was delegację, w której składzie znajdzie się Wielki Śledczy hrabia Jorsin Ghebruf. Owy hrabia zajmie się tą sprawą, i przekaże nam wyniki, które - jak mamy nadzieję - nie będą obciążały rycerza Malcolma żadną winą.
Oprócz tego życzymy Pani dobrego zdrowia.

Sygnowano, Elam Raug, Pierwszy Kancelista Cesarski."


***

Milczał jak zaklęty. On i Vi patrzyli sobie w oczy. Wiedział, że była już gotowa na kolejną sprzeczkę. Widział to wyzwanie w jej oczach, miał pojęcie, że gdy tylko się odezwie, oberwie falą wyzwisk i wypominania błędów przeszłości.
Wiedział, że mógłby się uprzeć i mówić, iż tylko wykonuje swoją pracę. Nie muszą go obchodzić świadkowie, może robić co chce, byle zadanie było wykonane. Mógłby się właśnie tak bronić, gdyby nie wiedział, że zakon Łowców Wiedźm nie jest jawną organizacją.
Ale wiedział to.
Opuścił wzrok i skierował się do wyjścia. Jednak przed wyjściem coś go tknęło.
- Przepraszam.
- Słucham?
- Przepraszam!
- Powtórzył głośniej i odwrócił się, by znów spojrzeć w jej oczy. - Przepraszam za wszystko, wiem że to moja wina, mogłem być bardziej ostrożny, mogłem uważać. Ale nie robiłem tego, głównie z własnej głupoty.
- W końcu w czymś się z tobą zgadzam. - Wtrąciła się Vi.
- Nie przerywaj mi, bo nie skończyłem! - Krzyknął, a ją zatkało. Nie spodziewała się tego, Malcolm nigdy nie krzyczał na nią. - Jestem zmęczony robieniem czegoś źle, Vi. Jestem zmęczony tym, że raz mówisz, iż jestem najlepszy, a następnie wyzywasz mnie za praktycznie byle co.
- To nie jest...
- Znów próbowała mu przerwać. Nieskutecznie.
- Wiem, że to nie jest byle co! Ale spójrz na to z tej strony. Jestem tu z tobą prawie cztery lata. W trakcie tego czasu zabiłem trzydzieści siedem wiedźm. Przy dwunastu innych przypadkach pomogłem na tyle, by innym Łowcom też się udało. Mam już jakieś doświadczenie. Przeżyłem więcej, przetrwałem więcej, niż każdy na tym zamku. Wiesz to! A mimo to zawsze starasz się wytknąć wszystkie moje błędy. Czepiasz się rzeczy, na które nawet nie mam wpływu! Na większość z rzeczy, za które mnie opieprzasz, nie miałem żadnego wpływu. Mogłem się jedynie przyglądać wydarzeniom i próbować jakoś przetrwać!
Zamilkł na chwilę. Vi już chciała coś powiedzieć, ale podniósł palec na znak, że jeszcze nie skończył.
- Wiem, że popełniłem wiele błędów. Wiem, że uważasz mnie za dziecko. Że chcesz mnie prowadzić, bym nie wyrządził sobie krzywdy, oraz - co ważniejsze - nie wyrządził krzywdy innym. Ale z tym koniec, Vi. Nie będę już polował na wiedźmy. I... i przyjmę na siebie wszystko, co będzie miał przygotowane ten śledczy. Sam sobie z tym poradzę. Bez twojej pomocy, czy kogokolwiek innego. Bez szpiegów informujących cię o każdym moim błędzie, bez innych Łowców. I bez ciebie.
Wyszedł.
Vi jeszcze długo nie mogła dojść do siebie. Żałowała, że ta rozmowa tak się potoczyła.
Żałowała, że ta rozmowa w ogóle się odbyła.

***

Mimo wszystko spała u jego boku tej nocy. Nie mogła go opuścić, nie potrafiła. Do tematu kłótni już nie wracali. Może tak było po prostu lepiej? Unikać kłótni, unikać pojedynków słownych, dać się ponieść uczuciom na innym polu?
Może. Lecz czuła, że rozmowa, jaką dziś odbyli, była tylko preludium do czegoś o wiele większego.

***

Wyglądała niesamowicie podczas snu, jakby była wyjęta z bajki.
Dotknął jej ręki. Przeszyła go igiełka chłodu. Jej ciało zawsze wydawało się zimne w dotyku. Znów się zastanawiał: kim on właściwie dla niej jest? Dlaczego ona jeszcze z nim trzyma? Dlaczego nie znajdzie sobie kogoś normalnego, z przeszłością, rodem, pieniędzmi? Dlaczego, mimo tych wszystkich starć i kłótni są razem?
Nie znał odpowiedzi na te pytania.

***

Było późno w nocy, gdy zasypiał. A w głowie miał już tylko jedno pytanie...
Kim jesteś, Malcolmie?

***

Zwierzęta. Ludzkość to tylko zwierzęta. Niegodne myśleć, niegodne nadawać swojemu życiu sens, czy cel. To mięso, którym się żywisz, gdy nie polujesz na nic innego. To błąd, zwyczajny przypadek. Jakie były szanse powstania ludzkości? Znikome. Właściwe żadne. Ludzie nie mają prawa istnieć, ty nie masz prawa istnieć. Jesteś zwierzęciem. Jesteś mięsem. Jesteś narzędziem. Zabijaj, zabijaj, zabijaj ludzi. Tylko po to żyjesz. Twoje życie nie ma jakiegoś większego sensu. Bierz broń i zabijaj. Bez broni walcz gołymi rękami.
Bij.
Ale tylko tak, by zabić.
Po to cię stworzyliśmy. Po to cię ulepiliśmy.
Nie masz duszy, nie masz uczuć, nie masz marzeń, nie masz lęków.
Jesteś zabójcą, potworem. Bronią.
Jesteś zwierzęciem.
Zabijaj.

***

Malcolm obudził się z krzykiem nieświadomy, że sen, który go nawiedził, śnił się nie tylko jemu.


Koniec rozdziału pierwszego.


[/bb spoiler]

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 12 lut 2014, 13:00 
Arcylisz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 14
Rejestracja: 21 kwie 2012, 17:50
Posty: 836
Lokalizacja: Un-Ilu
Płeć: Mężczyzna
Bardzo mi się podobało. Jak przeczytałem całe, było mi szkoda, że nie ma tego więcej. Fajnie, że pokazałeś Malcolma z różnych stron. :) Czekam na więcej. ;)
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 12 lut 2014, 15:13 
Zegarmistrz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 10
Rejestracja: 10 lis 2009, 13:41
Posty: 1413
Lokalizacja: tg(90°)
Płeć: Mężczyzna
No, no :) Bardzo ładnie :) Aż się łezka w oku kręci... :D
Wiesz, prawda? Wiesz, że teraz musisz pisać dalej? I musi to być jeszcze lepsze, niż to? :D
Jestem pod wrażeniem :) O ile nie działasz "po omacku" (tzn. o ile każde zdanie, które napisałeś będzie miało swoje konsekwencje w dalszych częściach, to naprawdę - chylę czoła.
Widzę tu przynajmniej pięć dużych, spektakularnych wątków :)
To, co nowe - pierwsza klasa ;) Jak to dalej spieprzysz, to Cię znajdę ;]

_________________
Dawno nie zmieniałem, więc zmieniam. Wy też zmieniajcie. Co tylko się da.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 16 lut 2014, 10:56 
Igor
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 7
Rejestracja: 08 lut 2009, 10:54
Posty: 3404
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Również jestem pod wielkim wrażeniem. Kawał świetnego tekstu. Trzymasz poziom chłopie, naprawdę.

_________________
Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól zrobiĆ, a zrozumiem. - Konfucjusz

"Bez pożegnania nie ma rozstania, jest tylko zmowa milczenia."
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 16 lut 2014, 11:12 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1838
To teraz coś napisanego wczoraj na tablecie podczas dłużącego się oczekiwania na gości, czyli rozdział drugi...

Najpierw, oczywiście to, co było wcześniej:

[bb spoiler]

Prolog.

Była ich piątka. Dwóch wielkich jak dęby drabów z tępymi wyrazami pysków. Bracia? Możliwe. Ubierali się w ten sam sposób i obaj nosili długie miecze, które w ich wielkich rękach wyglądały na niewielkiej wielkości noże. Dwaj mniejsi, lecz też wysocy, którzy raczej nie byli rodziną - jeśli jednak, to bardzo dobrze to maskowali, bądź sami o tym nawet nie wiedzieli. Pierwszy, z widocznie kiedyś złamanym nosem, uzbrojony był w długi łuk z nałożoną na cięciwę strzałą z drogim, lecz przydatnym w tej sytuacji srebrnym grotem. Drugi zaś z wyglądu wyróżniał się dużą szramą przebiegającą przez pół twarzy, tak jakby ktoś chciał koniecznie poszerzyć mu uśmiech. Uzbroił się w coś podobnego do bosaka do wyławiania rzeczy w rzecy, lecz jego narzędzie było nieco bardziej wyszukane, czyli o wiele dłuższe, niż wspomniany wcześniej bosak, oraz zakończony nie jednym hakiem, a trzema i to rozdwojonymi.
Piąta była, wierzcie lub nie, dziewczyna. Głęboka, masywna, czerwona szata przypominająca po prostu koc, skrywała wszystkie jej atuty. Jedyne, co było widać, to głowa. Mała, skupiona twarz, włosy zgolone idealnie na łyso i oczy skrywające dziką duszę.
Była ich piątka.
Wszyscy byli trupio bladzi.
Wszyscy w tym momencie śmiertelnie się bali. Przynajmniej tak to wyglądało.
Wędrowali w gęstej mgle już dobry kwadrans. Zgubili drogę już dawno temu. Wiedzieli, że jedyną ich szansą na przeżycie jest trzymanie się razem. Wiedzieli, że wróg czai się we mgle. Nie wiedzieli jednak, że ich przeciwnik jest mgłą.
Najwięksi z ich grupy stanowili najłatwiejszy cel. Oni byli pierwszą ofiarą. Obaj bracia, w tym samym momencie stracili głowę. Wyglądało to jakby weszli prosto w niewidzialne ostrza, które były na poziomie ich gardeł. Pozbawione ciał głowy potoczyły się we mgłę.
Reszta drużyny przeszła kilka kolejnych kroków, zanim w ogóle się zorientowała, że ich liczebność właśnie zmalała. Gdy jednak to spostrzegli, nikt nic nie powiedział. Po prostu zaczęli iść szybciej. Jeszcze to nie był bieg, lecz bardzo szybki marsz. W pewnym momencie jeden z nich - konkretnie ten z blizną na twarzy - nie dotrzymał im kroku i został w tyle. Łucznik i dziewczyna zatrzymali się, szukając nerwowo wzrokiem towarzysza, jednak ich pole widzenia było zbyt ograniczone przez mgłę, by mogli coś dostrzec.
- Idziemy dalej. - Zadecydowała dziewczyna i pociągnęła łucznika za fragment naramiennika. Ten tylko spojrzał na nią nerwowo.
- Nie! Dalej czeka nas tylko śmierć.
- Śmierć czeka na tych, co zostają w tyle, Vilhelmie.
- Odparła lodowatym głosem i miała się ruszyć, gdy dobiegł ich obojga jakiś hałas.
Jęk? Krzyk? Płacz? Albo wszystko na raz. Wtedy usłyszeli kroki. Ciężkie, okute buciory, które zmierzały wprost w ich kierunku. Łucznik napiął cięciwę ze wszystkich sił, starając się określić miejsce z jakiego dobiegały te dźwięki.
Hałas narastał, a człowiek nie mógł się zdecydować, strzelić, czy nie strzelić, co tam jest, co to jest, strzelić, czy nie strzelić, a jeśli to nic groźnego, a jeśli...
Dziewczyna pociągnęła go lekko za pas. Zaskoczony mężczyzna wystrzelił, trafiając idealnie w mostek człowieka, który nadbiegł. Człowieka z bronią przypominającą bosak, oraz z blizną na twarzy, która poszerzyła mu uśmiech. Teraz do zestawu doszła strzała sztywno tkwiąca w korpusie mężczyzny.
Łucznik padł na kolana. Nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł ogarnąć umysłem, że gdy wchodzili w mgłę było ich o wiele więcej. Byli wtedy gotowi na wszystko, mogli się zmierzyć z każdym złem. Byli dobrą i zgraną kompanią, do kurwy nędzy! I w ciągu niecałych dwudziestu minut wszystko się zmieniło, zaś on sam, Vilhelm Honorowy z Garonsandt, zastrzelił swego towarzysza.
Klęczał obok ciała i mówił cicho, lecz tak, by go słyszała stojąca obok dziewczyna:
- To wszystko nie miało tak pójść. To wszystko przez... Ciebie. - Wymierzył w nią palec i wstał. Wyjął ukryty za pasem sztylet. Był gotów pchnąć ją, zabić, byle ten koszmar się skończył.
- Tak. To wszystko moja wina. - Odpowiedziała. - Ale wiedzcie, że ponieśliście śmierć po to, by stało się coś większego i ważniejszego, niż wasze żałosne żywoty.
Zbliżył sztylet do jej twarzy.
- Ja ci kurwo... Zaraz. Jak to zginęliśmy? - Spytał. I wtedy gigantyczna, utkana ze mgły dłoń porwała go w ciemność.
Z tego, co dziewczyna słyszała, został po prostu rozerwany na strzępy.
Uklękła na jednym kolanie, pochylając mocno głowę. Czekała. Przed nią mgła powoli się skupiała z jedną, mroczną postać.
- Dobrze cię widzieć, Atio. - Powiedział wielki, stworzony z mgły wilk do dziewczyny opatulonej w czerwony płaszcz. Jego głos brzmiał jak małe, lodowate igiełki, które wbijają się w uszy i nie pozwalają się na niczym skupić. - Cieszę się, że przyniosłaś mi ofiarę. Czego oczekujesz w zamian? Możesz mówić, oczywiście.
- Pellarze, panie mgły, władco pustkowi, który siejesz terror w sercach podróżujących, mam wielką prośbę, którą nawet tobie będzie trudno spełnić.
- Zaczęła dziewczyna.
- Och, nie ma dla mnie nic nazbyt trudnego. Wypełniłaś swoją część umowy, a ofiara z ludzi, jaką tu przywiodłaś, bardzo mnie zadowoliła. - Wilk aż mlasnął, a z mgły utworzył sobie wielki, szyderczy uśmiech.
- Pellarze, wielki wilku, chcę byś uwolnił mnie od czegoś. Uznajmy, że to mój ostatni dar dla ciebie.
- Och. Lubię dary. A cóż to za dar?
- Moje brzemię.
- Odpowiedziała dziewczyna, jednym ruchem zdejmując z siebie płaszcz.
To, co mu dała, było ostatnią rzeczą, jaką Pellar, wielki wilk, pan mgły, władca pustkowi, ten który sieje terror w sercach podróżujących zobaczył w życiu.
Dziewczyna bowiem ofiarowała mu swoją własną śmierć.


Rozdział pierwszy.


Tysiącletnia opowieść głosi, że to właśnie pierwsza wiedźma, Morgana, przywołała demony na ten świat, użyczając im swego ciała, jako bramy między wymiarami. Jednak nie zrobiła tego za darmo. Wiedźma łaknęła mocy, i to większej niż ta, która jest ukryta w ludzkim ciele. Demony ofiarowały jej pewien rodzaj nieśmiertelności - za każdym razem, gdy umierała, rodziła się na nowo, a po osiągnięciu odpowiedniego wieku, przypominała sobie wszystkie poprzednie wcielenia i znów stawała się wiedźmą.
Wielki marsz wiedźm, datowany na rok 1625 (w niektórych kronikach 1626, a nawet 1627), został poprowadzony właśnie przez Morganę. To również ona sprowadziła wielką plagę demonów dziesięć lat temu opętując cesarza Zethara Pierwszego. Obie te katastrofy zostały zakończone przez członków mitycznego zakony Łowców Wiedźm. Choć wielu podważa, czy też otwarcie neguje jego istnienie, ja święcie wierzę, że jego członkowie strzegą nas przed czarownicami, oraz złem, które one mogą sprowadzić. Strzegą nas przed potęgą, która potrafi jedynie niszczyć. Tak, to muszą być oni. Bo jeśli Łowcy Wiedźm tego nie robią, to kto?


Jolly, starszy skryba zamku Fellander.
Zapiski z czasów Ery Słonecznej, rok 1942, wrzesień, dzień dziewiąty.

***

- Malcolm! Do komnaty! - Ostry, donośny, kobiecy głos przebył korytarz i trafił do uszu jednego z kilku łowców wiedźm oczekujących właśnie na audiencję.
- No, twoja kolej. - Jeden z wojowników, wielki łowca zwany Gavirem, klepnął w plecy swego kolegę po fachu. - Tylko wróć stamtąd w jednym kawałku.
- Jest z nią aż tak źle? - Zmarszczył brwi wywołany, czyli Malcolm. Łowca średniego wzrostu, o wyglądzie przeciętnym aż do bólu. No, może poza obciętym w połowie prawym uchem, czy też krótko ostrzyżonymi czarnymi włosami. W końcu panująca w cesarstwie moda nakazywała mężczyznom zapuszczać długie, gęste włosy. Jak Gavir, na przykład, który się starał to zrobić, lecz nie bardzo wiedział co zrobić z grzywką, więc co chwilę wielki wojownik musiał ją odgarniać.
- Tak. Nie radzę też podskakiwać. - Poradził uprzejmie i wyuczonym przez ostatni miesiąc ruchem odgarnął włosy z czoła.
- Coś się stało, że tak mówisz?
- Tak!
- Wybuchnął nagle słowotokiem Gavir. - Wyobraź sobie, że ta kur...
- Chyba jednak nie chcę wiedzieć...
- ...wa kopnęła mnie dziś w jajca! I to kompletnie za nic. Nawet nie pierdnąłem przy niej, nic jej nie zrobiłem, cholera, nawet ostatnio zachowuję się lepiej i prawie skończyłem z przeklinaniem!
- Prawie robi różnicę
. - Wtrącił Malcolm.
- Kurwa, nie przeklnąłem już od dwóch dni, nie licząc tej rozmowy. No i rozmowy z piekarzem. I sprzeczki ze służbą. I wczorajszego picia w karczmie. Ale to już postęp, prawda? - Zapytał kolegę.
- Tak, bo wszyscy widzą twoje niesamowite poświęcenie w służbie dyplomatycznego wysławiania się. A teraz wybacz, muszę iść. Vi ma prawdopodobnie dość bycia ignorowaną. - Malcolm wstał.
- Uważaj, bo ta suka potrafi być niemasochowistycznie...
- Niesamowicie.
- ...no, bardzo szybka!
- Wiem to, Gavirze. Przecież sam ją trenuję i muszę przyznać, że lepszej uczennicy jeszcze nie miałem.
- Powiedział i wszedł do środka.
- C-co? - Jęknął zmieszany Gavir i pogrążył się w swoich prostych, unikających złożoności myślach.

***

- Malcolm. - Zaczęła Vi. Cicho, bez emocji. Jednak łowca wiedział, że emocje były uzewnętrzniane przed chwilą. Rozbite wazony, połamany kałamarz, podarte papiery... Krótko mówią, jego szefowa, pani na Fellander, baronowa Zielonego Stoku oraz prywatnie i potajemnie władczyni serca, była wściekła. Czy na niego? Nie wiedział, nie znał po prostu odpowiedzi na to pytanie. Jednak odpowiedź przyszła sama i to w formie, jakiej by sobie nie życzył.
- Czy ty do cholery jasnej masz w tej jamie ziejącej między twymi uszami jeszcze jakiś mózg? - Vi rozpoczęła ofensywę bez ostrzeżenia, nie dając żadnej szansy na obronę w tej taktyce wojny błyskawicznej. - Oj, przepraszam, między jednym uchem, a nędznym kikutem, który zastępuje ci drugi ucho. Bogowie, jakiś ty dzisiaj brzydki. I nieogolony. I... śmierdzisz! Jak śmiesz śmierdzieć w mojej obecności?!
Normalnie, Malcolm by ją wyśmiał. Szczerze mówiąc, w tamtej chwili ledwo powstrzymywał się od parsknięcia szczerym śmiechem, ale najwyższym wysiłkiem woli opanował się i słuchał dalej. Był ciekaw o co jeszcze Vi go oskarży. Może tym razem się wścieknie za nieobcięte paznokcie?
- No pewnie, nie odpowiadaj! Pozwól mi mówić, tłumaczyć się za ciebie, dlaczego ja zawsze muszę się za was wszystkich tłumaczyć?! I dlaczego to ty sprawiasz najwięcej problemów?! Każdy inny łowca działa po cichu, delikatnie się porusza, dyskretnie eliminuje zagrożenie, ale nie ty! Ty musisz się pokazać wszystkim, musisz zawsze pochlastać jakiegoś chłopa, który bije żonę! Musisz porąbać jakąś niegroźną bandę, która zbierała tylko myto pod jakimś zapyziałym, zapomnianym przez bogów mostem! Cholera, nie musiałeś nawet tamtędy przejeżdżać! A ten kupiec?! Nie musiałeś go zabijać! Wiesz czyim on był synem?! Nie mogłeś go chociaż, nie wiem, ogłuszyć?!
Wszystko co mu wypominała Vi to była prawda. Malcolm przymknął oczy. Pozwolił, by wspomnienia opanowały jego myśli. Vi znów zaczęła narzekać. Nie słuchał jej. Był daleko wśród własnej pamięci.
Chłop, rok temu, wioska Bandjar. Malcolm przechodził obok domostwa, gdy usłyszał krzyki. Wszedł więc do środka. Zastał starego, zarosłego chłopa i przywiązaną do ławy, młodą dziewczynę. Chłop najwyraźniej nie mógł zrobić już użytku ze swojej kuśki, używał więc trzonka od wideł. Dziewczyna wyglądała na wycieńczoną, jakby ten rytuał trwał już przez długi okres czasu. Zbyt długi. Malcolm próbował najpierw tłumaczeń. Nic nie dały. Potem pobił chłopa i uwolnił dziewczynę, zostawiając ją później w karczmie. Gdy wracał przez wioskę, zawitał znów do tamtego domostwa. Pierwsze, co mu rzuciło się w oczy, to chłop powieszony na splecionym sznurku. Druga była dziewczyna - przywiązana do ławy, z podciętymi żyłami. Wiedział, że umierała przez wiele godzin... Później Malcolm się dowiedział, że chłop i dziewczyna byli małżeństwem.
Osiem miesięcy temu podróżował do miasteczka o nazwie Phyls. Zrządzenie losu sprawiło, że w tym samym kierunku jechał powóz z dwójką konnych ochroniarzy. Powóz, jak i eskorta należały do drobnego kupca, Ariasa. Kupiec zasugerował Malcolmowi, że pojadą razem, by było bezpieczniej. Łowca nie odmówił. Wszystko szło dobrze, aż dotarli do mostu na rzece o nazwie Evra. Poborcy myta zajęli to miejsce. Malcolm pamiętał, że Arias długo z nimi dyskutował, aż wreszcie powrócił, mówiąc że ubił świetny interes. Łowca nie wiedział co jest grane, dopóki ochrona kupca, jak i większość bandytów nie zaczęła celować do niego z kusz. Wtedy się domyślił, że Arias sprzedał go za bezpieczną przeprawę. Każdy człowiek na miejscu Malcolma prawdopodobnie by się poddał. Tylko, że on nie był do końca człowiekiem. Nie stworzono go po to, by się poddawał, lecz by walczył. I wywalczył sobie życie przez śmierć tamtych ludzi.
Potem zalała go fala innych wspomnień. Starszych i bardziej bolesnych. A każde z nich miało imię. Czas cofał się i pokazywał wydarzenia tak, by najgorsze sceny jak najbardziej się przedłużały. Ci wszyscy zabici przez niego ludzie krzyczeli do Malcolma z meandrów jego pamięci. Wołali, że czekają na niego w piekle. Że wszystko, co robi prowadzi go do nieuchronnej zguby. Że śmierć kroczy tyż za nim, a on jest tylko o krok przed nią...
Zabił już tak wielu ludzi - nigdy ich nie liczył, ale był skazany na to, by pamiętać o nich wszystkich. Po prostu miał idealną pamięć. Nawet gdyby chciał, nie mógłby zapomnieć. To było jego przekleństwo, które odzywało się do niego w chwilach takich, jak ta i każdej nocy, gdy tylko próbował spać...
Malcolm otworzył oczy. Poczuł, że ręce Vi go obejmują w pasie, a ona sama się do niego przytula.
Tak, według Malcolma na ludzi działają najprostsze rozwiązania. Prosta przemoc, prosta odpowiedź na zadany komuś ból. Ludzie nie zrozumieją nic bardziej skomplikowanego. Trzeba przemówić w ich języku - to jedyna szansa na to, że coś do nich dotrze. Vi też była raczej nieskomplikowana. Owszem, wybuchała gniewem, ale gdy się przeczekało najgorszy okres, to zawsze sama przychodziła wyciągnąć ręce. Albo ramiona.
Naprawdę lubił tę dziewczynę. Może nawet kochał, o ile coś takiego jak miłość istnieje poza łóżkiem. Choć miał mocno przytępiony węch, przysiągłby że czuje od niej słodki zapach świężych owoców.
Przytulił ją. Mocno. Tak, by poczuła, że naprawdę mu zależy. Przejechał ręką po jej czarnych, miejscami ciemno fioletowych włosach. Spojrzał na jej twarz. Jak zawsze była nienagannie piękna. Mocno zarysowane brwi, delikatny makijaż wokół niebieskich oczu, lekko przypudrowany nosek i dość intensywna, lecz nie wyolbrzymiająca ust szminka dla kontrastu. Niżej... Niżej były dwie góry ukryte pod czerwonym materiałem. Uwielbiał na nie patrzeć. Można powiedzieć, że miał do nich wyłączne prawo dzięki temu, że byli w związku - burzliwym, pełnym kłótni, rywalizacji i udowadniania sobie różnych rzeczy, ale zawsze związku.
Vi była dość wysoką kobietą, wyższą niż większość kobiet w cesarstwie. Malcolm ledwo ją przewyższał, choć sam do ułomków nie należał. Gdyby ją porównać do typowej mieszkanki cesarstwa, od razu można by było powiedzieć, że pochodzi ona z innego państwa, jeśli nie kontynentu. Pojawiła się kilka lat temu, podczas wielkiej rebelii. Niby to Malcolm pierwszy ją spotkał i uratował, ale nikt nawet nie dowiedziałby się o jej istnieniu, gdyby nie obecny cesarz, Zethar Drugi, ówczesny przywódca rebelii. Z tego, co Malcolm wiedział, Vi była córką - najprawdopodobniej przybraną, przywiezioną z odległych ziem - barona Mergausera. Podczas rebelii, baron chciał ją poświęcić demonom, by zyskać moc, którą mógłby zapanować nad rebelią. Malcolm, wysłany przez Zethara, przeszkodził baronowi i uratował Vi, która z entuzjazmem przystąpiła do rebelii.
Od tamtych wydarzeń minęło kilka lat, a kobiecie tej nie przybyło ani jednej zmarszczki. Z tego, co się Malcolm orientował, musiała mieć koło trzydziestu lat. Nie wiedział, bo się nigdy jej nie pytał o wiek. On sam przecież nie znał swego dokładnego wieku. Urodził się przecież jako niewolnik - a nikt nie zapisuje ich daty narodzin.
Vi go puściła. Wskazała mu krzesło - dość mocno poobijane, ale kto by się skarżył. Sama usiadła na przypominającym z lekka tron fotelu za swoim biurkiem. Odnalazła wśród papierów i raportów grzebień i zaczęła poprawiać zmierzwione włosy.
- Nie słuchałeś mnie, prawda? - Zapytała, chociaż znała prawdę.
- Z początku tak. Potem wspomnienia wzięły chwyciły za łeb rzeczywistość i tak jakby odpłynąłem.
Uśmiechnęła się. Co dziwne, nigdy nie odsłaniała zębów przy uśmiechu.
- Coś nowego? Może wreszcie jakieś wspomnienia sprzed rebelii?
- Nie. Ale wracając do początków rozmowy: za co byłaś na mnie zła?
- Spytał, szybko zmieniając temat. Nie lubił, gdy Vi bawiła się w psychologa, próbując grzebać w jego wspomnieniach tylko po to, by wykopać jakieś nieistotne wspomnienia sprzed kilku lat. On wiedział jedno - przed rebelią Malcolm Rahllen aap Savin nie istniał.

***

Kapitan Arhus Rhedoryk zawsze chciał umrzeć w sposób spektakularny. Zawsze był przygotowany na tę... okoliczność. Zawsze miał przygotowane swoje ostatnie słowa, które wypowie przed zgonem. Jedyny problem leżał w tym, że spektakularna, widowiskowa śmierć według samego Arhusa powinna nastąpić jedynie w dwóch przypadkach.
Pierwszym byłoby poświęcenie. Coś czystego, nieskalanego, tak by został zapamiętany jako osoba, która bez względu na własne bezpieczeństwo poświęciła się dla innych. W jego wyobraźni on sam osłaniał własną piersią odwrót wymęczonej garstki żołnierzy cesarstwa, na których napierała przynajmniej setka wrogów. On sam zabiłby wszystkich, oprócz dwóch, czy trzech, aż wreszcie uległby, zresztą przez jakieś nieczyste zagranie typu strzała w sercu. Albo zatruta strzała - o tak, zatruta strzała była według niego szczytem podłości, czymś najbardziej niegodziwym i nieludzkim. Arhus nawet kilkukrotnie nawet dopuścił do takiej sytuacji, że osłaniał odwrót swoich żołnierzy, czy rzucał wszystko, by ocalić jedną duszę. Jednak za każdym razem przeciwników było po prostu za mało. Albo nie mieli w sobie tyle determinacji, by zabić starego bohatera wojennego.
Drugą wymarzoną śmiercią Arhusa byłby pojedynek. Dwóch równych sobie wojowników, najlepszych szermierzy w cesarstwie. Kapitan Rhedoryk z dumą piastował godność osobistego wojownika cesarza, wybranego spośród najlepszych w sztuce miecza i najbardziej zaufanych ludzi z otoczenia władcy. Dlatego pojedynek byłby o tę właśnie posadę. Nie raz patrzył na to oczyma duszy - on naprzeciw młodego, niesamowicie utalentowanego wojownika, któremu w ostatnich swych chwilach przekazuje jeszcze swoją wiedzę i umiejętności. Oczywiście, początkowo nikt nie miałby nikogo zabijać. Jednak walka przeciągnęłaby się tak długo, że kapitan padłby z wyczerpania. Ale i tu los go zawodził. Nikt, dosłownie nikt z młodych wojowników nie chciał go wyzwać na pojedynek. On sam, gdy doprowadzał do pojedynku, strasznie się zawodził umiejętnościami przeciwników i po prostu pozwalał, by wróg się poddał. Raz w życiu, tylko raz spotkał kogoś, kto był lepszy od niego. Jeszcze za czasów rebelii. Nie do końca mu pasowało, że walczy z kobietą, ale uznał to za jedyną szansę na własną, spektakularną śmierć. Obraził więc ją i zaczęli walkę. Całe starcie trwało może dwie sekundy, po których Arhus zrozumiał, że nie jest nawet w stanie wyobrazić sobie szybkości przeciwnika. Odebrała mu broń nawet nie wyciągając własnej. Potem słyszał, że ktoś ją pokonał, ale nie próbował się dowiadywać szczegółów pojedynku. Sam cesarz mu tego zakazał, a on nade wszystko respektował życie swojego władcy.
Najbardziej Arhus pragnął, by jego śmierć została zauważona przez kogoś mniejszego. Przez kogoś, kto może będzie starał się go pomścić. Przez kogoś, kto zastąpi kapitana i poprowadzi wojnę przeciwko jego wrogom. W marzeniach Rhedoryka śmierć jednego bohatera sprawiała, że rodził się następny. Był idealistą i marzycielem.
Chciał umrzeć spektakularnie. Bohaterowie nie umierają w łóżkach ze starości. Giną, rtując tych, których jeszcze mogą ocalić. Nie dożywają starości, nie patrzą jak ich dzieci i wnuki dorastają. Nie mierzą się z problemami codzienności. Wszystkie ich działania do czegoś prowadzą, zawsze są przeznaczeni do czynienia większych rzeczy. I giną z mieczem w ręku, wymierzając sprawiedliwość swoim wrogom.
Kapitan Arhus Rhedoryk umarł samotnie, w swojej komnacie. Jadł akurat zupę, a chwyt miał tak mocny, że mięśnie nie rozluźniły się nawet po śmierci. Zginął z łyżką w ręce. Nie dożył starości. Nie dożył również własnego, cudownego poświęcenia, ani wielkiego pojedynku. Pożył jednak na tyle długo, by jego zmysły zarejestrowały lodowaty, żeński głos.
- Przepraszam.
Czerwona Atia wyjęła igłę z klatki piersiowej swojej ofiary. Przeczekała aż ustaną drgawki, sprawdziła puls. Podeszła do okna i obejrzała się, patrząc w oczy martwego Aruhs Rhedoryka.
- Być może nie tak chciałeś umrzeć... Ale przynajmniej twoja śmierć przysłużyła się komuś.
Powiedziała i wyskoczyła w ciemność.

***

- Podczas wykonywania finałowej części zlecenia ktoś cię widział.
- Co?
- Przeczytaj to. I powiedz, że to nieprawda.


***

Malcolm czuł się wyjątkowo paskudnie tej nocy. I nie, nie kichał, nie kaszlał, miał jak zawsze niemal pełną kontrolę nad swoim ciałem. Choroba, która go toczyła od zawsze umiejscowiła się w psychice. W miejscu, gdzie narastające poczucie winy, oraz tego, że zawiodło się najbliższe osoby spotyka się z czymś obcym, zwierzęcym, rozkazującym bronić za wszelką cenę siebie... I tylko siebie. Ta część jego umysłu chciała tylko przetrwać, bez względu na koszty. Nie ma wrogów, są tylko ofiary. Nie ma przyjaciół, istnieją wyłącznie ci, którymi można się posłużyć, by przetrwać.

***

Podała mu otwartą kopertę. Wyjął z niej zapisaną kartkę papieru, pachnącą miodem. Na dole pierwszej strony widniała odciśnięta w wosku pieczęć. Przecięta błyskawica, oznaczająca kogoś z sieci informacyjnej Łowców. Dla Malcolma nadal to wyglądało jak zwykły zygzak z dodatkową kreską, ale trzymał język za zębami.

***

"Do Łowców.
Agent Meark melduje, że Łowca Malcolm wykonał zadanie, zabijając czarownicę trzeciego stopnia. Jednak widział go Anzelm Barluf, jeden ze Szpiegów cesarstwa. Widział Łowcę i wszystkie rytuały. Podejrzewam, że poznał tożsamość Łowcy.
Nie zdążyłem powstrzymać szpiega. Zbiegł z informacjami."


***

Patrzyła na niego, wyczekując odpowiedzi.
- Nie widziałem tam nikogo. Cholera, nawet nie wiedziałem o tym twoim szpiegu.
- Mało widzisz, gdy zabijasz.
- Koncentruję się na walce, a nie na gapiach.
- Bronił się Malcolm.
Vi westchnęła ciężko, odbierając od niego zarówno list, jak i kopertę. Zaczęła przeszukiwać szufladę w biurku, nie przerywając rozmowy.
- Właśnie, na walce. Nie mogłeś jej po prostu zabić? Musiałeś w ogóle walczyć? Znam twoje możliwości, i zapewne mogłeś ją zabić na sto sposobów zanim w ogóle by cię zauważyła.
Nie odpowiedział.
Znalazła to, czego szukała. Koperta rażąca z daleka pachnidłami opartymi na alkoholach. Cesarska moda. Podała przedmiot Malcolmowi.

***

"Kancelaria Jego Ekscelencji, Stąpającego w Promieniach Słońca, cesarza Zethara Drugiego.
Do rąk własnych Baronowej Zielonego Stoku, Vivienne Earso.

Droga Baronowo, prosimy wybaczyć brak uprzejmości, ale waga tej wiadomości jest większa, niż wszystkie Pani cnoty i tytuły. Cesarscy szpiedzy otrzymali wiadomość, że Pani podwładny, oraz rycerz Jej cnoty Malcolm Rahllen Aap Savin popełnia straszliwe zbrodnie na terenach cesarstwa. Podróżuje od prowincji do prowincji, wynajdując kobiety w różnym wieku i aparycji, a następnie morduje je z zimną krwią.
Kancelaria zdaje sobie sprawę z wagi tychże oskarżeń. Jednak nasi informatorzy mówili także, że po śmierci kobiet, wykonuje jakieś magiczne rytuały. To jest nie do przyjęcia.
Cesarz, oczywiście, pamiętając zasługi wojenne rycerza Malcolma nie ma zamiaru sprowadzać owego rycerza do siedziby nadwornych inwestygatorów. Zamiast tego wysyła do Was delegację, w której składzie znajdzie się Wielki Śledczy hrabia Jorsin Ghebruf. Owy hrabia zajmie się tą sprawą, i przekaże nam wyniki, które - jak mamy nadzieję - nie będą obciążały rycerza Malcolma żadną winą.
Oprócz tego życzymy Pani dobrego zdrowia.

Sygnowano, Elam Raug, Pierwszy Kancelista Cesarski."


***

Milczał jak zaklęty. On i Vi patrzyli sobie w oczy. Wiedział, że była już gotowa na kolejną sprzeczkę. Widział to wyzwanie w jej oczach, miał pojęcie, że gdy tylko się odezwie, oberwie falą wyzwisk i wypominania błędów przeszłości.
Wiedział, że mógłby się uprzeć i mówić, iż tylko wykonuje swoją pracę. Nie muszą go obchodzić świadkowie, może robić co chce, byle zadanie było wykonane. Mógłby się właśnie tak bronić, gdyby nie wiedział, że zakon Łowców Wiedźm nie jest jawną organizacją.
Ale wiedział to.
Opuścił wzrok i skierował się do wyjścia. Jednak przed wyjściem coś go tknęło.
- Przepraszam.
- Słucham?
- Przepraszam!
- Powtórzył głośniej i odwrócił się, by znów spojrzeć w jej oczy. - Przepraszam za wszystko, wiem że to moja wina, mogłem być bardziej ostrożny, mogłem uważać. Ale nie robiłem tego, głównie z własnej głupoty.
- W końcu w czymś się z tobą zgadzam. - Wtrąciła się Vi.
- Nie przerywaj mi, bo nie skończyłem! - Krzyknął, a ją zatkało. Nie spodziewała się tego, Malcolm nigdy nie krzyczał na nią. - Jestem zmęczony robieniem czegoś źle, Vi. Jestem zmęczony tym, że raz mówisz, iż jestem najlepszy, a następnie wyzywasz mnie za praktycznie byle co.
- To nie jest...
- Znów próbowała mu przerwać. Nieskutecznie.
- Wiem, że to nie jest byle co! Ale spójrz na to z tej strony. Jestem tu z tobą prawie cztery lata. W trakcie tego czasu zabiłem trzydzieści siedem wiedźm. Przy dwunastu innych przypadkach pomogłem na tyle, by innym Łowcom też się udało. Mam już jakieś doświadczenie. Przeżyłem więcej, przetrwałem więcej, niż każdy na tym zamku. Wiesz to! A mimo to zawsze starasz się wytknąć wszystkie moje błędy. Czepiasz się rzeczy, na które nawet nie mam wpływu! Na większość z rzeczy, za które mnie opieprzasz, nie miałem żadnego wpływu. Mogłem się jedynie przyglądać wydarzeniom i próbować jakoś przetrwać!
Zamilkł na chwilę. Vi już chciała coś powiedzieć, ale podniósł palec na znak, że jeszcze nie skończył.
- Wiem, że popełniłem wiele błędów. Wiem, że uważasz mnie za dziecko. Że chcesz mnie prowadzić, bym nie wyrządził sobie krzywdy, oraz - co ważniejsze - nie wyrządził krzywdy innym. Ale z tym koniec, Vi. Nie będę już polował na wiedźmy. I... i przyjmę na siebie wszystko, co będzie miał przygotowane ten śledczy. Sam sobie z tym poradzę. Bez twojej pomocy, czy kogokolwiek innego. Bez szpiegów informujących cię o każdym moim błędzie, bez innych Łowców. I bez ciebie.
Wyszedł.
Vi jeszcze długo nie mogła dojść do siebie. Żałowała, że ta rozmowa tak się potoczyła.
Żałowała, że ta rozmowa w ogóle się odbyła.

***

Mimo wszystko spała u jego boku tej nocy. Nie mogła go opuścić, nie potrafiła. Do tematu kłótni już nie wracali. Może tak było po prostu lepiej? Unikać kłótni, unikać pojedynków słownych, dać się ponieść uczuciom na innym polu?
Może. Lecz czuła, że rozmowa, jaką dziś odbyli, była tylko preludium do czegoś o wiele większego.

***

Wyglądała niesamowicie podczas snu, jakby była wyjęta z bajki.
Dotknął jej ręki. Przeszyła go igiełka chłodu. Jej ciało zawsze wydawało się zimne w dotyku. Znów się zastanawiał: kim on właściwie dla niej jest? Dlaczego ona jeszcze z nim trzyma? Dlaczego nie znajdzie sobie kogoś normalnego, z przeszłością, rodem, pieniędzmi? Dlaczego, mimo tych wszystkich starć i kłótni są razem?
Nie znał odpowiedzi na te pytania.

***

Było późno w nocy, gdy zasypiał. A w głowie miał już tylko jedno pytanie...
Kim jesteś, Malcolmie?

***

Zwierzęta. Ludzkość to tylko zwierzęta. Niegodne myśleć, niegodne nadawać swojemu życiu sens, czy cel. To mięso, którym się żywisz, gdy nie polujesz na nic innego. To błąd, zwyczajny przypadek. Jakie były szanse powstania ludzkości? Znikome. Właściwe żadne. Ludzie nie mają prawa istnieć, ty nie masz prawa istnieć. Jesteś zwierzęciem. Jesteś mięsem. Jesteś narzędziem. Zabijaj, zabijaj, zabijaj ludzi. Tylko po to żyjesz. Twoje życie nie ma jakiegoś większego sensu. Bierz broń i zabijaj. Bez broni walcz gołymi rękami.
Bij.
Ale tylko tak, by zabić.
Po to cię stworzyliśmy. Po to cię ulepiliśmy.
Nie masz duszy, nie masz uczuć, nie masz marzeń, nie masz lęków.
Jesteś zabójcą, potworem. Bronią.
Jesteś zwierzęciem.
Zabijaj.

***

Malcolm obudził się z krzykiem nieświadomy, że sen, który go nawiedził, śnił się nie tylko jemu.


Koniec rozdziału pierwszego.


[/bb spoiler]

No i rozdział drugi. Może się wydawać krótki, ale zawarłem w nim wszystkie informacje, jakie chciałem przekazać czytelnikowi, no i zrobiłem to trochę w nietypowej dla siebie formie. :)
Zapraszam do lektury.

[bb spoiler]
Rozdział drugi.

06.09.1942.
Nadawca: Elam Raug, Pierwszy Kancelista Cesarski.
Odbiorca: Anzelm Barluf, Informator Drugiej Klasy.

Drogi Anzelmie,
wspaniały sługo naszego potężnego cesarstwa. To dzięki ludziom takim jak Pan nasze cesarstwo jeszcze nie upadło. Informacje, które nam Pan przekazał są zaprawdę najwyższej wagi. Żywię ogromną nadzieję, że informacje okażą się prawdziwe, choć co do tego nie mam żadnych wątpliwości (lecz etyka biurokracji oraz dekrety cesarskie nakazują mi, bym sprawdzał każdą otrzymaną wieść, niezależnie od jej źródła pochodzenia), gdyż Pana nienaganny przebieg służby w dumnych szeregach wewnętrznych informatorów cesarstwa, oraz bardzo wysoka częstotliwość przekazywania informacji wskazują na to, że jest Pan prawdomównym, pokornym sługą cesarstwa.
Miłościwie nam panujący cesarz Zethar Drugi, Stąpający w Promieniach Słońca, etc, etc, nie mógł początkowo uwierzyć w zebrane przez Pana fakty. Jednak każdy z nich był podparty solidnymi dowodami, zaś każda zbrodnia imć opisywanego przez Pana Malcolma, zostawiała za sobą poszlak wystarczające, byśmy wszczęli śledztwo. Doprawdy, to ogromne niedopatrzenie ze strony naszych służb, iż nie zauważyliśmy jeszcze jak ohydnych zbrodni dopuszczają się mieszkańcy naszego cesarstwa.
Dzięki Pańskim informacjom nie raz i nie dwa cesarstwo pokazało swój charakter, dlatego też chcielibyśmy Pana awansować w trybie natychmiastowym na wielkiego śledczego cesarstwa. Proszę tylko, by przyjechał Pan do stolicy potwierdzić swój awans i odebrać należne tytułowi dobra materialne.
Niestety, musimy też, zgodnie z protokołem, prosić Pana o dyskrecję i nikomu nie opowiadać o imć Malcolmie, czy o Pańskich koneksjach z władzami o naszym szczeblu. Domyślamy się, że nie wszyscy darzą szczerym uczuciem nasze służby tak jak Pan, i nie chcemy, by Panu stała się krzywda w drodze do stolicy.
Mam nadzieję, że dotrze Pan do nas jak najszybciej.

Z nadziejami na przyszłość,
Elam Raug.

***

06.09.1942.
Nadawca: Elam Raug, Pierwszy Kancelista Cesarski.
Odbiorca: Vilhelm Ersundhart, Pierwszy Śledczy Cesarstwa.

Drogi Vilhelmie,
niedługo w stolicy będziemy gościć niejakiego Anzelma Barlufa. Proszę, ZAJMIJ się nim tak dobrze, jak tylko potrafisz.
Z góry dziękuję.

Życzący zdrowia,
Elam Raug.

***

07.09.1942.
Nadawca: Elam Raug, Pierwszy Kancelista Cesarski.
Odbiorca: Atia Czerwona.

Dziękujemy za wykonanie zlecenia.
Informacje o następnym zleceniu tam, gdzie zwykle.

PS: Pani siostra czuje się dobrze i nie narzeka na zakwaterowanie.

Gratulujący sukcesów,
Elam Raug.

***

10.09.1942.
Nadawca: Elam Raug, Pierwszy Kancelista Cesarski.
Odbiorca: Vilhelm Ersundhart, Pierwszy Śledczy Cesarstwa.

Drogi Vilhelmie,
dziękuję za pozbycie się Anzelma Barlufa. Fakt, że umarł w trakcie przesłuchania wcale mnie nie zdziwił. Zaś fakt, że wspomniał tylko jedno imię podczas przepytywania był nieco intrygujący. Jednak, spójrzmy prawdzie w oczy, wedle spisów ludności z wiosny tego roku, w naszym cesarstwie mieszka ponad cztery tysiące osób o tym imieniu i znalezienie kobiety o imieniu Morgana powiązanej ze zmarłym już donosicielem jest praktycznie niemożliwe. Tak więc zamykam ten rozdział śledztwa.
Zapłata już jest na twoim koncie w banku Arretów.

Życzący zdrowia,
Elam Raug.

***

11.09.1942.
Nadawca: Elam Raug, Pierwszy Kancelista Cesarski.
Odbiorca: Atia Czerwona.

Dziękujemy za wykonanie zlecenia. Wykonała Pani doskonałą robotę w stolicy.
Teraz mamy dla Pani zadanie nietypowe. Prosimy udać się do zamku Ferander i zgłosić się do hrabiego Jorsina Ghebrufa. On Panią wtajemniczy w szczegóły owego zadania.
Prosimy też nie zapominać, że Pani młodsza siostra nadal znajduje się u nas w gościnie i póki co nie narzeka na panujące u nas warunki. Tylko od Pani zależy, czy się to zmieni, czy nie.

Gratulujący sukcesów,
Elam Raug.

***

11.09.1942.
Nadawca: Elam Raug, Pierwszy Kancelista Cesarski.
Odbiorca: hrabia Jorsin Ghebruf, Wielki Śledczy Cesarski.

Szanowny Panie hrabio,
wedle obliczeń matematyków, oraz doniesień kurierów, w chwili otrzymania tej wiadomości przebędzie Pan ponad połowę drogi do zamku Ferander, siedziby baronowej Vivienne Earso. Żywię nadzieję, że zapoznał się Pan ze wszelkimi oficjalnymi dokumentami, które Panu przedstawiłem. Proszę o nich zapomnieć. Raporty te zawierały stronnicze i subiektywne obserwacje jednego z naszych zmarłych niespodziewanie szpiegów. Cesarz osobiście mnie wtajemniczył w szczegóły misji, którą ma Pan wykonać, i choć wiąże się ona z Malcolmem Raahlenem aap Savinem, to nie w sposób, o jakim Pan myślał.
Na początku muszę Pana przestrzec - imć Malcolm to osobnik ekstremalnie niebezpieczny, z którym NIE WOLNO zostawać nigdy sam na sam. Dlaczego? Już spieszę wyjaśniać.
Cztery lata temu, tuż przed rebelią, miłościwie nam panujący był wygnanym przez opętanego cesarza arcyksięciem, poszukującym sojuszników w walce o tron z demonami. Jeden z baronów, imienia nie wolno mi wspominać pod karą śmierci, zarządał, że za wsparcie, cesarz wraz ze swą gwardią ma mu pomóc wyplenić z jego ziem demony, które to zajmowały już przez ponad dwadzieścia lat jeden z cesarskich fortów.
Miłościwie nam panujący zgodził się, ponieważ według wstępnych raportów obrona fortu była znikoma, a zajęcie takiej placówki mogło być doskonałym płomieniem, który roznieciłby ogień rebelii. Siły naszego ukochanego władcy, wspomagane przez najlepszych wojowników barona zaatakowały fort nocą. Sam nasz cesarz ubił przynajmniej pięć demonów w potyczce, które wzięte z zaskoczenia nie miały szans. Jednak demony miały coś w zanadrzu, a fort służył im do czegoś więcej, niż się spodziewano. W zamkniętych klatkach demony miały uwięzionych ludzi. Silnych, zdrowych fizycznie, lecz pozbawionych uczuć i mowy ludzi. Każdy z nich był wychowany przez demony. Blizny na ciele tych ludzi wskazywały, że nauczano ich w sztuce znoszenia bólu. Drewniane pałki zaś, oraz osobny dziedziniec mówiły, że zmuszano ich do walk. Nie, nie jak Pan myśli, czyli dla chorej przyjemności. Demony hodowały armię złożoną z ludzi, którzy nigdy nie poznali co to człowieczeństwo.
Miłościwy Zethar Drugi wziął tych ludzi pod swoje skrzydła, jednak podczas prób komunikacji oni zawsze próbowali nas atakować. W końcu cesarz, zmuszony do odwrotu z tego fortu (gdyż nadciągały wojska demonów, a siły naszego władcy zbierały się w dolinie Rhim), zarządził, by zabić tych ludzi. Nie chciał bowiem, by użyto ich jako broni przeciw ludzkości.
Oszczędzono tylko jednego, najmniej agresywnego z nich. Człowieka, któremu nasz cesarz nadał miano Malcolm Raahlen aap Savin. Człowieka, którego jedzie Pan aresztować.
Cesarz uczył Malcolma. Mówić, czytać, pisać i myśleć samodzielnie. To ostatnie przychodziło najtrudniej, gdyż wychowanek demonów potrafił jedynie wypełniać rozkazy. Był doskonałym sługą i ochroniarzem. W pojedynkę odbił w rąk zdrajców baronową Vivienne Earso, zabijając w trakcie tej akcji około trzydziestu ludzi. Nasi najlepsi szermierze byli zdumieni jego umiejętnościami, nawet ostatnio zmarły [IMIĘ I NAZWISKO GWARDZISTY CESARZA] był pod wrażeniem. Ludzie się bali Malcolma. Ale też szanowali go za wkład w rebelię.
Przed decydującą bitwą rebelii i rajdem na stolicę, cesarz wezwał Malcolma do siebie. Miłościwie nam panujący zauważył, że jego ochroniarz nie ma absolutnie żadnych skrupułów przy zabijaniu ludzi, dlatego wymógł na nim przysięgę, by nigdy nie mordował w imieniu demonów. By nie wrócił pod plugawe skrzydła demonów. By nie zwrócił się przeciw ludzkości.
Bitwę zapamiętaną, jako zwycięstwo z dolinie Rhim, wojska naszego cesarza, zwyciężyły. Podobno w trakcie tego wydarzenia, Malcolm, by dowieść, że potrafi służyć najlepiej jak umie naszemu władcy, przerąbał istny korytarz wśród wrogów, tylko po to, by dostać się do ich sztabu i zniszczyć ich centrum dowodzenia. Tak też się stało, dlatego też wróg, mimo trzykrotnej przewagi, przegrał. Po prostu nie miał już kto dowodzić tą armią. Szacuje się, że podczas tamtej batalii, Malcolm zabił około setkę demonich sług. To tylko pomaga się zorientować, jak bardzo niebezpieczny jest ten osobnik.
Po wszystkim, cesarz dał Malcolmowi wolną rękę, a ten po paru miesiącach licznych podróży osiedlił się w zamku Ferander, wraz z Vivienne Earso. Miłościwie nam panujący liczył, że Malcolm nie wróci na stronę demonów, jednak ostatnie raporty, oraz zeznania wielu naszych donosicieli potwierdziły, iż zabija on ludzi, a następnie rytuałami dedykuje każde zabójstwo demonom. Nie wiemy do czego on zmierza, nie wiemy też jaki profit przynoszą demonom zgony zabitych przez Malcolma osób. Wiemy jednak, że musi on być powstrzymany, bez względu na cenę.
Pańska eskorta liczy trzydzieści osób, proponuję po drodze zatrudnić też jakichś najemników. Waszym głównym celem jest teraz pojmanie Malcolma Raahlena aap Savina i odstawienie go do stolicy. Jeśli jednak będzie trzeba, zabijcie go. I nie ryzykujcie więcej, niż to wszystko jest warte.
W zamku Ferander powinna się do Pana zgłosić nasza agentka, Atia Czerwona, która jest wirtuozem w sztuce zabijania. Pomoże ona Panu przygotować pułapkę na Malcolma. Jeśli jednak on zbiegnie, proszę mnie natychmiast o tym poinformować, oraz wystawić za nim listy gończe.
Uwaga, jest też możliwe, że baronowa Vivienne będzie oponowała temu przedsięwzięciu. Cóż, służyła wystarczająco długo cesarstwu, więc macie pozwolenie na użycie wszelkich środków prewencyjnych, by ją zatrzymać lub zabić.
Raz jeszcze pragnę ostrzec przed Malcolmem. I proszę go nie lekceważyć. Ten człowiek zabił więcej ludzi, niż ktokolwiek inny. Nie Pan nie zapomina: to morderca, wychowanek demonów, ich wierny sługa i zdrajca ludzkości. Nie ma w nim nic ludzkiego. Jedynym ratunkiem dla niego może być tylko śmierć.
Mam nadzieję, że zrozumiał Pan dobrze mój list.

Życzący powodzenia,
Elam Raug.

***

Hrabia Jorsin Ghebruf, wielki śledczy cesarski, przeczytał list siedemnastego września, będąc w zajeździe, w połowie drogi do Ferander. Wiadomość go lekko zafrapowała, nie codziennie w końcu dostaje się takie rozkazy. Ale był profesjonalistą - a ci, którzy rozkazy wydali, mogli być pewni, że ten właśnie człowiek poświęci wszystko, byle tylko złapać lub zabić Malcolma Raahlena aap Savina.

Koniec rozdziału drugiego.

[/bb spoiler]

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 16 lut 2014, 11:55 
Igor
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 7
Rejestracja: 08 lut 2009, 10:54
Posty: 3404
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Cóż. Dziwne toto było. No ale cóż, taka wola listów, zwłaszcza pisanych formalnym językiem dworskiej etykiety i urzędu.
Trochę nie podoba mi się przedstawienie tego Malcolma. Do tej pory był naprawdę spoko kolesiem, a teraz zrobiłeś z niego target dla hrabiego, który gra w grę PC i ma do zabicia bossa.
I niby wiadomo z poprzednich części, że tak nie jest, ale mimo to, widzę tu sporo przesady z tym zabijaniem. Każdy szermierz dupa, gdzie wrogów kupa. Nie za bardzo podeszło mi takie rozwiązanie fabularne.

_________________
Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól zrobiĆ, a zrozumiem. - Konfucjusz

"Bez pożegnania nie ma rozstania, jest tylko zmowa milczenia."
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 16 lut 2014, 16:03 
Zegarmistrz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 10
Rejestracja: 10 lis 2009, 13:41
Posty: 1413
Lokalizacja: tg(90°)
Płeć: Mężczyzna
Kol, mam prośbę :D Jak wrzucasz tekst w spoiler, fajnie byłoby, gdybyś zmienił mu kolor czcionki :D
Bo standardowe ustawienia są baardzo kiepskie w tym zakresie :D
[noparse]Czyli taki myczek:

Tak na wszelki wypadek:
[bb spoiler] Bla bla bla :D [/bb spoiler][/noparse]
...i wychodzi coś takiego:
[bb spoiler] Bla bla bla :D [/bb spoiler]
Prawda, że fajniej się czyta? :D
Dobra, ja komenta wrzucę później, także oczekuj :D

_________________
Dawno nie zmieniałem, więc zmieniam. Wy też zmieniajcie. Co tylko się da.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 18 lut 2014, 20:15 
Administrator
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 21
Rejestracja: 03 lis 2008, 08:07
Posty: 9680
Lokalizacja: Gród Bestiarium
Płeć: Mężczyzna
Potwierdzam. :P
Ja też stosuję tę metodę, żeby się Wam przyjemniej czytało i Kol, jak tak nie robisz, to trzeba cały tekst podświetlić, żeby było lepiej widać. :P

_________________
Wszystko ku chwale większej frajdy!
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 01 mar 2014, 13:23 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 2006
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
No, trochę mnie ominęło. Ale jak wszystko czytać, to wszystko.
Ja nie mam niczego do zarzucenia. Mi naprawdę się wszystko podoba. Jak wydasz książkę, to chcę egzemplarz z autografem i specjalną dedykacją dla siostrzyczki :D Heheh.
Serio. Świetnie ci to idzie. Mimo że gdzieniegdzie dostrzegam typowe elementy dla takiego gatunku. Ale to nieważne, bo i tak mi się podoba :D Czekam na kolejną część. I masz się nie lenić, Mistrzu Lenistwa.

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 20 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do: