Strefa czasowa UTC+1godz.


Dzisiaj jest 16 sie 2018, 04:59



Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 20 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł: Łowcy Wiedźm [+18]
Post: 24 sty 2014, 10:54 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1524
Czyli moje wypociny z czasów kompletnego beznetowia. Jest to oczywiście tylko pierwszy, że tak powiem, szkic. Bez poprawek, bez sztukowania się z każdym słowem. Dlatego niektóre opisy mogą się wydać nieco zbyt skomplikowane. No i jest to nieco ponad połowa pierwszego rozdziału. :)

Ostrzegam, ze względu na język jest to opko +18.

[bb spoiler]
Łowcy Wiedźm


***

Tysiącletnia legenda głosi, że pierwsza wiedźma, Morgana, przywołała demony na ten świat, użyczając im swego ciała, jako bramy między wymiarami. Za ten dar Morgana otrzymała od demonów nieśmiertelność w postaci ciągłego odradzania się. Co pokolenie więc wiedźma rodziła się na nowo, ucząc też inne kobiety, jak zyskać demoniczną moc w zamian za tak niewiele. Wielki marsz wiedźm, datowany na rok 1625 (w niektórych kronikach 1626, a nawet 1627), został poprowadzony właśnie przez Morganę. To również ona sprowadziła plagę demonów dziesięć lat temu, opętując cesarza Zetana Pierwszego. Obie te katastrofy zakończyli członkowie mitycznego zakonu Łowców Wiedźm. I choć wielu podważa, czy też otwarcie neguje jego istnienie, ja święcie wierzę, że jego członkowie strzegą nas przed czarownicami, oraz innymi złymi mocami. Bo jeśli oni tego nie robią, to kto?

Jolly , starszy skryba i uczony z zamku Ferander.
Zapiski z czasów Ery Słonecznej, rok 1942.

***

Rozdział pierwszy - powrót do domu.

- Rahlen! Do komnaty! - Ostry niczym brzytwa głos przeciął zimny, wypełniony zduszonymi głosami korytarz.
- No, teraz twój pogrzeb, brachu. - Jest z wojowników, wysoki łowca zwany Gavirem klepnął w plecy swojego kolegę po fachu. Ten się zaśmiał i wstając z ławy odpowiedział:
- Pogrzeb? Ha ha, jest w aż tak złym humorze?
- Tak. I nie radzę dziś do niej podskakiwać.
- Jakieś nieprzyjemne doświadczenia?
- Próbowałem się stawiać, wiesz, tak jak ty to zawsze robisz...
- Gavir urwał i zajęczał boleśnie.
- I...?
- Chciała szybkiego pojedynku, bez broni. Znasz zasady, kto pierwszy kogo trafi, ten wygrywa.
- Przegrałeś.
- Domyślił się Rahlen.
- Ta kurw... - Gavir chciał ostro powiedzieć to, co leżało mu na wątrobie, jednak się opamiętał, bo na korytarzu było jeszcze ze dwudziestu ludzi czekających na wejście do wielkiej szefowej. I każdy z nich mógł powtórzyć jej jego słowa. Dlatego wojownik ściszył głos. - Ta suka kopnęła mnie w jaja.
- Co?
- Nie dosłyszał Rahlen. Albo po prostu nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
- Kopnęła mnie w jaja! - Gavir niemal wykrzyknął. - Od razu, na początku pojedynku, ćwierć sekundy po tym, jak się na to zgodziłem. Potem grzecznie wyrzuciła mnie z komnaty i kazała czekać aż mnie wezwie.
- Długo...?
- Cztery godziny. Pal licho czekanie, gorzej boli urażona duma.
- Że co?
- Parsknął Rahlen.
- Duma... No bo pokonała mnie baba!
- Chłopie... Tę babę szkoli najlepszy szermierz w cesarstwie. Prawie nikt nie ma z nią szans.
- Też prawda. Lepiej już idź, bo się jeszcze bardziej wkur... To znaczy zdenerwuje.
- Zaraz, Gavir, od kiedy przestałeś kląć jak szewc?
- Zdziwił się Rahlen.
- Od przedwczoraj. Stara mi zrobiła awanturę, gdy puściłem wiązankę przy dzieciakach. Że niby to natywnie wpływa na wychowanie.
- Negatywnie.
- Też. No i przestałem. Jakie masz szczęście, chłopie, że tobą nie rządzi żadna kobieta. Znaczy w domu, a nie w pracy. Bo w robocie to my wszyscy mamy przesrane.
- Taaak. Słuchaj, chyba naprawdę muszę iść.
- Powiedział Rahlen, gdy usłyszał zza grubych, stalowych drzwi swoje imię występujące wśród wielu słów, takich jak kurwa, chuj i zwiędły. Musiała być naprawdę zdenerwowana skoro jego tak wyzywała. Ale o co? Przecież ostatnie zadanie wykonał jak należy, to znaczy zabił wiedźmę, a jej trzem sługusom oferował odkupienie w postaci służby z zakonie. Nie zgodzili się, więc i ich musiał ubić.
- Idź, idź, bo jeszcze sama tu przyjdzie a nikt by tego nie chciał. - Dodał Gavir, a wszyscy wokół się z nim zgodzili.
Rahlen wszedł do komnaty. Do Gavira nagle coś dotarło:
- Kurwa! Przecież najlepszym szermierzem w cesarstwie jest właśnie Rahlen!

***

- Jak mogłeś?! - Dwustuletnia waza poleciała w kierunku Rahlena. Łowca nawet nie starał się jej łapać. Po prostu lekko odsunął się od niej, tak samo jak od każdego innego nadlatującego pocisku. Zresztą większość z nich nawet nie leciała w jego kierunku. - Ty gnoju, bezmózgowcu, chuju zwiędły! - Tak, Vi, czyli szefowa zdecydowanie była wściekła. Teraz tylko pytanie czy na Rahlena, czy ogólnie na cały świat. Jeśli to pierwsze, to można jeszcze było ujść tego dnia do karczmy i się w spokoju napić. Druga jednak opcja oznaczała okres, a więc w rezultacie kolejną dość długą i nieprzyjemną misję. - Ty skurwysynu! Jak mogłeś?! - Vi podeszła do Rahlena i wykrzyczała ostatnie pytanie mu w twarz, policzkując go siarczyście. Łowca nawet nie mrugnął okiem.
Cisza się przedłużała, więc widocznie Vi żądała odpowiedzi.
- Jak mogłem co zrobić?
W jej oczach zapłonął czysty gniew.
- Co?! Jeszcze się pytasz co?! Trupy trzech agentów cesarskich to dla ciebie nic? Jeszcze co się będzie pytał, no skurwiel...
- Zaraz, jakich agentów?
- Jakich agentów?! Ja ci zaraz pokażę jakich!
- Vi, nie radzę.
- Spoważniał całkowicie Rahlen, widząc że kobieta rusza na niego z zaimprowizowaną bronią, jaką był rzemieniowy pas. Jedna z kilku zabłąkanych myśli powiedziała mu, że jego szefowa wygląda szalenie seksownie, gdy się wścieka. Zwykle idealnie wygładzone, długie, jasne włosy zamieniają się w istną burzę niepoukładanych loków. Zakrywająca większość ciekawych rzeczy sukienka podwija się w kilku miejscach, ukazując wcale ładne uda, a gdy jeszcze napnie swoje mięśnie, to piersi wyskakują niemal z materiału...
Rahlen musiał przerwać fantazję erotyczną, bo coś go smagnęło w twarz. Cholera, naprawdę go uderzyła? Łowca postanowił nie przyjmować wyzwania i unikać kolejnych ciosów. Cholera, jak to szczypie - myślał, gdy zręcznie unikał prowizorycznej broni. Kobieta nie krzyczała na niego, tylko juz wyła. Na szczęście nikt z korytarza nie śmiał zakłócać przebiegu tej pełnej delikatnej dyplomacji konwersacji. Wreszcie Vi się zmęczyła, usiadła pod ścianą i zaczęła płakać. Na sucho, bez łez.
Rahlen podszedł i usiadł się obok. Jego ręce nieskończenie powoli zdobywały terytorium jej ciała, aż wreszcie dała mu się przytulić.
- Vilvenno Elzo Vednicker, skoro już się uspokoiłaś, to wytłumaczysz mi o co chodzi? - Zapytał, używając jej pełnego imienia. To był jego sposób na nią. Zawsze, gdy się kłócili i była szansa na zgodę, to wymawiał jej imię. Powtarzał sekret, który znają tylko dwie osoby w cesarstwie - on i ona. Nikomu innemu nie wyjawiła swej prawdziwej tożsamości. Nikomu innemu nie powiedziała, że jest córką największego zdrajcy, jakiego nosił ten świat. Zresztą to Rahlen zakończył żywot ojca Vi, cztery lata temu, gdy jeszcze nie należał do zakonu.
- Tak. Możesz podać mi grzebień? Jest na biurku. - Miała głos nie do końca opanowany, bo jeszcze drżący, ale melodyjny, jedyny w swoim rodzaju. Taki, którego wstyd było nie usłuchać.
Wstał. Zrobił to, o co prosiła. Poczekał cierpliwie, aż poprawi suknię i zacznie się czesać. Uśmiechnął się, bo przypomniał sobie, jak reszta dam dworu, a nawet kuzynek i ciotek cesarza zazdrościła jej samego koloru włosów. Cóż, one były skazane na ciemny, co najwyżej farbowany, rudy kolor. Vi zaś miała naturalnie jasne włosy. I z tego właśnie powodu kilka lat temu zwróciła jego uwagę, gdy zdobywał swoim talentem do walki pozycję w kraju. Owszem, było też coś o jej bogactwie, cesarskiej krwi, zdradzieckim ojcu, walce z demonami, rebelią, która ogarnęła cały kraj i mitycznym zakonie polującym na wiedźmy, ale najbardziej zaintrygowały go właśnie jej włosy. I tak, Rahlen miał pojęcie o tym, że w jego głowie nie do końca wszystko jest poukładane. Ale się tym nie przejmował i dalej robił swoje.
- Twój ostatni przydział. Czarownica w Rhokir. - Zaczęła i skinęła na niego, by zaczął mówić.
- Wykonany. Wiedźma trzeciej kategorii. Nie żyje. - Wzruszył ramionami.
- Wiedźma miała swoją służbę.
- Trzech parobków. Stawiali opór podczas egzekucji wiedźmy, nie zgodzili się na odkupienie. Nie chcieli odejść, gdy chciałem spalić siedzibę czarownicy. Ostatecznie sami mnie zaatakowali.
- Nie żyją.
- Nie żyją. Ta dziwna rozmowa dokądś prowadzi?
- Tak. Oni byli agentami cesarstwa. Jak wiesz, nasz cesarz nawet nie wie o istnieniu naszego zakonu. Nawet ja w jego oczach jestem młodą baronową zamku Feranden, czyli miejsca, gdzie się obecnie znajdujemy.
- Oznajmiła Rahlenowi. Cholera, po co baby muszą zawsze tłumaczyć to, co wszyscy już dobrze wiedzą?
- Tak, tak. Ty jesteś baronową, a biały rycerz, czyli ja w hełmie obsranym przez gołębie, twoim rycerzem na turniejach. Możesz przejść do sedna? Albo chociaż do seksu? - Rahlen był już znudzony gadaniem po próżnicy.
- Seks... później. Po pracy. Mam obowiązki.
- Ale mnie nie było trzy tygodnie...
- Po pracy. Przyjdź przed północą.
- Powtórzyła stanowczo.
- No dobra. - Zepsuło mu to z lekka plany na wieczór, bo planował urżnąć się jak świnia. Tak, Rahlen lubił sobie wypić. Głównie po to, by zapomnieć z czym walczy na co dzień. - A ty pamiętaj o treningu jutro rano.
- Nie zapomnę. Ale do rzeczy. Nasz cesarz nie wie o naszym zakonie, ale wie o wiedźmach. Dlatego powołał do życia specjalnych agentów, którzy mieli się przyjrzeć problemowi wiedźm. Ci zaś odkryli, że ktoś je likwiduje.
- Cesarz o tym wie?
- Wie. Ale to jeszcze nic, bo póki agenci nie mieli twardych dowodów na to, że my działamy, póty cesarz nie miał podstaw im wierzyć. To dlatego, gdy zabiłeś tamtą wiedźmę, próbowali cię pojmać. Jednak nie mieli pojęcia z kim próbują walczyć. A ty nie miałeś pojęcia kogo zabijasz.
- Wytłumaczyła wszystko Vi.
- Zaraz. - Rahlenowi coś nie pasowało. - Skoro wiesz, że nie miałem pojęcia i nie było w tym mojej winy, to dlaczego się na mnie wściekałaś?
- Ponieważ cesarz wysyła teraz szpiegów do każdego większego zamku, by szukali śladów wiedźm, ludzi którzy je zabijają, a przede wszystkim by patrzyli baronom na ręce.
- Ale to wciąż nie do końca moja wina.
- Wiem. Przepraszam. Po prostu wszystko może się zepsuć przez ten jeden przydział. Wszystko, na co tak długo pracowaliśmy i o co dbaliśmy… Wszystko to może się skończyć. Ale skoro musiałeś ich zabić, to musiałeś. Przepraszam raz jeszcze.
- Vi naprawdę zależało na organizacji, którą odziedziczyła po poprzednim mistrzu, Hlormarze.. I która to organizacja już trzysta lat pilnowała cesarstwa przed wiedźmami.
- Nic się nie stało. Oczywiście, oprócz tego, że policzek spuchł mi jak po ugryzieniu pszczoły. Ale wracając do tematu; nie dało się umieścić naszych ludzi wśród tych cesarskich agentów?
Vi opuściła wzrok.
- Za późno się o wszystkim dowiedziałam. Ledwie wczoraj wieczorem poskładałam wszystko w całość.
- Dobrze, nikt cię nie wini. Co więc robimy? Wiesz, że zawsze możesz liczyć na mój miecz. Albo but, gdy nie będzie mi się chciało wyciągać miecza.

Vi odłożyła grzebień. Zdążyła doprowadzić swoje włosy do porządku.
- Będziemy udawać najbardziej zwyczajną w świecie, nudną baronię. Ludzie już zostali poruczeni, wszyscy wiedzą co mają robić.
- Zaraz, a ja? Wiesz, tak jakby dopiero dziś rano wróciłem.
- Ty będziesz robił to, co na cesarskim dworze, czyli grał rolę szlachetnego rycerza, obrońcy mojej cnoty.

Przez chwilę milczeli, aż wreszcie oboje zaczęli się histerycznie śmiać. Po kilkudziesięciu sekundach do komnaty wróciła powaga, lecz w znacznie lepszym humorze.
- To chyba dobry plan. A nasze operacje? Ktoś musi zabijać wiedźmy.
- Tym też się zajęłam. Wysyłam Gavira i czterech innych. Wiesz, ci co byli już trochę za długo w domu i zdążyli lekko zdziczeć.
- Wyjaśniła, lecz Rahlen nie do końca zrozumiał.
- Zdziczeć?
- Tak. Wyobraź sobie, że Gavir chciał się ze mną dziś pojedynkować!
- Niemożliwe.
- Mruknął Rahlen, który usłyszał niedawno, że to właśnie Vi chciała się pojedynkować z Gavirem.
- Tak. Ale nie był żadnym przeciwnikiem. Twoja taktyka polegająca wyłącznie na ataku się sprawdza. - Pochwaliła go Vi.
- Nie zapomnij, że czasami robi się uniki. I inne rzeczy, żeby... No wiesz, przeżyć.
- Wiem, wiem... Dobra, to spotkanie trwa już wystarczająco długo. No już, pocałuj mnie, a potem idź sobie do karczmy. Tylko zagryź czymś, bo nie chcę w nocy wąchać smrodu alkoholu. Kąpiel też by ci się przydała.

Rahlen musiał przyznać, że tu miała rację. I zrobił to na swój własny sposób, całując Vi prosto w usta.
- Rahlen! - Zawołała łowcę, gdy miał wychodzić.
- Tak?
- Jak wyglądam?

Rahlen uśmiechnął się szczerze i odpowiedział:
- W pewien przerażający sposób - pięknie.
- Dzięki. Ruszaj. I zawołaj Gavira, muszę go poinformować o jego nowym przydziale.

Wyszedł. Vi wciągnęła głęboko powietrze. Należało teraz znowu grać zimną sukę, która trzyma cały zakon żelazną ręką i nie toleruje porażek. Pokój wyglądał jak pobojowisko, a Rahlen wyszedł ze strasznie czerwonym, opuchniętym policzkiem. To oznacza, że jej związek z tym łowcą nie wyjdzie na jaw jeszcze przez jakiś czas. Że gra wciąż gra. Bo przecież niemal każdy człowiek gra w jakąś grę i codziennie udaje kogoś, kim nie jest...
Poczuła coś... Jedyny mężczyzna, który zdołał okiełznać jej gniew zostawił po sobie jakieś takie dziwne ciepło. Obietnicę nocnego spotkania.

***

W zamku Ferander jak i na podzamczu, sercu włości baronowej Vi, oraz tajemnej siedzibie ukrytego bractwa łowców wiedźm było siedem karczm. Zamek posiadał dostęp do rzeki Gharne, więc wybudowano także dwie konkurujące ze sobą tawerny przy magazynach portowych. W promieniu konnego dnia drogi od zamku istniało też sześć nieźle prosperujących zajazdów. Całość uzupełniały trzy zamtuzy; dwa dla zwykłych mieszczan i szlachty, oraz jeden, specjalny, ufundowany przez baronową przyjmujący tylko łowców. Ten zamtuz był jednym z dwóch liczących się miejsc dla łowców, którzy powracali ze swoich przydziałów. Drugim takim miejscem była karczma o szlachetnej nazwie "pod spróchniałą miotłą". To właśnie tam pili i opowiadali swoje przygody niemal wszyscy łowcy. Karczma miała dwa piętra użytkowe. Parter był zwykłą karczmą, "dla motłochu", jak to kiedyś powiedział łowca Gavir. Tam podawano najpodlejsze trunki serwowane przez jednego tylko karczmarza, który lubił sobie sam popić. Ogólnie dbano, by miejsce "pod spróchniałą miotłą nie miało najlepszej sławy. Dlaczego? Żeby zagraniczni goście nie chcieli się tu zatrzymywać, bo wtedy zaczęłyby się pytania o górne piętro, zarezerwowane tylko dla członków zakonu.
Schodów na piętro strzegły zawsze trzy osoby. Dwóch wielkich jak dęby dryblasów, którzy przykuwali uwagę z daleka, oraz sprawiali, że trzeci, najbardziej niebezpieczny stróż był niewidzialny. Tamci dwaj praktycznie się nie liczyli, gdyby miało dojść do próby wtargnięcia na piętro. Trzeci zaś, emerytowany łowca o imieniu Iason, brat samego Iasara (który w swoim czasie był najlepszym wojownikiem w cesarstwie dopóki nie nadeszła epoka białego rycerza), siedział sobie przy stoliku i popijał wino od otwarcia do zamknięcia karczmy, pilnując, by żadne poważniejsze siły nie usiłowały wtargnąć na piętro. Jednocześnie tylko on ze wszystkich stróżów znał imiona i wygląd wszystkich łowców wiedźm, dlatego gdy tylko do karczmy wchodził jeden z członków tego zakonu, Iason podnosił bukłak z winem do ust na znak, by reszta straży mogła wpuścić nowo przybyłego na piętro.
Co zaś działo się na piętrze? Tego już się dowiemy z perspektywy Rahlena...

***

Rahlen wszedł do karczmy "pod spróchniałą miotłą" późnym wieczorem. Wcześniej błąkał się po zamku, oraz na podgrodziu, starając się uporządkować ostatnie wydarzenia. No bo, cholera, skoro cesarz wysłał agentów, by zajęli się problemem wiedźm, to czemu akurat ci właśnie agenci trafili na niego? Przypadek? Zbieg okoliczności? Nie, Rahlen już się zdążył nauczyć, że takie coś po prostu nie istnieje. Nikt nie robi czegoś bez odpowiedniego celu, a już na pewno cesarz. Głowa państwa przecież, skromnie mówiąc, była geniuszem. Cesarz Zetan Drugi już w pierwszym roku panowania został nazwany przez lud mądrym. Wyciągnął cesarstwo z gigantycznych długów, stłumił przy pomocy dyplomacji, szantaży, oraz skrytobójców wszystkie rebelie, jakie trwały, gdy objął władzę. Zresztą, podczas własnej rebelii, gdy kilka lat temu stanął przeciw swemu opętanemu przez demony ojcu, potrafił przekuwać porażki w zwycięstwa, a każda, nawet najmniej ważna postać stawała się jego atutem. To on wyciągnął białego rycerza z obozu, gdzie ludzie byli przerabiani przez demony na bezlitosne maszyny do zabijania. Nadał imię Rahlenowi, przywracając mu jednocześnie człowieczeństwo. To on umożliwił spotkanie Rahlena z Vi, oraz zemstę tych dwóch osób na wielkim buntowniku Ivanie. I to właśnie on doprowadził do pojedynku dwóch najlepszych szermierzy cesarstwa, czyli białego rycerza z Iasarem.
Rahlen podejrzewał, że Zetan Drugi zna prawdziwą tożsamość Vi. Tak, to było możliwe. Jednak cesarz nie mógł wiedzieć o zakonie. Nawet sam Rahlen nie wiedział o łowcach wiedźm póki sam nie zabił pierwszej wiedźmy. Sama Vi została wybrana przez Hlormara, poprzedniego barona Ferander, oraz mistrza zakonu łowców wiedźm. Mistrz nie miał legalnych, czy nawet nielegalnych dzieci, więc następcę musiał wskazać. Mógł wybrać kogokolwiek z ludzi poddanych cesarstwu. Wybrał Vi, i - jak się okazało - lepiej wybrać nie mógł. Kobieta usprawniła wszystkie dziedziny życia łowców wiedźm. Za poprzedniego mistrza objawiało się sześć, nawet siedem nowych wiedźm na miesiąc, z czego tak w miarę szybko dowiadywano się o maksymalnie trzech. Za kadencji Vi średnia ilość kobiet dysponujących zakazaną mocą ujawniająca się miesięcznie spadła do pięciu i rzadko która wymykała się sieci informacyjnej, jaką stworzyła w całym cesarstwie mistrzyni. Tak, ona znała się na rzeczy. Za każdym razem, gdy Rahlen wracał z przydziału, nie mógł się nadziwić jak wiele rzeczy zostało zmienionych. Usprawnionych. Zmodernizowanych. Więc dlaczego, mimo maksymalnego bezpieczeństwa, oraz zaledwie trzydziestu osób w cesarstwie, którzy wiedzieli o łowcach coś konkretnego, cesarska agentura szukała tego zakonu? Dlaczego spośród zawsze stałej liczby dwudziestu łowców, to właśnie na niego wpadli agenci? Coś mu cholernie nie pasowało.
Podobnie nie pasował mu widok, bo przed oczami miał szyld zamtuza o nazwie "Różowy sutek". Cholera, nie powinno go tu być. Gdyby Vi się dowiedziała, że on tam się w ogóle kręci, to miałby przesrane i na nic by się zdało to, że jest najlepszy w mieczu. Dlatego wycofał się jak najszybciej w kierunku karczmy "pod spróchniałą miotłą".
Gdy wszedł do karczmy, wiedział, że ma jeszcze dwie godziny, zanim pójdzie odwiedzić Vi w jej komnacie. Wcześniej ona nie mogła przybyć. I tak, jako mistrzyni zakonu, poświęcała mu wiele czasu. Rozumiał to i doceniał. Ale czasami chciał, by było jak dawniej. Jak za czasów rebelii, gdy mieli siebie całe dnie. I noce...
Rahlen zamknął za sobą nie za dobrze wyglądające, przeżarte kornikami wrota karczmy i podszedł do draba, który pilnował wejścia na schody. Nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, podobnie jak niemal całą resztę dolnego piętra karczmy. Jedynie uniósł rekę do Iasona, czyli jedynej przyjaznej twarzy na tym poziomie budynku.
Wspiął się po schodach na górę i wszedł przez małe drzwi do dużego pomieszczenia. Siedziało tam już dziewięć, no trzynaście osób z karczmarzem i służbą. Było aż dziewięciu łowców wiedźm, co lekko zdziwiło Rahlena. Niemal połowa maksymalnego stanu ich skromnego zakonu. I wszyscy zgromadzeni przy jednym stole.
Rahlen podszedł cicho do owego stołu, bo trwała opowieść jego przyjaciela, Gavira. Skinął tylko głową na karczmarza, by ten zapodał kufel piwa i dosiadł się do swoich kompanów. Nikt go nie powitał, ale nie miał im tego za złe. Opowieść trwała i tylko to się liczyło.
- ... stara kurwa, znaczy krowa, była brzydka jak koński zad, i miała, uważajcie, brodę. Baba z brodą! Gdyby to nie była czarownica, to bym wziął cholerę do cyrku i zbił majątek. Ale była to czarownica i to nie byle jaka, bo miała drugą kategorię! Od razu jak zobaczyła mnie szlachtującego jej sługi, jęła się wezwać demona. I zgadnijcie czym ten demon wylazł! Dupą! - Powiedział, a podchmieleni towarzysze zarechotali. Rahlen też, chociaż z całej siły powstrzymywał się, by nie przerwać przyjacielowi jego opowieści. Popełnić tyle błędów... Jeśli to, co Gavir mówił, to prawda, to w takim razie popełnił tyle błędów w sztuce łowców, ile się tylko dało. W końcu łowca, gdy tylko może, nie zabija sług wiedźmy do czasu, gdy rozprawi się z nią. Potem daje im szansę na odkupienie, by służyli zakonowi, albo puszcza wolno. Z niezmiernie rzadkich przypadkach musi się bronić przed sługami, ale tylko wtedy, gdy oni atakują pierwsi. Drugi błąd to ten, że dał się zobaczyć wiedźmie. Gdy łowca ma okazję, zabija wiedźmę z zaskoczenia, z daleka, tak, by nawet go nie dojrzała. Trzeci błąd, dał jej przyzwać demona. Nic nie robił, tylko czekał, aż demon wyjdzie na świat. Gdyby zabił czarownicę podczas przyzywania, miałby dużą szansę zabić obie potwory na raz. A tak to musiał się zmierzyć w jednym czasie i z czarownicą i z demonem. Gdyby czarownica była trochę silniejsza, Gavir nie wyszedłby z tego cało. I to wszystko to raczej była prawda, bo Gavir był bardzo prostoduszny i szczery, a do tego nie miał głowy do naginania prawdy, czy zmyślania historyjek. Za to na swoje szczęście był świetnym szermierzem.
- No i walczę i z czarownicą i z demonem. Myślę sobie, już po mnie. Ale zapomniałem, że mam kuszę załadowaną w lewej ręce. Więc podnoszę, celuję i strzelam do czarownicy. A ta złapała bełt w zęby! Naprawdę, no niech mnie szlag trafi, jeśli kłamię! A potem go wypluwa na ziemię, jednak jest bardzo zdziwiona. Wiecie dlaczego? Bo się kurwa, znaczy prukwa, skapowała, że właśnie umarła, z moim mieczem w trzewiach! A demon nawet jej nie obronił, tylko jakoś się tak patrzył na mnie krzywo i zniknął. No to chatkę czarownicy spaliłem wraz z jej truchłem, żeby żadne zło nie opętało tego miejsca. Tak, widzicie, wyglądało moje ostatnie zlecenie. To było dwa miesiące temu. Od tamtego czasu nic, ino tu siedzę. Ale jutro za to wyruszam! Wreszcie jakaś akcja, bo już do łba dostawałem od tej bezczynności.
- Widziałam.
- Wtrąciła się młoda łowczyni o imieniu Lissa. - Widziałam jak wkładasz ludzi do beczek i rzucasz nimi do rzeki. Więc faktycznie ci odbijało.
- Oj, oni chcieli tylko sprawdzić czy w beczkach da się pływać. Takie tam pijackie zawody. Zresztą ty też już dość długo siedzisz w domu, Lissa. Ile to już czasu?

Łowczyni westchnęła.
- Prawie pół roku. - Powiedziała głosem przepełnionym goryczą.
- Właśnie. Od tamtego czasu, co ta wiedźma cię prawie zabiła. Miałaś szczęście, że Rahlen wracał właśnie ze swojej roboty i cię znalazł na drodze, bo byś już tu z nami nie siedziała.
Lissa prychnęła gniewnie. Ale odpowiedziała ze spokojem, chowając gniew gdzieś głęboko.
- Tak, miałam szczęście, że wtedy nie umarłam. Ale potem we dwójkę wykończyliśmy tę wiedźmę.
- Tak? A ja słyszałem, że to Rahlen wykonał całe zlecenie za ciebie.
- Dociekał Gavir, jak zwykle będąc zbyt ciekawskim i przesadnie szczerym kompanem.
- Pracowaliśmy razem. - Wtrącił się wreszcie do dyskusji Rahlen. - Bo żadne z nas nigdy by nie zdołało pokonać samotnie wiedźmy piątej kategorii, uczennicy samej Morgany.
- Możliwe, możliwe... A powiedz jak tam poszło twoje ostatnie zlecenie? Jakieś problemy?

Rahlen wypił dość spory łyk piwa. Miało smak gorzki bardziej niż zwykle. Czyżby był zmęczony całym tym zabijaniem? On? Nieee, każdy, tylko nie on. To pewnie tylko lekkie przemęczenie po całej tej podróży, bo praktycznie w ciągu trzech ostatnich dni nie schodził z konia.
- Prosta robota, trzecia kategoria. Żadnych problemów. - Wyjaśnił łowca.
- No, ale... A opowieść? Opowiadaj, całość, od początku do końca! Prawda, bracia i siostry? Opowieść!
- Opowieść
! - Powiedziało osiem gardeł, powtarzając za Gavirem.
Cóż, nie było wyjścia. Chociaż Rahlen tego wieczora chciał zapomnieć o tym, co widział podczas ostatniego zlecenia, nie było mu to dane. Z drugiej strony i tak nie mógł za bardzo się upić, skoro później miał odwiedzić jeszcze Vi. Postanowił się cieszyć się towarzystwem swoich kamratów.
I opowiadać.

***

[/bb spoiler]

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 24 sty 2014, 15:38 
Zegarmistrz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 10
Rejestracja: 10 lis 2009, 13:41
Posty: 1296
Lokalizacja: tg(90°)
Płeć: Mężczyzna
Jak już wrzucasz coś do galerii, zechciej to wstawić bezpośrednio na forum... :p
Później Ci wystawię notę. Może. Jeśli przeczytam :D

_________________
Dawno nie zmieniałem, więc zmieniam. Wy też zmieniajcie. Co tylko się da.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 24 sty 2014, 16:04 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1524
No dobra, udało mi się wrzucić całość do pierwszego posta. Radujcie się, albowiem coś zachciało mi się robić. xD

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 27 sty 2014, 14:48 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 1707
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
No więc... Jestem zdania, jak to gdzieś Draghan też na CB pisał, że stać cię na wiele więcej. Tekst według mnie nie jest zły, jeśli chodzi o fabułę, bo podobała mi się bardzo. Ciekawy pomysł z tą Morganą, wiedźmami i zakonem. Całkiem fajne, naprawdę. Ale w niektórych momentach na serio miałam wrażenie, że pisze to jakiś kompletny amator XD A wiem, że takim nie jesteś, bo przecie kiedyś czytałam coś tam twojego i jeśli o styl chodzi to był o wiele lepszy. Nawet czytając twoje prowadzenie Areny, mogę stwierdzić, że pisać potrafisz. I postacie. Były trochę takie... Puste. Takie bezosobowe jakby :D Ale to w sumie za krótki fragment tekstu, żeby mówić tu o tym... Chętnie poczytałabym dalsze losy tych bohaterów, mam nadzieję, że zamierzasz to kontynuować, ale dobra koleżanka z internetów radzi ci, żebyś wczuł się bardziej w to pisanie i pokazał na co cię stać :D

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 27 sty 2014, 18:01 
Zegarmistrz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 10
Rejestracja: 10 lis 2009, 13:41
Posty: 1296
Lokalizacja: tg(90°)
Płeć: Mężczyzna
Taak... Jak już pisałem Ci na CB, najwyższych lotów tekst to nie jest.
Pomimo tego, że widać w nim ciekawy zarys konceptu. I potencjał. Ale - jako rzecze Cea - musisz się nieco bardziej postarać, imć Mistrzu Lenistwa.
Widać inspirację pozycjami z cyklu o Stracharzach, przynajmniej mi bardzo pod to podpada.
Ze złych, to tak:
  • mieszany styl. Czasami czyta się dobrze, czasami okropnie... Zmień to, ujednolić - wtedy będzie git :D,
  • słownictwo - do wypowiedzi co niektórych postaci po prostu nie pasuje. Nie wiem, okropnie rażą niektóre z nich,
  • pozorna płytkość postaci, ale wrażenie to zapewne wzięło się z niedopasowania dialogów do postaci,
  • troszkę banalna nazwa dla organizacji. Wiem, tu już przesadnie się czepiam, ale nazwa "łowcy wiedźm" mi się po prostu i najzwyczajniej nie podoba :p,
  • błędy i błędziki,
  • długość (a raczej krótkość :p).

A z dobrych:
  • ciekawy pomysł,
  • wciągające niektóre momenty i opisywane szczegóły, np. opowieść tego "kiepskiego" łowcy w karczmie,
  • widać potencjał, naprawdę - dopracuj tę porcję tekstu i kontynuuj, bo zaciekawia ;),
  • w nawiązaniu do powyższego... Wywołałeś we mnie (pomimo tych wyżej wyższych negatywów :p) pewną ciekawość, co będzie dalej ;),
  • podobają mi się te wstawki narracyjne (+ wstęp ;)), między fragmentami, przedstawiającymi akcję właściwą.

To tyle ode mnie, Kol ;) Jak chcesz, mogę Ci sporządzić erratę, ale nie wiem, na kiedy byś ją dostał :p

_________________
Dawno nie zmieniałem, więc zmieniam. Wy też zmieniajcie. Co tylko się da.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 05 lut 2014, 11:28 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1524
Łowcy Wiedźm (v. 1,251#3451523).


Pierdoły od autora (jeśli chcesz od razu opowiadanie, otwórz drugi spoiler):
[bb spoiler]
Jest to przebudowana do tego momentu wersja... Mam nadzieję, że jest lepiej. Lista zmian z tej aktualizacji :D:
- Zmieniłem imię bohater, bo Rahlen wydawało mi się ostatecznie z lekka dziewczęce (miałem kiedyś bohaterkę elfkę o imieniu Raylinn i mi się zaczęło z nią kojarzyć), a imię Malcolm po prostu łatwiej zapamiętać.
- Zmieniłem kłótnię, praktycznie ją przewijając, dając coś ciekawszego w zamian.
- Zmieniłem psychikę bohatera - w końcu bohater bez problemów psychicznych byłby zbyt idealny. A tu dochodzi do tego dość tajemnicza geneza Malcolma jak i Vi.
- Zmieniłem sposób, w jaki wyjaśnia się parę rzeczy. Mam nadzieję, że teraz wszystko jest bardziej czytelne.
- Skróciłem rozmowę z Gavirem do jedynie przedstawienia sposobu myślenia, jak i wysławiania się bohaterów.
- Dorzuciłem bezpłatne DLC (xD). Czyli prolog.

Nie, nie ukończyłem jeszcze poprawiać tamtego tekstu, bo pozostały mi jeszcze 2 strony A4. A raczej jedna, bo drugą wywaliłem w diabły. xD

[/bb spoiler]

[bb spoiler]
Prolog.

Była ich piątka. Dwóch wielkich jak dęby drabów z tępymi wyrazami pysków. Bracia? Możliwe. Ubierali się w ten sam sposób i obaj nosili długie miecze, które w ich wielkich rękach wyglądały na niewielkiej wielkości noże. Dwaj mniejsi, lecz też wysocy, którzy raczej nie byli rodziną - jeśli jednak, to bardzo dobrze to maskowali, bądź sami o tym nawet nie wiedzieli. Pierwszy, z widocznie kiedyś złamanym nosem, uzbrojony był w długi łuk z nałożoną na cięciwę strzałą z drogim, lecz przydatnym w tej sytuacji srebrnym grotem. Drugi zaś z wyglądu wyróżniał się dużą szramą przebiegającą przez pół twarzy, tak jakby ktoś chciał koniecznie poszerzyć mu uśmiech. Uzbroił się w coś podobnego do bosaka do wyławiania rzeczy w rzecy, lecz jego narzędzie było nieco bardziej wyszukane, czyli o wiele dłuższe, niż wspomniany wcześniej bosak, oraz zakończony nie jednym hakiem, a trzema i to rozdwojonymi.
Piąta była, wierzcie lub nie, dziewczyna. Głęboka, masywna, czerwona szata przypominająca po prostu koc, skrywała wszystkie jej atuty. Jedyne, co było widać, to głowa. Mała, skupiona twarz, włosy zgolone idealnie na łyso i oczy skrywające dziką duszę.
Była ich piątka.
Wszyscy byli trupio bladzi.
Wszyscy w tym momencie śmiertelnie się bali. Przynajmniej tak to wyglądało.
Wędrowali w gęstej mgle już dobry kwadrans. Zgubili drogę już dawno temu. Wiedzieli, że jedyną ich szansą na przeżycie jest trzymanie się razem. Wiedzieli, że wróg czai się we mgle. Nie wiedzieli jednak, że ich przeciwnik jest mgłą.
Najwięksi z ich grupy stanowili najłatwiejszy cel. Oni byli pierwszą ofiarą. Obaj bracia, w tym samym momencie stracili głowę. Wyglądało to jakby weszli prosto w niewidzialne ostrza, które były na poziomie ich gardeł. Pozbawione ciał głowy potoczyły się we mgłę.
Reszta drużyny przeszła kilka kolejnych kroków, zanim w ogóle się zorientowała, że ich liczebność właśnie zmalała. Gdy jednak to spostrzegli, nikt nic nie powiedział. Po prostu zaczęli iść szybciej. Jeszcze to nie był bieg, lecz bardzo szybki marsz. W pewnym momencie jeden z nich - konkretnie ten z blizną na twarzy - nie dotrzymał im kroku i został w tyle. Łucznik i dziewczyna zatrzymali się, szukając nerwowo wzrokiem towarzysza, jednak ich pole widzenia było zbyt ograniczone przez mgłę, by mogli coś dostrzec.
- Idziemy dalej. - Zadecydowała dziewczyna i pociągnęła łucznika za fragment naramiennika. Ten tylko spojrzał na nią nerwowo.
- Nie! Dalej czeka nas tylko śmierć.
- Śmierć czeka na tych, co zostają w tyle, Vilhelmie.
- Odparła lodowatym głosem i miała się ruszyć, gdy dobiegł ich obojga jakiś hałas.
Jęk? Krzyk? Płacz? Albo wszystko na raz. Wtedy usłyszeli kroki. Ciężkie, okute buciory, które zmierzały wprost w ich kierunku. Łucznik napiął cięciwę ze wszystkich sił, starając się określić miejsce z jakiego dobiegały te dźwięki.
Hałas narastał, a człowiek nie mógł się zdecydować, strzelić, czy nie strzelić, co tam jest, co to jest, strzelić, czy nie strzelić, a jeśli to nic groźnego, a jeśli...
Dziewczyna pociągnęła go lekko za pas. Zaskoczony mężczyzna wystrzelił, trafiając idealnie w mostek człowieka, który nadbiegł. Człowieka z bronią przypominającą bosak, oraz z blizną na twarzy, która poszerzyła mu uśmiech. Teraz do zestawu doszła strzała sztywno tkwiąca w korpusie mężczyzny.
Łucznik padł na kolana. Nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł ogarnąć umysłem, że gdy wchodzili w mgłę było ich o wiele więcej. Byli wtedy gotowi na wszystko, mogli się zmierzyć z każdym złem. Byli dobrą i zgraną kompanią, do kurwy nędzy! I w ciągu niecałych dwudziestu minut wszystko się zmieniło, zaś on sam, Vilhelm Honorowy z Garonsandt, zastrzelił swego towarzysza.
Klęczał obok ciała i mówił cicho, lecz tak, by go słyszała stojąca obok dziewczyna:
- To wszystko nie miało tak pójść. To wszystko przez... Ciebie. - Wymierzył w nią palec i wstał. Wyjął ukryty za pasem sztylet. Był gotów pchnąć ją, zabić, byle ten koszmar się skończył.
- Tak. To wszystko moja wina. - Odpowiedziała. - Ale wiedzcie, że ponieśliście śmierć po to, by stało się coś większego i ważniejszego, niż wasze żałosne żywoty.
Zbliżył sztylet do jej twarzy.
- Ja ci kurwo... Zaraz. Jak to zginęliśmy? - Spytał. I wtedy gigantyczna, utkana ze mgły dłoń porwała go w ciemność.
Z tego, co dziewczyna słyszała, został po prostu rozerwany na strzępy.
Uklękła na jednym kolanie, pochylając mocno głowę. Czekała. Przed nią mgła powoli się skupiała z jedną, mroczną postać.
- Dobrze cię widzieć, Atio. - Powiedział wielki, stworzony z mgły wilk do dziewczyny opatulonej w czerwony płaszcz. Jego głos brzmiał jak małe, lodowate igiełki, które wbijają się w uszy i nie pozwalają się na niczym skupić. - Cieszę się, że przyniosłaś mi ofiarę. Czego oczekujesz w zamian? Możesz mówić, oczywiście.
- Pellarze, panie mgły, władco pustkowi, który siejesz terror w sercach podróżujących, mam wielką prośbę, którą nawet tobie będzie trudno spełnić.
- Zaczęła dziewczyna.
- Och, nie ma dla mnie nic nazbyt trudnego. Wypełniłaś swoją część umowy, a ofiara z ludzi, jaką tu przywiodłaś, bardzo mnie zadowoliła. - Wilk aż mlasnął, a z mgły utworzył sobie wielki, szyderczy uśmiech.
- Pellarze, wielki wilku, chcę byś uwolnił mnie od czegoś. Uznajmy, że to mój ostatni dar dla ciebie.
- Och. Lubię dary. A cóż to za dar?
- Moje brzemię.
- Odpowiedziała dziewczyna, jednym ruchem zdejmując z siebie płaszcz.
To, co mu dała, było ostatnią rzeczą, jaką Pellar, wielki wilk, pan mgły, władca pustkowi, ten który sieje terror w sercach podróżujących zobaczył w życiu.
Dziewczyna bowiem ofiarowała mu swoją własną śmierć.


Rozdział pierwszy.


Tysiącletnia opowieść głosi, że to właśnie pierwsza wiedźma, Morgana, przywołała demony na ten świat, użyczając im swego ciała, jako bramy między wymiarami. Jednak nie zrobiła tego za darmo. Wiedźma łaknęła mocy, i to większej niż ta, która jest ukryta w ludzkim ciele. Demony ofiarowały jej pewien rodzaj nieśmiertelności - za każdym razem, gdy umierała, rodziła się na nowo, a po osiągnięciu odpowiedniego wieku, przypominała sobie wszystkie poprzednie wcielenia i znów stawała się wiedźmą.
Wielki marsz wiedźm, datowany na rok 1625 (w niektórych kronikach 1626, a nawet 1627), został poprowadzony właśnie przez Morganę. To również ona sprowadziła wielką plagę demonów dziesięć lat temu opętując cesarza Zethara Pierwszego. Obie te katastrofy zostały zakończone przez członków mitycznego zakony Łowców Wiedźm. Choć wielu podważa, czy też otwarcie neguje jego istnienie, ja święcie wierzę, że jego członkowie strzegą nas przed czarownicami, oraz złem, które one mogą sprowadzić. Strzegą nas przed potęgą, która potrafi jedynie niszczyć. Tak, to muszą być oni. Bo jeśli Łowcy Wiedźm tego nie robią, to kto?


Jolly, starszy skryba zamku Fellander.
Zapiski z czasów Ery Słonecznej, rok 1942, wrzesień, dzień dziewiąty.

***

- Malcolm! Do komnaty! - Ostry, donośny, kobiecy głos przebył korytarz i trafił do uszu jednego z kilku łowców wiedźm oczekujących właśnie na audiencję.
- No, twoja kolej. - Jeden z wojowników, wielki łowca zwany Gavirem, klepnął w plecy swego kolegę po fachu. - Tylko wróć stamtąd w jednym kawałku.
- Jest z nią aż tak źle? - Zmarszczył brwi wywołany, czyli Malcolm. Łowca średniego wzrostu, o wyglądzie przeciętnym aż do bólu. No, może poza obciętym w połowie prawym uchem, czy też krótko ostrzyżonymi czarnymi włosami. W końcu panująca w cesarstwie moda nakazywała mężczyznom zapuszczać długie, gęste włosy. Jak Gavir, na przykład, który się starał to zrobić, lecz nie bardzo wiedział co zrobić z grzywką, więc co chwilę wielki wojownik musiał ją odgarniać.
- Tak. Nie radzę też podskakiwać. - Poradził uprzejmie i wyuczonym przez ostatni miesiąc ruchem odgarnął włosy z czoła.
- Coś się stało, że tak mówisz?
- Tak!
- Wybuchnął nagle słowotokiem Gavir. - Wyobraź sobie, że ta kur...
- Chyba jednak nie chcę wiedzieć...
- ...wa kopnęła mnie dziś w jajca! I to kompletnie za nic. Nawet nie pierdnąłem przy niej, nic jej nie zrobiłem, cholera, nawet ostatnio zachowuję się lepiej i prawie skończyłem z przeklinaniem!
- Prawie robi różnicę
. - Wtrącił Malcolm.
- Kurwa, nie przeklnąłem już od dwóch dni, nie licząc tej rozmowy. No i rozmowy z piekarzem. I sprzeczki ze służbą. I wczorajszego picia w karczmie. Ale to już postęp, prawda? - Zapytał kolegę.
- Tak, bo wszyscy widzą twoje niesamowite poświęcenie w służbie dyplomatycznego wysławiania się. A teraz wybacz, muszę iść. Vi ma prawdopodobnie dość bycia ignorowaną. - Malcolm wstał.
- Uważaj, bo ta suka potrafi być niemasochowistycznie...
- Niesamowicie.
- ...no, bardzo szybka!
- Wiem to, Gavirze. Przecież sam ją trenuję i muszę przyznać, że lepszej uczennicy jeszcze nie miałem.
- Powiedział i wszedł do środka.
- C-co? - Jęknął zmieszany Gavir i pogrążył się w swoich prostych, unikających złożoności myślach.

***

- Malcolm. - Zaczęła Vi. Cicho, bez emocji. Jednak łowca wiedział, że emocje były uzewnętrzniane przed chwilą. Rozbite wazony, połamany kałamarz, podarte papiery... Krótko mówią, jego szefowa, pani na Fellander, baronowa Zielonego Stoku oraz prywatnie i potajemnie władczyni serca, była wściekła. Czy na niego? Nie wiedział, nie znał po prostu odpowiedzi na to pytanie. Jednak odpowiedź przyszła sama i to w formie, jakiej by sobie nie życzył.
- Czy ty do cholery jasnej masz w tej jamie ziejącej między twymi uszami jeszcze jakiś mózg? - Vi rozpoczęła ofensywę bez ostrzeżenia, nie dając żadnej szansy na obronę w tej taktyce wojny błyskawicznej. - Oj, przepraszam, między jednym uchem, a nędznym kikutem, który zastępuje ci drugi ucho. Bogowie, jakiś ty dzisiaj brzydki. I nieogolony. I... śmierdzisz! Jak śmiesz śmierdzieć w mojej obecności?!
Normalnie, Malcolm by ją wyśmiał. Szczerze mówiąc, w tamtej chwili ledwo powstrzymywał się od parsknięcia szczerym śmiechem, ale najwyższym wysiłkiem woli opanował się i słuchał dalej. Był ciekaw o co jeszcze Vi go oskarży. Może tym razem się wścieknie za nieobcięte paznokcie?
- No pewnie, nie odpowiadaj! Pozwól mi mówić, tłumaczyć się za ciebie, dlaczego ja zawsze muszę się za was wszystkich tłumaczyć?! I dlaczego to ty sprawiasz najwięcej problemów?! Każdy inny łowca działa po cichu, delikatnie się porusza, dyskretnie eliminuje zagrożenie, ale nie ty! Ty musisz się pokazać wszystkim, musisz zawsze pochlastać jakiegoś chłopa, który bije żonę! Musisz porąbać jakąś niegroźną bandę, która zbierała tylko myto pod jakimś zapyziałym, zapomnianym przez bogów mostem! Cholera, nie musiałeś nawet tamtędy przejeżdżać! A ten kupiec?! Nie musiałeś go zabijać! Wiesz czyim on był synem?! Nie mogłeś go chociaż, nie wiem, ogłuszyć?!
Wszystko co mu wypominała Vi to była prawda. Malcolm przymknął oczy. Pozwolił, by wspomnienia opanowały jego myśli. Vi znów zaczęła narzekać. Nie słuchał jej. Był daleko wśród własnej pamięci.
Chłop, rok temu, wioska Bandjar. Malcolm przechodził obok domostwa, gdy usłyszał krzyki. Wszedł więc do środka. Zastał starego, zarosłego chłopa i przywiązaną do ławy, młodą dziewczynę. Chłop najwyraźniej nie mógł zrobić już użytku ze swojej kuśki, używał więc trzonka od wideł. Dziewczyna wyglądała na wycieńczoną, jakby ten rytuał trwał już przez długi okres czasu. Zbyt długi. Malcolm próbował najpierw tłumaczeń. Nic nie dały. Potem pobił chłopa i uwolnił dziewczynę, zostawiając ją później w karczmie. Gdy wracał przez wioskę, zawitał znów do tamtego domostwa. Pierwsze, co mu rzuciło się w oczy, to chłop powieszony na splecionym sznurku. Druga była dziewczyna - przywiązana do ławy, z podciętymi żyłami. Wiedział, że umierała przez wiele godzin... Później Malcolm się dowiedział, że chłop i dziewczyna byli małżeństwem.
Osiem miesięcy temu podróżował do miasteczka o nazwie Phyls. Zrządzenie losu sprawiło, że w tym samym kierunku jechał powóz z dwójką konnych ochroniarzy. Powóz, jak i eskorta należały do drobnego kupca, Ariasa. Kupiec zasugerował Malcolmowi, że pojadą razem, by było bezpieczniej. Łowca nie odmówił. Wszystko szło dobrze, aż dotarli do mostu na rzece o nazwie Evra. Poborcy myta zajęli to miejsce. Malcolm pamiętał, że Arias długo z nimi dyskutował, aż wreszcie powrócił, mówiąc że ubił świetny interes. Łowca nie wiedział co jest grane, dopóki ochrona kupca, jak i większość bandytów nie zaczęła celować do niego z kusz. Wtedy się domyślił, że Arias sprzedał go za bezpieczną przeprawę. Każdy człowiek na miejscu Malcolma prawdopodobnie by się poddał. Tylko, że on nie był do końca człowiekiem. Nie stworzono go po to, by się poddawał, lecz by walczył. I wywalczył sobie życie przez śmierć tamtych ludzi.
Potem zalała go fala innych wspomnień. Starszych i bardziej bolesnych. A każde z nich miało imię. Czas cofał się i pokazywał wydarzenia tak, by najgorsze sceny jak najbardziej się przedłużały. Ci wszyscy zabici przez niego ludzie krzyczeli do Malcolma z meandrów jego pamięci. Wołali, że czekają na niego w piekle. Że wszystko, co robi prowadzi go do nieuchronnej zguby. Że śmierć kroczy tyż za nim, a on jest tylko o krok przed nią...
Zabił już tak wielu ludzi - nigdy ich nie liczył, ale był skazany na to, by pamiętać o nich wszystkich. Po prostu miał idealną pamięć. Nawet gdyby chciał, nie mógłby zapomnieć. To było jego przekleństwo, które odzywało się do niego w chwilach takich, jak ta i każdej nocy, gdy tylko próbował spać...
Malcolm otworzył oczy. Poczuł, że ręce Vi go obejmują w pasie, a ona sama się do niego przytula.
Tak, według Malcolma na ludzi działają najprostsze rozwiązania. Prosta przemoc, prosta odpowiedź na zadany komuś ból. Ludzie nie zrozumieją nic bardziej skomplikowanego. Trzeba przemówić w ich języku - to jedyna szansa na to, że coś do nich dotrze. Vi też była raczej nieskomplikowana. Owszem, wybuchała gniewem, ale gdy się przeczekało najgorszy okres, to zawsze sama przychodziła wyciągnąć ręce. Albo ramiona.
Naprawdę lubił tę dziewczynę. Może nawet kochał, o ile coś takiego jak miłość istnieje poza łóżkiem. Choć miał mocno przytępiony węch, przysiągłby że czuje od niej słodki zapach świężych owoców.
Przytulił ją. Mocno. Tak, by poczuła, że naprawdę mu zależy. Przejechał ręką po jej czarnych, miejscami ciemno fioletowych włosach. Spojrzał na jej twarz. Jak zawsze była nienagannie piękna. Mocno zarysowane brwi, delikatny makijaż wokół niebieskich oczu, lekko przypudrowany nosek i dość intensywna, lecz nie wyolbrzymiająca ust szminka dla kontrastu. Niżej... Niżej były dwie góry ukryte pod czerwonym materiałem. Uwielbiał na nie patrzeć. Można powiedzieć, że miał do nich wyłączne prawo dzięki temu, że byli w związku - burzliwym, pełnym kłótni, rywalizacji i udowadniania sobie różnych rzeczy, ale zawsze związku.
Vi była dość wysoką kobietą, wyższą niż większość kobiet w cesarstwie. Malcolm ledwo ją przewyższał, choć sam do ułomków nie należał. Gdyby ją porównać do typowej mieszkanki cesarstwa, od razu można by było powiedzieć, że pochodzi ona z innego państwa, jeśli nie kontynentu. Pojawiła się kilka lat temu, podczas wielkiej rebelii. Niby to Malcolm pierwszy ją spotkał i uratował, ale nikt nawet nie dowiedziałby się o jej istnieniu, gdyby nie obecny cesarz, Zethar Drugi, ówczesny przywódca rebelii. Z tego, co Malcolm wiedział, Vi była córką - najprawdopodobniej przybraną, przywiezioną z odległych ziem - barona Mergausera. Podczas rebelii, baron chciał ją poświęcić demonom, by zyskać moc, którą mógłby zapanować nad rebelią. Malcolm, wysłany przez Zethara, przeszkodził baronowi i uratował Vi, która z entuzjazmem przystąpiła do rebelii.
Od tamtych wydarzeń minęło kilka lat, a kobiecie tej nie przybyło ani jednej zmarszczki. Z tego, co się Malcolm orientował, musiała mieć koło trzydziestu lat. Nie wiedział, bo się nigdy jej nie pytał o wiek. On sam przecież nie znał swego dokładnego wieku. Urodził się przecież jako niewolnik - a nikt nie zapisuje ich daty narodzin.
Vi go puściła. Wskazała mu krzesło - dość mocno poobijane, ale kto by się skarżył. Sama usiadła na przypominającym z lekka tron fotelu za swoim biurkiem. Odnalazła wśród papierów i raportów grzebień i zaczęła poprawiać zmierzwione włosy.
- Nie słuchałeś mnie, prawda? - Zapytała, chociaż znała prawdę.
- Z początku tak. Potem wspomnienia wzięły chwyciły za łeb rzeczywistość i tak jakby odpłynąłem.
Uśmiechnęła się. Co dziwne, nigdy nie odsłaniała zębów przy uśmiechu.
- Coś nowego? Może wreszcie jakieś wspomnienia sprzed rebelii?
- Nie. Ale wracając do początków rozmowy: za co byłaś na mnie zła?
- Spytał, szybko zmieniając temat. Nie lubił, gdy Vi bawiła się w psychologa, próbując grzebać w jego wspomnieniach tylko po to, by wykopać jakieś nieistotne wspomnienia sprzed kilku lat. On wiedział jedno - przed rebelią Malcolm Rahllen aap Savin nie istniał.

[/bb spoiler]

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 05 lut 2014, 14:34 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 1707
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
No :D O wiele lepiej teraz jest. Czytało mi się to bardzo dobrze :) Więcej jest interesujących wątków. Miałam nie czytać całości, bo mi się nie chciało, ale jak zaczęłam to się wciągnęłam xD Były pewnie tam jakieś drobnostki, które nie pasiły, ale to tam... Nie chce mi się ich szukać xD Była jedna rzecz, gdzieś tam użyłeś słów "do kurwy nędzy". Jakoś mi to nie pasowało, bo to chyba opis narratora był... Może to tylko mi tak jakoś to nie pasi, a ja i tak się nie znam...
Ogólnie bardzo na plus :) Milion razy lepsze niż tamto. Z niecierpliwością czekam na następną część :D

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 06 lut 2014, 21:59 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1524
Wersja eksperymentalna kolejnej strony.
Jest to kolejny przerywnik, który następuje dokładnie w miejscu, w którym przerwałem rozmowę Malcolma z Vi.
Jednak coś mi w nim nie gra. Kiedy pisałem to niby mi się podobało, ale teraz sam już nie wiem. Napiszcie, czy pasuje do klimatu.

[bb spoiler]
***

Kapitan Arhus Rhedoryk zawsze chciał umrzeć w sposób spektakularny. Zawsze był przygotowany na tę... okoliczność. Zawsze miał przygotowane swoje ostatnie słowa, które wypowie przed zgonem. Jedyny problem leżał w tym, że spektakularna, widowiskowa śmierć według samego Arhusa powinna nastąpić jedynie w dwóch przypadkach.
Pierwszym byłoby poświęcenie. Coś czystego, nieskalanego, tak by został zapamiętany jako osoba, która bez względu na własne bezpieczeństwo poświęciła się dla innych. W jego wyobraźni on sam osłaniał własną piersią odwrót wymęczonej garstki żołnierzy cesarstwa, na których napierała przynajmniej setka wrogów. On sam zabiłby wszystkich, oprócz dwóch, czy trzech, aż wreszcie uległby, zresztą przez jakieś nieczyste zagranie typu strzała w sercu. Albo zatruta strzała - o tak, zatruta strzała była według niego szczytem podłości, czymś najbardziej niegodziwym i nieludzkim. Arhus nawet kilkukrotnie nawet dopuścił do takiej sytuacji, że osłaniał odwrót swoich żołnierzy, czy rzucał wszystko, by ocalić jedną duszę. Jednak za każdym razem przeciwników było po prostu za mało. Albo nie mieli w sobie tyle determinacji, by zabić starego bohatera wojennego.
Drugą wymarzoną śmiercią Arhusa byłby pojedynek. Dwóch równych sobie wojowników, najlepszych szermierzy w cesarstwie. Kapitan Rhedoryk z dumą piastował godność osobistego wojownika cesarza, wybranego spośród najlepszych w sztuce miecza i najbardziej zaufanych ludzi z otoczenia władcy. Dlatego pojedynek byłby o tę właśnie posadę. Nie raz patrzył na to oczyma duszy - on naprzeciw młodego, niesamowicie utalentowanego wojownika, któremu w ostatnich swych chwilach przekazuje jeszcze swoją wiedzę i umiejętności. Oczywiście, początkowo nikt nie miałby nikogo zabijać. Jednak walka przeciągnęłaby się tak długo, że kapitan padłby z wyczerpania. Ale i tu los go zawodził. Nikt, dosłownie nikt z młodych wojowników nie chciał go wyzwać na pojedynek. On sam, gdy doprowadzał do pojedynku, strasznie się zawodził umiejętnościami przeciwników i po prostu pozwalał, by wróg się poddał. Raz w życiu, tylko raz spotkał kogoś, kto był lepszy od niego. Jeszcze za czasów rebelii. Nie do końca mu pasowało, że walczy z kobietą, ale uznał to za jedyną szansę na własną, spektakularną śmierć. Obraził więc ją i zaczęli walkę. Całe starcie trwało może dwie sekundy, po których Arhus zrozumiał, że nie jest nawet w stanie wyobrazić sobie szybkości przeciwnika. Odebrała mu broń nawet nie wyciągając własnej. Potem słyszał, że ktoś ją pokonał, ale nie próbował się dowiadywać szczegółów pojedynku. Sam cesarz mu tego zakazał, a on nade wszystko respektował życie swojego władcy.
Najbardziej Arhus pragnął, by jego śmierć została zauważona przez kogoś mniejszego. Przez kogoś, kto może będzie starał się go pomścić. Przez kogoś, kto zastąpi kapitana i poprowadzi wojnę przeciwko jego wrogom. W marzeniach Rhedoryka śmierć jednego bohatera sprawiała, że rodził się następny. Był idealistą i marzycielem.
Chciał umrzeć spektakularnie. Bohaterowie nie umierają w łóżkach ze starości. Giną, rtując tych, których jeszcze mogą ocalić. Nie dożywają starości, nie patrzą jak ich dzieci i wnuki dorastają. Nie mierzą się z problemami codzienności. Wszystkie ich działania do czegoś prowadzą, zawsze są przeznaczeni do czynienia większych rzeczy. I giną z mieczem w ręku, wymierzając sprawiedliwość swoim wrogom.
Kapitan Arhus Rhedoryk umarł samotnie, w swojej komnacie. Jadł akurat zupę, a chwyt miał tak mocny, że mięśnie nie rozluźniły się nawet po śmierci. Zginął z łyżką w ręce. Nie dożył starości. Nie dożył również własnego, cudownego poświęcenia, ani wielkiego pojedynku. Pożył jednak na tyle długo, by jego zmysły zarejestrowały lodowaty, żeński głos.
- Przepraszam.
Czerwona Atia wyjęła igłę z klatki piersiowej swojej ofiary. Przeczekała aż ustaną drgawki, sprawdziła puls. Podeszła do okna i obejrzała się, patrząc w oczy martwego Aruhs Rhedoryka.
- Być może nie tak chciałeś umrzeć... Ale przynajmniej twoja śmierć przysłużyła się komuś.
Powiedziała i wyskoczyła w ciemność.


***
[/bb spoiler]

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 08 lut 2014, 14:15 
Zegarmistrz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 10
Rejestracja: 10 lis 2009, 13:41
Posty: 1296
Lokalizacja: tg(90°)
Płeć: Mężczyzna
Po poprawkach jest lepiej :) Bardzo mi się podobał wstęp. I nawet dobrze sobie poradziłeś z tą "dopisaną" stroną.
W poprawionym tekście masz nadal sporo błędów, ale to są takie jakieś literówki czy takie tam...
Z punktu widzenia stylistycznego, jest o niebo lepiej :) Można powiedzieć, że tekst jest spójny i posiada klimat :)
Trochę mnie raził ten fragment, w którym była mowa że kroczy za nim śmierć... Bardzo mi przywodzi na myśl Geralta i to mi się akurat nie podoba :P
Ciekawi mnie dalszy rozwój tego... Teraz powiem, że opowiadanie jest pisane "na wysoki standard" (oczywiście będzie takie po wyszlifowaniu tych literówek i błędzików) :P
Ale nadal uważam, że "łowcy wiedźm" nie brzmi dobrze :D

_________________
Dawno nie zmieniałem, więc zmieniam. Wy też zmieniajcie. Co tylko się da.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 08 lut 2014, 18:32 
Igor
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 7
Rejestracja: 08 lut 2009, 10:54
Posty: 3179
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
No fakt, potwierdzam, że teraz jest lepiej. Postacie są dość ciekawe, całość wygląda megaepicko i mam nadzieję, że tak zostanie. Zawiązuje się niejako intryga. Cóż, mnie się zawsze podobało to co pisałeś i tutaj się to nie zmieniło. Nie wiem więc co powiedzieć, jeśli nie mogę czegoś skrytykować. Czekam na więcej.

_________________
Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól zrobiĆ, a zrozumiem. - Konfucjusz

"Bez pożegnania nie ma rozstania, jest tylko zmowa milczenia."
Na górę
  Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 20 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron