Strefa czasowa UTC+1godz.


Dzisiaj jest 20 lip 2018, 17:39



Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 2 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: 10 słów.
Post: 20 kwie 2014, 15:15 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1727
Wiem, że każdy z nas coś pisze. Próbuje przynajmniej. Wypisuje zdania, przenośnie, bawi się słowami, tworzy wstępy, rozwinięcia i zakończenia. Co się dzieje z tymi tekstami?
Wiele z tych prac jest Waszym zdaniem genialna. Głównie dzięki temu, że napisaliście coś tam, czego jeszcze nikt nie wymyślił. Że złożyliście jedno, niepowtarzalne zdanie. Ale ludzie, którzy sprawdzają te prace nigdy nie spojrzą na nie tak, jak Wy. Nigdy nie zwrócą uwagi na to, co napisaliście, nigdy nie będą dumni z tekstu, jaki mają przed oczami, bo to nie ich. I te wszystkie słowa przepadają. Wszystkie błyskotliwe pomysły, rozwiązania, pytania lądują na dnie którejś szuflady. Albo czasem nawet Waszej szuflady, bo uważacie, że tekst nie był dość dobry, żeby nim się podzielić. A ja Wam powiem, że każdy taki jest, każdy tekst może kogoś zainspirować, ktoś może coś poprawić, rozszerzyć, wymyślić coś nowego, rozwinąć pomysł i skorzystać na tym. Ale nie zrobi tego, dopóki praca będzie spoczywać na dnie szuflady, czy też zakopana w podfolderach.
Więc po to jest ten temat. Tu wrzucamy odpady, o jakich uznaliśmy, że nie są dość dobre. Ale to jest nasza twórczość, nasze opowiadania, niedokończone powieści, rozprawki, wypracowania. Nasza twórczość i możemy coś z nią zrobić, możemy pokazać ją innym, może kogoś to zaciekawi. :)

A, jeszcze jedno. Tytuł tematu - 10 słów. Tyle słów, tyle wartościowych słów spośród kilku tysięcy napisałem wczoraj w nocy. I gdy teraz wycinam zbędne fragmenty i ładuje je do trashowych folderów, chcę rozwinąć te 10 słów w coś więcej.

1. KP, którego nigdy nie odważyłem się podesłać. Było zwyczajnie za słabe. :)
[bb spoiler]
Quarianin - Han'Reegar nar Idenna
Wiek - trzydzieści jeden lat (biorąc pod uwagę, że nigdzie nie jest opisane ile mniej więcej Quarianie żyją, przyjmuję że ich maksymalny wiek jest zbliżony do ludzkiego).
Charakter - pozytywny. Lubi rozmawiać z innymi, nie raz narażał życie dla swego ludu, kompanów, czy przyjaciół. Jest jednak tylko jedno ale. Nienawidzi syntetyków, co dość często manifestuje. Czy wytrzymały psychicznie? Tylko raz znalazł się w sytuacji, gdy wszystko od niego zależało. I nie zawiódł.
Historia - Han urodził się w wędrownej flocie, tuż przed rozpoczęciem wojny ze Żniwiarzami. Jest synem Mal'Reegara, i bratankiem wielkiego bohatera wojennego Kal'Reegara, który zginął na wspomnianej wcześniej wojnie. Ród Reegar był znany ze szczególnej nienawiści do Gethów i jego przedstawiciele zawsze pierwsi garnęli się do walki z tymi syntetykami. Han wychowywany od dziecka w otoczeniu rodaków, którym nie podobało się, że muszą dzielić się Rannochem z maszynami, przejął po nich swoistą nienawiść do właśnie Gethów. Już w dzieciństwie, gdy zainicjonowano program sztucznej infekcji w kombinezonach (infekcja wywoływana przez Gethy dla wzmocnienia organizmu), Han był jednym z niewielu Quarian, którzy z tego programu nie skorzystali. Podobnie wszyscy z rodu Reegar. Z biegiem lat Han uczył się od swojej rodziny rzemiosła wojennego - tylko to go fascynowało. I tylko w tym był dobry.
Po osiągnięciu rozmiarów, gdy już bardziej można urosnąć jedynie wszerz (co u Quarian jest bardz wątpliwe), Han wyruszył na pielgrzymkę po galaktyce, aby kultywować tradycje swojego ludu. Celem była przede wszystkim Ziemia - ostatnie pole bitwy na wielkiej wojnie ze Żniwiarzami. Han niewiele się nauczył na tej planecie i nie znalazł niczego, z czym mógłby wracać do floty. Dlatego zdecydował się kontynuować pielgrzymkę. Po Ziemi wyruszył na Cytadelę, jednak brakowało mu umiejętności, by pomóc w jej odbudowie. Zaczepił się jednak gdzie indziej. Radny Quarian potrzebował zaufanych ludzi, dlatego też Han jako przedstawiciel jednego z najbardziej znamienitych rodów wędrownej floty i Rannocha, został wybrany do osobistej straży radnego. To dzięki temu mógł się zapuszczać w każdy rejon Cytadeli, gdy tylko chciał. Jednak przez ponad rok nie został wybrany do żadnego poważniejszego zadania. Dopiero po dość długim czasie służby coś naprawdę zaczęło się dziać. A wydawało się, że to tylko kolejna rutynowa misja...
Była to oficjalna podróż radnego do układów Terminusa. Przekaźnik wypluł statek dyplomatyczny Quarian w Tikkun, układzie należącym do Quarian i Gethów. To miał być prosty lot pokazowy. Mieli zbliżyć się do każdego planety układu, udać że coś badają i ruszać dalej, aż do Rannocha. Wokół planety Adas odebrano dziwne odczyty. Całość składała się na sygnał S.O.S. w języku używanym przez Gethy. Mimo silnych obiekcji Hana, radny postanowił sprawdzić ten sygnał. Badanie szczątków struktur Gethów, zniszczonych podczas kolejnych wojen, nic nie dało, więc na samą powierzchnię wysłano ekipę, której zadaniem było odnaleźć źródło sygnału. Jak się okazało, była to pułapka.
Gethy wyniosły się z tej planety tuż po wojnie ze Żniwiarzami, przesyłając się po prostu na inne platformy. Zaś platformy, które zostały na Adas były zainfekowane. Zaatakowały oddział Hana z zaskoczenia. Wiedziały gdzie uderzyć, dlatego też nie uderzyły z całą siłą ognia, waląc gdzie popadnie, lecz najpierw zniszczyły impulsem wszystkie komunikatory w kombinezonach obrońców. Quarianie, których została zaledwie czwórka wycofali się, a raczej uciekli do jednego z do połowy zburzonych budynków. Mieli dość dobrą pozycję do obrony. Zabezpieczone przez gruzy innych budynków flanki i tyły, odsłonięty przód idealnie nadający się do prowadzenia ognia z karabinów snajperskich, jak i szturmowych. Do tego okazało się, że nie mieli aż takiego pecha.

[/bb spoiler]

2. Tekst, w którym już nawet nie pamiętam o co chodziło (uniwersum też ME).
[bb spoiler]
To był dzień jak każdy inny. Ten sam budynek, czy artefakt, ta sama, codzienna, warta. Można to określić mianem po prostu rutynowej misji. Pilnowaliśmy tego... artefaktu, przekaźnika zakopanego przez wymarłą rasę Protean pięćdziesiąt tysięcy lat temu. Rozkaz brzmiał: Nie spuszczać go z oka, przepuszczać tylko z przepustką. I za nic w świecie nie podchodzić do tej rzeczy. Tak właśnie robiliśmy. Zawsze przynajmniej dwójka z nas stała w bezpiecznej odległości od przekaźnika, podczas gdy reszta robiła patrole wokół całej strefy wykopalisk. Tak jak co dzień przez ostatnie dwa tygodnie, gdy wzięliśmy tę robotę.
Oprócz nas było tu parę drużyn z Przymierza. Nic specjalnego, po prostu zwykłe oddziały naziemne. Pewnie nawet nie mieli biotyka. Ale to właśnie nam, zwykłym najemnikom, przypadła bezpośrednia straż przekaźnika, a żołnierze mieli tylko chronić ludność cywilną. Nie wiem, czy przed nami, czy też przed odkrytym niedawno przekaźnikiem.
Pamiętam, że czułem straszny ból głowy tego dnia. Jakby mój implant biotyczny próbował się wydostać na zewnątrz. Medi-żel nie pomagał, więc po raz kolejny przysiągłem sobie, że po robocie za wypłatę kupię sobie taki wzmacniacz biotyczny, który nie będzie próbował spalić mi mózgu. O prawdzie dopiero się dowiedziałem, gdy poczułem kilka tysięcy głosów przemawiających jak jeden... Usłyszałem je w mojej głowie. A wtedy to pojawiło się na niebie. A ja stałem się Nim.

[/bb spoiler]


3. Jeden z wielu moich pomysłów na sesję. Nigdy nie wyszedł poza stadium robocze, nigdy nie było nawet rekrutacji.
[bb spoiler]
Mam pomysł na przygodę dla Was. Większość informacji jest zawarta poniżej, w próbce. Reszta, jeszcze niżej.

Cytuj:
Wiedźmin - Łowcy skarbów.

Rok tysiąc trzysta czterdziesty dziewiąty. Dokładniej, kilka dni po Saovine. Pamiętam ten dzień, jak dziś. Ale jakie to było miasto?... Cholera, karczmarzu, zapodaj no kapkę tamtej naleweczki, to zrazu naoliwi te tryby w mym umyśle. No, już lepiej, chociaż nielekko chrzczona wodą ta twoja naleweczka. O czym to ja...? A, miasto. No przecie mówię, że Nowigrad. Nie mówiłem? Trudno, to teraz mówię. Chcecie opowieści, czy nie? Jasne, że chcecie. Wasze życie to opowieści o czynach wielkich i wspaniałych, ale żeby samemu ruszyć dupę to nikomu się nie chce.
Jak już mówiłem, działo się to, a raczej zaczęło w Novigradzie. W karczmie "Pod baryłką", naprawdę mniej oryginalnej i pełnej fantazji karczmarz wymyślić nie mógł. W każdym razie, jeśli nie wiecie, karczma ta znajdowała się o rzut beretem od pewnego pięknego zamtuza zwanego Srebrną Lilią. Och, cóż to był za zamtuz. Panny urodziwe, gładkie, oraz - co najważniejsze - skore do udzielenia rabatu zgromadzone w jednym przybytku to cud. Nie dziwota, że do dziś tego miejsca nie zamknęli. A może to dlatego, że Srebrna Lilia jest w pewnym sensie symbolem Temerii, której znakiem są przecież właśnie srebrne lilije... Że co? Że pieprzę od rzeczy? Oj, karczmarzu, w każdej opowieści trzeba trochę popieprzyć od rzeczy, najlepiej o zamtuzach, bo te są adekwatne do owego pieprzenia. Ale chcecie do rzeczy, do punktu wyjścia, to proszę bardzo. Była karczma, byli w niej ludzie, którzy potrzebowali pewnego magicznego artefaktu. Więc zwerbowali innych ludzi. Koniec opowieści. I jak wam się podoba? Ja się tylko dostosowałem do publiki. Że jeszcze raz, powoli, dokładniej i z detalami? Zastanowię się nad tym. Ale wpierw jeszcze kapkę tej naleweczki zapodajcie karczmarzu. I tej prawdziwej, bez zmieniającej lekko smak wody.
O taaak. Dobra, mocna, aż w nogi idzie. A gardło przepala aż miło. Że co, opowieść? Cóż, zastanowiłem się i nie będzie opowieści. Ej no, nie podnoście ręki karczmarzu, to był żart. Będzie opowieść...
Wszystko zaczęło się w karczmie, jak już wspominałem, Pod Baryłką się zwała. Było daleko po południu, toteż i karczma była przepełniona, a solidne drewniane ławy uginały się pod ciężarem gości w głównej sali. Pito, opowiadano o dzisiejszych połowach, oraz złorzeczono na inną karczmę o nazwie Szczurołap, w której w tamtym czasie wykryto herezję w postaci wampira. Normalne popołudnie w karczmie.
W pokoju prywatnym zaś, czyli najzwyczajniejszym w świecie alkierzu przemianowanym przez sprytnego karczmarza, przeprowadzana była rekrutacja. Dlatego też do tego pokoju wpuszczano tylko i wyłącznie ludzi, którzy mieli ze sobą kopie ogłoszenia o szukaniu najemników. Bo trzeba wam wiedzeć, że w tamtych prymitywnych czasach ogłoszenia przybijano najczęściej do drzew, na których również wisiały drogowskazy. Ale mniejsza z tym. Każdy, kto posiadał takie ogłoszenie ustawiał się w kolejce, a następnie podchodził do stołu, za którym siedziało dwóch ludzi. Mężczyzna w czarnej szacie skrywającej poprzez kaptur jego twarz. Był to ktoś wielkiego formatu. Dosłownie. Gdyby wstał, to okazałoby się, że byłby długi na osiem, albo nawet dziwięć piędzi, a szeroki na co najmniej pięć. Ale nie wstawał, więc nie było sobie czym zaplątać głowy. Do tego miał miecz, który pokazywał wszystkim gdzie ich miejsce. Aż, cóż to był za miecz. Największe ostrze jakie w życiu widziałem, szerokie jak moja głowa, długie na wzrost tamtego dzieciaka. Tak, miecz godny tak wielkiego wojownika.
Siedząca przy mężczyźnie kobieta była jego zupełnym przeciwieństwem. Ubrana w niebieską suknię z dość sporym dekoltem... A powiem wam, że było w co się tam wpatrywać. Miała długie, rude włosy, okręcone wokół łabędziej szyi... Ale do rzeczy. Była przeciwieństwem wojownika, ponieważ - wybaczcie powtórzenie - była po prostu dwa razy od niego mniejsza. Gigant i mikruska na jednej ławie. Ta dwójka rządziła ową rekrutacją. Zadawali pytania, a wojownik trzymając w wielkich, grubych palcach małych rozmiarów pióro z niebywałą zręcznością spisywał wszystko, co mówią kandydaci i odsyłał ich do sali głównej, gdzie mieli poczekać na werdykt. Jakie były pytania do najemników? Cóż, były to bardziej polecenia, niż pytania. Tak, polecenia. Rozkazy mówione grubym głosem wojownika, ponieważ jego towarzyszka niemal cały czas milczała i ożywiała się tylko, gdy chodziło o magię.
- Imię i nazwisko.
- Płeć. Nie śmiej się, z niektórymi nigdy nie wiadomo.
- Rasa. Oraz znany procent obcej krwi.
- Wiek.
- Ekwipunek.
- Umiejętności.
- Słabe strony.
- Pochodzenie.
- Opisz się w kilku zdaniach.
- Czy miałeś kiedykolwiek styczność z wiedźminami? Czarodziejami? Nilfgaardem? Magicznymi artefaktami?

I zawsze, gdy kończyli zadawać pytania, to wojownik mówił:
- To wszystko. Poczekaj w głównej sali, wieczorem wywołamy listę najemników, którzy przeszli rekrutację. Wtedy też omówimy płace oraz rodzaj zadania.
Tak to trwało aż do wieczora...


Oczywiście, sesja ruszy tylko, gdy będą chętni.
Jakieś dodatkowe informacje... Tak, to dzieje się w świecie Wiedźmina. Prawie sto lat po wielkiej wojnie opisanej w sadze. Czy uznaję wydarzenia z gier? Nie. To czysty Wiedźmin, bez żadnych dodatkowych skomplikowanych decyzji z gier. I właściwie bez postaci z sagi, bo dzieje się to dłuuugo później. Oczywiście, można uznać, że niektórzy czarodzieje jeszcze żyją.
Czy można być Wiedźminem? Ależ wszem, czemu nie? Wybieramy wtedy szkołę wiedźmińską (wszystkie dostępne, niestety jednak nie ma już prób traw, ani mutacji, więc gracz może być tylko wiedźminem w stylu Ciri, czyli potwornie dobrze wytrenowanym wojownikiem). A, jeśli postać ma jakieś dodatkowe informacje co do rasy, klasy, czy historii (np jest wampirem wśród dopplerów, do tego zabójcą nasłanym przez tajne bractwo w celu zabicia cesarza Nilfgaardu) to najlepiej takie informacje przysłać mi na PW.

Słów o mechanice kilka... Czysty storytelling. Czyli im ładniej coś się opisze, tym większa szansa, że to się uda.
KP, jeśli tylko sesja uzyska odpowiedni dział, będą wrzucane do tamtego tematu. W tym na razie proszę o zgłaszanie się chętnych. :)
Jakieś pytania?

[/bb spoiler]

4. Nieudany początek...
[bb spoiler]
Pierwsza katastrofa.

- Asa, możesz coś dla mnie zrobić?
Zabawne, że właśnie tak zaczyna się każdy rozdział mojej opowieści. Nie ma żadnego trzęsienia ziemi na start, ani miłego wprowadzenia, które wyjaśniałoby całą historię. Zwykła prośba od osoby, której odmówić nie mogę. Z trzech powodów.
Pierwszy powód to w zasadzie moja reputacja. Często pomagam innym, nie chcąc nic w zamian. Ewakuacja osoby, która została na planecie pełnej insektoidalnych robali, czy też zwykła naprawa drzwi – ludzie często zwracają się z tym do mnie. Przyzwyczaili się, że chorąży Asa Hargreaves, pierwszy pilot Podglądacza, pomaga im, nie wymagając niczego w zamian.
Drugi powód jest bardziej bezpośredni. Głosem w komunikatorze, czyli osobą proszącą była moja siostra, Jo-Ann. Silna, zdyscyplinowana pierwsza oficer Podglądacza, która dowodziła wszelkimi akcjami naziemnymi, jakie mieliśmy prowadzić. To ona wybierała taktykę, załogę jaką ze sobą brała, jak i karabin, z którego miała strzelać. Jej życie było idealne. Miała dopiero dwadzieścia pięć lat, a już dorobiła się rangi komandora. Tata zawsze mówił o nie z dumą, a ja wiedziałem, że przed nią jeszcze długa kariera prowadząca na sam szczyt chierarchii wojskowej, i – jak się okazało – tak właśnie było. Ale to inna historia.
Trzecim powodem, jaki sprawił, że nie mogłem odmówić był nadmiar mojego wolnego czasu, jak i to, że mogliśmy być od siebie oddaleni maksymalnie od dwadzieścia metrów. Po prostu znajdowaliśmy się na tym samym statku. Tym samym, małym statku. Podglądacz był admiralskim okrętem zwiadowczym pierwszej klasy. To oznacza, że mimo namalowanych gwiazdek na kadłubie nie miał więcej, niż dwadzieścia metrów długości i osiem szerokości.
- Co tylko chcesz. – Odpowiedziałem beztrosko przez komunikator. Od dwóch godzin siedziałem w swojej kajucie i nie mogłem zasnąć, więc pomyślałem, że trochę ruchu dobrze mi zrobi. Znudziło mi się codzienne przesiadywanie w internecie, a wirtualnych wiadomości po prostu nie chciało mi się czytać. I tak przychodził do mnie sam spam.
- Jestem u siebie. Po prostu przyjdź... – Jej głos brzmiał lekko żałośnie, lecz nie zwróciłem wtedy na to uwagi, a powinienem. Niestety, skupiłem się na tym, co mnie irytowało. A irytowała mnie wtedy moja kajuta.
Moja kajuta była taka, jak kajuta każdego innego członka załogi na tym statku. Czyli niewiarygodnie mała. Gdy rozkładało się w niej automatyczne łóżko – które było niestety zaprojektowane tylko dla jednej, szczupłej osoby, więc stosunki z innymi członkami załogi na tych łóżkach były raczej niemożliwe – no więc gdy rozkładało się automatyczne łóżko, w kajucie nie było nawet miejsca, by gdzieś stanąć. Dobrze, że jakoś upchnąłem moje rzeczy w tych szafkach, co się chowają w ścianach, bo nie byłoby tu miejsca nawet dla mnie. Ale, niestety, musiałem znosić te niewygody. Byłem świeżo po akademii i cieszyłem się, że dali mi od razu fuchę pierwszego pilota. Dla wyjaśnienia – pierwszy pilot to ten, które obejmuje pierwszą, dwunastogodzinną zmianę za sterami, pilnując by statek się nie rozbił na pierwszej napotkanej w kosmosie skale.
Asa Hargreaves. Pierwszy pilot statku wojennego... No dobra, zwiadowczego, ale zwiad to przecież też ważna część wojskowości, prawda?
W każdym razie wyszedłem z klaustrofobicznej kajuty, by trafić do korytarza na tyle ciasnego, że dwie przechodzące obok siebie osoby musiałyby się mocno ocierać o siebie, by przejść w różnych kierunkach. Oczywiście, znając moje zasrane szczęście, ktoś akurat tym korytarzem szedł. A była to moja kapitan, Jane Stevenson, jedyna córka Jacka Stevensona, admirała floty. Lubiłem ją. Podczas przepustki, kilka dni wcześniej, nawet zaprosiłem na kolację, która miała być randką. Ale tak jakby zepsułem wszystko, co tylko dało się zepsuć na randce, także oboje udawaliśmy, że to się nigdy nie zdarzyło, a ja nie mogłem mieć u niej więcej szans. Ale i tak wszelkie nasze spotkania były z lekka dziwne.
- Cześć. – Rzuciłem, gdy przyklejałem się do ściany, by mogła jakoś przejść.
- Cześć. – Odpowiedziała, gdy przedzierała się przez wąską przestrzeń między mną, a stalową ścianą.
Jakoś przeszła. Już miała iść dalej, a ja już chciałem się skierować do mojej siostry, gdy nieznana siła mnie zatrzymała i rozkazała mi powiedzieć:
- Jak dzień?
Dotarło do mnie, że ta nieznana siła to czysta, nieposkromiona głupota.
- Dobrze, dobrze. A ty jak się trzymasz?
Odpowiedziała i spojrzała na mnie. Uciekłem wzrokiem. Swoją drogą dziwne pytanie...
- Dobrze!
- O... to na razie. – Powiedziała jakby zdziwiona moim przesadnym entuzjazmem.
- Na razie.
To była trzecia najgłupsza konwersacja, jaką kiedykolwiek prowadziłem. Jaka była druga? Albo co za wymiana słów zajmie pierwsze miejsce w konkursie na najgłupszą rozmowę? Do tego też dojdziemy.
Jane odeszła, kierując sie do windy, która mogła zabrać ją tylko i wyłącznie na mostek. Ja zaś westchnąłbym, ale gdzieś uszło mi całe powietrze, także zacząłem iść powoli w stronę kajuty Jo-Ann. Gdy w końcu pod tą maleńką sypialnią stanąłem, zacząłem mówić przez komunikator:
- Jestem, Jo. Otwórz.
Tak, magnetyczne zamki otwierały się tylko na wyraźne polecenie właściciela kajuty. W razie wyższej konieczności jedynie kapitan mógłby – albo mogłaby w tym przypadku – otworzyć drzwi, używając specjalnego hasła.
Drzwi się otworzyły, a ja wkroczyłem do kajuty. Na szczęście miałem miejsce, by stanąć, bo łóżko było złożone, a jego właścicielka siedziała oparta o ścianę. Wyglądała żałośnie. Powinienem był się domyślić, że to coś więcej, niż zwyczajna katastrofa, czy zawód miłosny. Ale zamiast tego już zastanawiałem się jak ją pocieszyć.
Usiadłem przy niej. Patrzyłem przed siebie. Drzwi się zamknęły. Milczeliśmy przez chwilę, ale wiedziałem, że to nie może trwać wiecznie. Że trzeba coś powiedzieć, a przede wszystkim nie pozwolić się jej rozpłakać. Już miałem coś powiedzieć, gdy to ona zaczęła...
- Jak się trzymasz? – Zapytała. Zabawne, bo minutę wcześniej zadano mi to samo pytanie.
- To chyba ja powinienem spytać ciebie. – Odpowiedziałem ciepło.
- Ja... Dobrze. Źle. Nie wiem.
- To trzy dobre odpowiedzi. Cztery, jeśli uznać, że pierwsze słowo wypowiedziałaś po niemiecku.
Zaśmiała się gorzko. Udało mi się chociaż minimalnie ją rozweselić, co uznałem za mały sukces. Jeszcze trochę i powie mi co jest grane, a ja spróbuję wszystko naprawić.
- Ja... Zupełnie się nie spodziewałam. To przyszło tak nagle, jeszcze dziś spacerowałam po księżycu Malegi, a potem nadeszła ta wiadomość...
Planeta Malega. Zadupie ze sztuczną atmosferą. Pięć godzin temu badaliśmy jej księżyc, bo pojawiły się jakieś dziwne odczyty na skanerze długiego zasięgu. Jednak gdy Jo-Ann tam zeszła prowadząc zwiad, niczego nie wykryła. Pewnie to nasz sprzęt był zbyt wyczulony, albo rozregulowany. Zwróciłem na to uwagę w raporcie.
- Właśnie... – Próbowałem udawać, że wiem o co chodzi.
- Był taki pełny życia, nie sądziłam, że to się stanie właśnie dzisiaj.
Oho, ktoś zmarł. Jej były chłopak? Nie, nie przejęłaby się tak bardzo. Przyjaciel z akademii? Bardziej prawdopodobne. Znów milczeliśmy przez dłuższą chwilę, więc uznałem to za dobry moment by zadać pytanie.
- Jeśli mogę zapytać... co się stało?
Podniosła głowę. Spojrzała na mnie i otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Jak to co się stało?! Mamy tragedię w rodzinie, a ty się pytasz co się stało?!
- Tragedię w rodzinie...? - Zadałem sobie to pytanie na głos.
- Boże, ty nic nie wiesz... – Przytuliła mnie i zaczęła płakać.
- O czym?
Nie przeszkadzało mi w tej chwili, że jej łzy spływają na mój kombinezon, oraz że wyciera nos w rękaw. Przeszkadzała mi wyłącznie przeciągająca się znów cisza, która mogła zwiastować tylko i wyłącznie prawdziwą katastrofę.
- Asa... Tata nie żyje.
***
(opis ojca)

[/bb spoiler]

Wypisane wyżej teksty zostały znalezione w folderze oznaczone bardzo czytelnym i posiadającym wnikliwą nazwę folderem xbsixbibsxasknx.
Jeśli chcecie, to dzielcie się Waszymi poległymi już tekstami właśnie w tym temacie. Jeśli nie - spoko. Ja będę wrzucał. Może kogoś zainspiruję, może ktoś wychwyci jakiś lepszy fragment i go gdzieś wykorzysta. Proszę bardzo, wszystko tu jest dozwolone. :)

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 03 lip 2014, 13:53 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 15 paź 2010, 14:33
Posty: 1727
Tym razem linki do moich KP do sesji na innym forum, która nie wypaliła. A szkoda, bo pamiętam, że się napracowałem...

1. KP główna.
https://docs.google.com/document/d/1Gm_MM5zCBCYifPd2MwP1Cvc1lQ7XO549ZUcuRvciWZQ/edit?usp=sharing

2. Opisy pokładów statku:
https://docs.google.com/document/d/1GR8RnKGCuGeNcKjoT2eoIxZPrv8KFZibp8i7BkbTIeY/edit?usp=sharing

3. Historia postaci:
https://docs.google.com/document/d/1GvUCdexsBwOIHWtC7L3eNKGnlQS9mTPRHvrHwFO2mWY/edit?usp=sharing

Linki są nie do innego forum, tylko do Google Documentów, gdzie przechowuję KPki.

_________________
Temat techniczny sesji o Mass effect.
Na górę
  Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 2 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do: