Strefa czasowa UTC+1godz.


Dzisiaj jest 22 sty 2018, 03:23



Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 4 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: [Wiedźmin] Recenzja Serialu
Post: 17 gru 2012, 21:19 
Wojownik
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 23 paź 2010, 21:05
Posty: 111
Lokalizacja: ZamośĆ
Recenzje pochodzą stąd:
http://radkowiecki.is.evil.pl/spis2.html

UWAGA WULGARYZMY


Odc. 1 - Dzieciństwo
Ponieważ od jutra znowu będę miał dużo wolnego czasu, to mogę sobie pozwolić na samarytański uczynek i opowiedzieć tym, którzy pierwszego odcinka nie oglądali, co właściwie stracili. A stracili wiele. Bo to świetny film był i mam zamiar oglądać każden jeden następny odcinek (wiem, że zdanie jest nieprawidłowe i jestem z tego dumny). Otóż pierwszy odcinek, był odcinkiem wydumanym to znaczy bardzo niewiele rzeczy wymyślił Sapek a tak po prawdzie to większość historii młodości Geralta wymyślił Szczerbic (znajdzie się kłonica na dupę Szczerbica, jak wołają krewcy fanowie Sapka). Młodości Geralta nie zapercepowałem od początku gdyż oglądałem akurat Teleekspres na Jedynce i na Wiedźmaka przełączyłem przypadkiem. Po kwadransie. I co zobaczyłem?

Najpierw na dzielnych rycerzy Ni napadają jakieś dziady proszalne. A dziady, jak to dziady - listowie we włosach, przyodziewek niedbały i taki z lekka cepeliowo-festyniarsko-szmaciarski. Ale za to z łuku szyli niechybnie i wyszyli większość załogi konnej. Fajne są sceny, zerżnięte prawie żywcem z Conana Barbarzyńcy albo z LoTRa, gdy koleś naszpikowany strzałami niczym psychodeliczny jeż (z Erlenwaldu oczywiście) rzuca się z mieczem na szyjących szypami napastników (o, właśnie kosmici rozmontowali wybuchowo Kapitol i Empire State Building - to przebitki z ID4 a nie z Wiedźmina) i próbuje ich napocząć w miejsca witalne. No i potem się okazuje, że te dziady borowe to elfy były. Których głowy jeden z rycerzy przyniósł w worku. Ale nie wojny jeno pokoju z elfami nam trzeba, wyrecytował Żyd Jankiel, niczym Hamlet podczas przedstawienia w Teatrze Wielkim. Albo dramatycznym. Tam zresztą prawie każdy recytuje zamiast być sobą. I mamy farsę zamiast fantasy (w sumie i to, i to zaczyna się na f więc nie odbiegliśmy aż tak daleko od tematyki).

A potem na stolcu kamiennym widzimy otroków poddawanych Próbie Traw (he, he, he ... też mi się skojarzyło, jak posłuchałem o czym oni po tych trawach bełkoczą). I okazuje się, że coś się w algorytmach pokiełbasiło i cny rycerz Gerant będzie posiadał jakąś pamięć komórkową czy coś takiego. Znaczy się będą mu się przypominać jakieś obrazy ale nie będzie ich w stanie z niczym powiązać. Albo jakoś tak (nie uważałem zbytnio, bo komentowaliśmy owo arcydzieło na bieżąco z Kyą więc było jeszcze śmieszniej niż na ekranie). No i okazało się na dodatek, że Geralt Będzie Czuł Pociąg Do Dziewek. Zanieczyściłem sobie nowe pantalony. Jak to się mówi czil i kul.

Potem zażądano dla młodego Żebrowskiego Próby Gór (toć nikt jej nie przeżył!!!). Konkretnie wywieziono młodego w jakiś rzadki gaik brzozowy albo sosnowy. Dostał kosę i miał robić karby na drzewie. Na szczęście Myszowór nauczył go liczyć do 30 (Kya stwierdziła, nie bez racji, że wystarczy do 10 a potem przez analogię ale ona była dzieckiem wybitnym) z tym, że nie do końca skumałem po co mu to 30 jest potrzebne. Łuk też dostał. I ognisko mu mentor rozpalił i przykazał pilnować. Próba polegała na tym, że małolat miał siedzieć w tym lesie i nacinać karby na drzewie. Aaaa... jeszcze proszek do zagajania (i nie chodzi o konwersacyjne zagajanie rozcięć bynajmniej) ran mu podarowano. No i siedział w tym lesie - raz go tylko zawieja i zamiecia zaskoczyła i zagasiła ogień (później go znowu jakoś zażegł ale nie pokazali jak). A potem miał pogodę raczej wiosenną i za cholerę nie mogłem skumać dlaczego nikt tej próby nie przeżył - łuk ma, ogień wesoło trzaska, woda bieżąca nieopodal. No nieważne.

A potem zobaczył, że wszystkiemu nie są winne elfy i wozacy a wiedźmaki-renegaci, którzy w celu pozyskania spyży nie udają się bynajmniej na targ (chociaż dostali kasę na zakupy) jeno rezają bez litości i dania racji kupców na gościńcu. Albo osadników. Aha, Geralt zaprzyjaźnia się jeszcze z kundlem burym podrabiającym wilczycę. Ale skąd pomysł, że podwórkowy Pimpek może symulować wilka, nie wiem. Pewnie budżet skromny (o, teraz USAF zbiera w dupsko). No i Geralt widzi, jak Falwick (robiący zresztą nonstopicznie Geraltowi koło pióra) czyni, wzorem Łamignata Zbója-Dżentelmena, jatkę na gościńcu.

Pozbawia kupców/chłopów/uchodźców /gastarbaiterów nilfgaardzkich jedzenia, kosztowności, potomków rasy męskiej, wozów, koni i życia, w tej mniej więcej kolejności. Są to sceny niesamowicie zdynamizowane, a to dzięki użyciu nowatorskiej metody filmowania rzezi. Z odległości jakichś 150 metrów i to bez zoomu. Jak mniemam znowu zabrakowało pieniędzy. No i Geralt to widzi (wcześniej chamstwo obrzuca młodego kamieniami więc późniejsza masakra ma swoje uzasadnienie - tracą głowy i trzewia za karę). A potem z pojebowiska ratuje ranną Adelę (która miała według niektórych wersji scenariusza zostać wiedźminką i gładzić Geralta po zgrubieniu w okolicach rozporka) oraz naszyjnik cepeliowy i siekierę. No i żyją szczęśliwie w trójkącie: Geralt-Adela-Szczerbata (to ten pies-wilk). Następnie przyjeżdża po Geralta jakiś niemłody wiedźmin i zabiera go do Kaer Morhen.

A tam nasz bohater ujawnia podły spisek Falwicka (o, znaleźli panią prezydentową amerykańską), Falwick dostaje wilczy, nomen-omen, bilet i zostaje po nastajaszczy renegatem. I następuje moja ulubiona scena: Kozłowski mówi: nie zapomnę cię (i jego głos coś tam nawet wyraża). A potem małe Geralciątko też mówi: nie zapomnę cię a widzowie zaczynają się śmiać, bo to nawet nie poziom szkolnej akademii ku czci hutnika. My z Kyą też zaczęliśmy się śmiać, bo się inaczej nie dało. A potem była lista płac i Zamachowski/Jaskier zanucił balladę o Zimorodku co wpadł do wychodku. I wszyscy byli ukontentowani na przysłowiowego maksa.

Za tydzień też będę oglądał bo dawno się tak nie ubawiłem (ostatnio na Obeliksie i Asteriksie u Kleopatry). No po prostu cycki z masłem. Polecam. Boleję tylko, że prawdopodobnie przegapiłem rewelacyjne sceny przemian, podczas których Geralt błyszczy jak neonówka na technowej imprezie klubowej. Znaczy tak w ultrafiolecie. Chyba, że będzie w drugiej części - to już się cieszę bo to bardzo nowatorska wizja jest, taki błyszczący wiedźmak. Można go sobie postawić w kącie, nasadzić na głowę klosz i używać do wieczornych nasiadówek przy dobrej lekturze. Ot, choćby przy lekturze opowiadań Sapkowskiego. Albo Sagi Sapkowskiego. Byle nie scenariusza Szczerbica na podstawie Sapkowskiego. No to do następnej niedzieli. Pamiętajcie: 17:00, Dwójka, tfu, publiczna. Kupa dobrej zabawy gwarantowana.

Odc. 2 - Nauka
Tytułem wstępu - tydzień temu obiecałem streszczenia dla tych, którzy brzydzą się serialem albo ogólnie, telewizją. I żeby słowa dotrzymać, posunąłem się do takiego poświęcenia, że odcinek drugi nagrałem na kasetę (gdyż w porze emisji byłem nieobecny w domu). I kaseta czekała sobie na jutrzejsze popołudnie. Ale się nie doczekała, bo zasnąć nie mogłem i stwierdziłem, że przed snem obejrzę sobie onego Wiedźmina. No a jak obejrzałem, to senność poszła precz i pomimo pory późnej (albo wczesnej - zależy jak na to patrzeć) coś tam stukam. Lecimy z koksem, bo odcinek był rzadkiej urody.

Dzisiejszy (a właściwie wczorajszy, bo piszę to grubo po północy) odcinek sponsorowały literki k jak knucie, krnąbrność (trzeciego stopnia oczywiście), kobiety, kalectwo oraz t jak TRUPY (wyprodukowane przez Geralta).

Od razu słowo dla tych, którzy nie oglądali - żałujcie ludzie, żałujcie bo działo się co niemiara. Odcinek zaczął się od uchylenia kolejnego rąbka tajemnicy. Wszyscy czytelnicy Sapkowskiego zachodzili w głowę na czym polegały Przemiany, Próba Traw a przede wszystkim morderczy trening wiedźminów. W Sadze coś tam się z lekka wyjaśniło, poznaliśmy Grzebień, Wahadło i kilka innych rozrywkowych gadżetów rodem z Kaer Morhen. W filmie zobaczyliśmy kolejne, zakazane i mroczne tajemnice dotyczące treningu zamieniającego wiedźminów w supermaszyny do zabijania. Jest to mianowicie bieg za koniem, na którym jedzie receptor. Receptor to taka bajerancka nazwa trenera. No i biegną we trzech: Geralt i dwaj koledzy, wannabe wiedźmaki za receptorem Osbertem. I biegną. I biegną. Aż nagle widzą polanę i receptor mówi, że biec już nie będą. Za to każe jednemu w adeptów zrzucić się z konia. Adept pcha się na rympał, koń go depcze, receptor okłada trzcinką w wyniku czego, co było skutkiem, kandydat po 3 minutach takiego traktamentu zaczyna przypominać tatara zasiekanego z jajkiem bez cebulky. I pada nagle, bo stwierdza, że o kant dupy potłuc takie wiedźmiństwo. Potem przychodzi kolej na Geralta, który zamiast przeć do przodu niczym Hufiec Mahakamski pod Brenną, zaczyna knuć. I pyk - z lewej strony końskiego łba wyhycnął ponad. I lu - z prawej. I kombo: nera, wątroba, nera, wątroba. I w potylicę i karczycho. A receptor zamiast go stratować przy pomocy konia, zaczął kombinować. Na co Geralt wykonał kilka uników, złapał konnego za rękę, rzucił nim o podłogę co zaowocowało utratą przytomności i przerobieniem ręki receptora na grzechotkę vel luźny rękaw. Z czego receptor na pewno nie będzie zadowolony, jak tylko odzyska przytomność.

A potem nadjechały, uwaga: osoby o słabych nerwach proszone są o przycupnięcie pod piecem albo na zydelku, nadjechały kobiety wiedźminy. I tak jak przepowiadałem tydzień temu - jedną z nich była ocalona z pogromu Adela. Ale nie poznała Geralta. On ją tak ale ona nie, bo przeszła lepsze próby. Wiadomo, za górami trawa jest zawsze zieleńsza (i ewidentnie mocniejsza jak widać), woda bardziej czysta, flamastry fosforyzujące do malowania wzorów na skórze bardziej fosforyzujące i nawet księżyc ładniejszy - a kobiety wiedźminki były zza góry. A może nawet spod Pagórka, nie zorientowałem się dokładnie, bo wydarzenia galopowały jak szalone. A jak już kobiety odjechały, to faceci posprzeczali się o spódniczki, Geraltowi nerw skoczył i wyłączył fonię i wizję swojemu koledze. Pięścią. A potem zaczęły się moje ulubione kawałki: Żyd Jankiel znowu deklamował. Tym razem leżąc na łożu boleści kazał Geraltowi być twardym, silnym, zwartym i gotowym. I zakazał mu mieć uczucia or sth. A potem umówił się z Geraltem na korepetycje i zajęcia dydaktyczno-wyrównawcze w okresie wakacyjnym bo przez te ciągłe zadymy, Geralt opuścił się w teorii a sesja za pasem.

A teraz drogie osoby nieletnie, proszę - udajcie się do kuchni i zróbcie sobie kanapki, bo będzie golizna. Adela goła była - caluśka, od stóp do głow i niczego nie miała do ukrycia, włącznie z bobrem cierpiącym na gwałtowne łysienie. Geralt ją w kąpieli przydybał w jeziorku. Adela zmierzyła Geralta od stóp do głów (wzrokiem) i zaczęła mówić o aseksualności wiedźminów i o nieprzystawalności tego terminu do Geralta w kontekście jego obecnych zachowań. A mówiąc po ludzku - Geraltowi stanął (przepraszam wrażliwych), czego ukryć nie szło żadną miarą bo miał luźne pantalony. Mi stanęło serce, jak to zobaczyłem.

Następna sekwencja jest z tych bardziej dynamicznych gdyż ma miejsce próba miecza czy inny pokaz walki. Adela napiera kijem bambusim a Geralt robi uniki, zwody i wzwody. I wywraca tą Adelę, kopie, podcina niczym na zabawie w remizji, tarza w pyle i kurzu drogi - no Snipes w Blade 2 się chowa, tak to szybko robią. Oko ludzkie nie rejestruje wszystkiego więc oglądałem te sceny klatka po klatce ale za długo trwało, to przewinąłem po prostu do przodu. A potem Geralt zbiera opierdol służbowy od Gruchy (Zbrojewicz jako jeden z nielicznych gra jak człowiek a nie recytuje i chwała mu za to), że nie było skrzyżowania tylko rondo. I bez świateł czy coś takiego. A nie, wróć - nie było skrzyżowania mieczy. No to Geralt daje się klepnąć w rękę kijem i przegrywa walkę. Przez co zbiera kolejny ochrzan służbowy, podczas którego Grucha uświadamia wszystkim, rycząc jak ranny bawół, na cały plac, że styl walki Geralta jest do rzyci, receptor został kaleką a knucie i krnąbrność to w ogóle zasługuje na karę śmierci (którą przecież oświecone i nowoczesne społeczeństwa zniosły jako nieludzką i niehumanitarną). Brawurowa przemowa końcowa adwokata nie robi wrażenia na prokuratorze i Geralt musi (razem z kolegami) stać dwa dni na słupku betonowym (pewnie został po elektryfikacji Kaer Morhen). Kara taka tymczasowa, i dodatkowo, żółta kartka (za nieprzestrzeganie kodeksu).

A potem następuje kolejna mordercza próba (mieliśmy już próbę Traw i Gór), z której wielu wiedźminów nie wychodzi żywymi (ale jest to poświęcenie, na które Rada jest gotowa). Jeden chodzi z opaską na oczach a drugi mu mówi: ty, Miauczek w lewo, Miauczek w prawo, Miauczek - spierdalaj. Miauczek baranie, gdzie lecisz? Geralt po dwóch dniach złazi ze słupka a po godzinie idzie w góry z przepaską na oczach. A jego nowy receptor jest zdrajcą, spiskowcem i sukinsynem strasznym a do tego Dark and Toxic Avengerem (Osberta chce pomścić). I kombinuje, że jak powie idź naprzód to się Geralt spierniczy na pysk 20 metrów w dół i pozamiatane. Ale Geralt bierze wszystko na czuja i na słuch (pamiętacie jak się przed orionem nie uchylił, bo słyszał, że nie leci w niego tylko obok?) i zamiast samemu wpaść - wrzuca swojego nowego receptora w otchłań bezdenną obnażywszy wpierwej podły spisek młodzieżowej kadry szkoleniowej. Przyznacie sami, że taki uczeń w naszym systemie szkolnictwa podstawowego raczej by miejsca nie zagrzał. Dwa dni: kaleka i trup. Świadectwa z paskiem i wyróżnieniem raczej nie będzie Geralcie, oj nie będzie. Złazi w tą przepaść, targa truchło receptora na plecach do siedliszcza wiedźmińskiego, rzuca na podłogę na placu i czeka na sygnał. A sygnały nie są dobre. Gdyż popada nasz bohater w tiurmu a Rada czyni kolejny sąd (coś Szczerbic za dużo Grishama chyba czytał w trakcie pisania scenariusza).

Potem są jakieś kocopałki, których nie skumałem, bo czekałem na akcję i rzeź a dostałem facetów w workach po nawozach gadających o dyscyplinie, autorytecie, sukcesji i przewrotach pałacowych. Więc może ten kawałek pominę w rozważaniach - konstatacja jest taka, że wiedźmini Geralta szkolić nie będą. Dobrze, że przynajmniej oczyszczają go z zarzutów. Dziękuję - obrona nie ma więcej pytań. Geralt dostaje trzeciego receptora - tego sympatycznego staruszka, który w poprzednim odcinku wywiózł go do lasu i kazał rzezać karby na drzewie. I zaczyna chodzić na korki do Jankiela, tfu... znaczy się do master Yody, podczas których uczy się fajnych sztuczek z oczami, ziołami (co oni kurde tak z tymi ziołami, jaracze przebrzydli?) i lustrzanymi odbiciami.

A potem, uwaga młodzieży, kanapeczka już była więc może teraz by jakiejś herbaty zaparzył, co? Poszli? To jedziemy, byle szybko bo znowu będzie nieobyczajnie. Otóż Adela zaskoczyła Geralta podczas medytacji, wsadziła sobie jego rękę pod bluzkę i obiecała mu, że nauczy go dobrego bicia serca. Przez co Geralt na korkach nie mógł się skoncentrować, zaczął stawiać trudne pytania (mistrzu, do czego służą kobiety?, mistrzu, dlaczego wiedźmini są aseksualni i co to znaczy?). No poruta na maksa. Szczęśliwie master Yoda klaruje Geraltowi, że kobiety to kwiaty tej ziemi i rodzą inne kwiaty (co jest anatomiczną niemożliwością bo by się łodyga i listki połamały i pomiętoliły w drogach rodnych, ale nic to). I o miłości też jest rzewny kawałek, taki bardziej do wzruszenia się, co uczyniłem. A potem następuje skandal - w prajm tajmie pokazują cycki na zbliżeniach. Z sutkami sterczącymi. To Adela uczy Geralta jak się pukać. Tfu, wróć. Uczy Geralta pukania. Ożesz k... twoja, uczy na łące Geralta bicia serca. Nie wiem tylko dlaczego są goli. To ma chyba jakiś związek z sekszeniem się ale głowy nie dam bo jeszcze rosnę i nie przerabialiśmy tego ani na podwórku, ani na biologii. Po czym następuje pierwsze z wielu w życiu Geralta, burzliwe rozstanie, podczas którego dowiaduje się, że jest słabiak i do tego kiepski (sie czepiła - przecież chłopak robił to pierwszy raz więc oczekiwanie cudów jest co najmniej nie na miejscu). A w następnej scenie okazało się, że Adelę podpuścił Grucha - miała zeznać, że z Geralta taki mutant i wiedźmak jak z mysiej i że jest facetem, który z gołą babą jak najbardziej ten tego. Aż się zarumieniłem na myśl o tak podłej prowokacji. Ale Adela staje okoniem, pokazuje Grusze wała, kij ci w dupę, nic nie powiem. I odjeżdża, po skasowaniu dniówki oczywiście.

Kolejna scena spotęgowała mój, i tak niemały, stupor. Oraz zamęt grubymi nićmi szyty. Najpierw Geralta zakuwają w zbroję, chyba jakąś płytową (ale mogę się mylić), misiurkę, kolczugę, ochraniacze na nogi i łokcie, nasadzają na łeb szłom żelazny i każą iść odebrać świadectwo i dwa nagie miecze. Potem, w przebitce, Jankiel namaszcza następcę i umiera. Ale twardy jest i do samego skonu deklamuje, wzbudzając mój aplauz niekłamany i radość wielką. Następnie Grucha daje trzem kandydatom po dwie kosy i talizmanie na szczęście. Talizman waży jakieś pół kilo i jest sukinsyn wielki jak babci placek. Albo krowi. Aż próbowałem sobie wyobrazić słynną scenę walki Cahira z Bonhartem, podczas której ten ostatni rozchełstuje koszulę na piersi i wyciąga kilka takich medalionów. Bzdura, bo żadnej walki w takich cyrkumstancjach by nie było. Po prostu medaliony przecięłyby Bonhartowi szyję swym ciężarem. No ale nic to. Chłopaki wieszają sobie te odważniki na łańcuchach na szyjach i czekają na najlepsze. No i dostają: zielarz i aptekarz cechowy daje chłopakom niezbędnik narkoma... znaczy się ziele jakieś i eliksiry ale mówi, żeby nie nadużywali bo samo nieszczęście od tego. I łeb ciężki.

A potem następuje grand finale, po którym wychodziłem z osłupienia jakiś kwadrans. Ma miejsce Ostateczna Próba Mieczy, podczas której na Geralta napuszczają jakiegoś miejscowego czempiona (skojarzenia z Gallem Anonimem i Maximusem z Gladiatora jak najbardziej na miejscu). Też zakutego w zbroję i w kasku na głowie. I tak się okładają tymi katanami jak łan kmiecy cepami okutymi pod Vyzimą. Tyle w tym finezji i poetyki walki co w sławnej scenie śmierci marszałka Menno Coehoorna, którego ... a zresztą, przeczytajcie sobie jako odtrutkę po kolejnym, rewelacyjnym odcinku. A, wróć. To jeszcze nie koniec. Czempiona znudziło płazowanie Geralta, zdjął hełm i zaatakował, rzec by można frontalnie - Bóg jeden wie dlaczego. Ale po pierwsze, Geralt na korepetycjach poznał tajemnicę spojrzenia. Po drugie, szarawary, tak wygodne na treningach aikido, w czasie walki nie sprawdziły się. A konkretnie podczas owego ataku na rympał. I na dodatek te kolczugi im przydługie zapodali więc plątały się podczas biegu miedzy kolanami. I stało się tak, że Geralt zrobił oponentowi skuteczną tracheotomię ale ponieważ pogotowie akurat strajkowało, to czempiona nie dało się odratować. Zresztą i tak pewnie nie mieli odpowiedniej grupy krwi do przetoczenia. Owym aktem szczególnego zwyrodnienia, (powinien dać się zabić) Geralt ściągnął na siebie niechęć wszystkich oprócz receptora, który poklepał go po ramieniu. I co miał chłopak zrobić? Posłuchał rady Kaczmarskiego i wyjechał w Bieszczady. Ale kino. A na koniec znowu usłyszeliśmy słynną balladę Jaskra o zimrodku co wylądował w wychodku. Wyciemnienie. I natychmiast 50 gram, bo na trzeźwo to jest nie do przyjęcia. Do następnej niedzieli.

Odc. 3 - Człowiek-pierwsze spotkanie
Do raportu pokontrolnego siadam niemiedlienna bo odcinek dzisiejszy spotęgował moje zdumienie, w które wprawił mnie odcinek poprzedni. Oraz, jak już napomykałem, zamęt grubymi nićmi szyty. Odcinek oczywiście nagrałem (wieczorem go skasuję, bo Absolwent w TV4 do nagrania czeka) żeby żadnej sceny nie pominąć i sprawę zdać jak należy i z detalami. Lecimy z koksem, bo odcinek był rzadkiej urody (pozwolicie, że będzie to moje zawołanie - krasnoludy miały swoją słynną mahakamską pieśń bojową[1] - ja będę miał swoje leitmotivowe zawołanie).

Dzisiejszy odcinek sponsorują literki: k jak kobiety (znowu), s jak samarytanizm i seksu próby, h jak harlekina książki oraz l czyli ludzie jak potwory. Po krótkim bloku reklamowym, zapraszamy na projekcję.

Od razu słowo dla tych, którzy nie oglądali - żałujcie ludzie, żałujcie bo działo się co niemiara[2]. Odcinek dzisiejszy zaczyna się od naruszenia przepisów ruchu po traktach bitych. Geralt próbuje włączyć się do ruchu, zatrzymuje się, rozgląda się w lewo, w prawo, widzi nadjeżdżający z jego lewej strony pojazd (koń+jeździec), włącza kierunkowskaz (konkretnie sygnalizuje zamiar skrętu w lewo uniesieniem lewicy) i licząc na to, że prujący jak szatan jeździec zastosuje się do przepisów, daje koniowi lekko z pięt w boki. Na szczęście Geralt zastosował zasadę ograniczonego zaufania do innych użytkowników traktu i uniknął w ten sposób wypadku[3]. Bo koleś na koniu, nie zważając na regułę prawej ręki i przepisy uzupełniające (przecież to było skrzyżowanie dróg równorzędnych), przemknął chyłkiem, jakby mu się bardzo śpieszyło. Widno kurier carski Michał Strogow mu było. Ale za bardzo odeszliśmy od głównych zdarzeń. Otóż Geralt wydalił się tydzień temu z Kaer Morhen i ruszył na szlak. A co widział i co przeżył, odcinków kilka następnych wam opowie. Będą też kąski smakowite jak choćby jeden, z dzisiejszych sekwencji otwierających: Geralt śpi w lesie, noc ciemna dokoła, ogień wesoło buzuje ale widno wiedźmin wrzucił za dużo mokrego drewna do ogniska, bo dymu kolumny wielkie pną się ku niebu. To znaczy pięłbyby się gdyby nie podmuchy wiatru niesfornego. Który to wiatr nawiewa dym prosto na Geralta, który położył się gdzieś tak z pół metra od ognia. Każdy kto zasnął przy ognisku alkoholem zmroczony, wie, że jest to fizyczna niemożliwość. Nawet przez opary etoha, docierają do człowieka dwie rzeczy: 'Jest mi gorąco w pysk (a właściwie to mi się brwi i rzęsy chyba palą)' oraz 'Coś tu śmierdzi tak, że łzawią oczy i nie jest to wcale mój paw'. I wtedy, w zależności od stanu zaawansowania zgonu, albo sami odpełzamy od ognia albo rzęzimy prośbę o pomoc, kumple odciągają nas kawałek, rzucają nieopodal, w krzaki mokre i gra muzyka (ta Bonhartowa). No ale Geralt jest mutantem i nic nie czuje. I już wiem dlaczego mu później Cykada powie: Dym w oczy, wiedźminie, nic, aby dym w oczy. Miał skubany rację - Geralt trenował od samego początku. To na razie tyle dygresji, przejdźmy do dania zasadniczego. Orkiestra, tusz.

Pierwsze spotkanie z ludźmi odbyło się w cyrkumstancjach nad wyraz gwałtownych. A konkretnie, tadam, (tutaj miłośnicy Sagi niech może przysiądą) Geralt spotyka Renfri. Ale nie w Blaviken, nie, to by było dla Szczerbica za mało wydumane. On ją spotyka w tej chwili, która zdeterminowała cały późniejszy los Dzierzby. Otóż grupa żołdaków, z poduszczenia Aridei, wlecze Renfri do lasu, coby ją tam ubić. O żadnym Przekleństwie Czarnego Słońca nie wspomina się słowem, więc domniemywam, że macosze po prostu pasierbica się znudziła (a nie, przepraszam - żołnierze mamroczą coś o mutantce). No i wloką ją po trakcie, potem po ziemi, już wyciągnęli żelazo z jaszczura, już mają je zatopić w niezbędnych od normalnego funkcjonowania organach wewnętrznych gdy ta mała lolitka zagaja znienacka: dzielni wojowie, poniechajcie mnie niewinnej, cnotliwej, nieruszanej i czystej. Zamiast przygważdżać mnie do ziemi mieczami stalowemi, możecie mnie przygwoździć khem, khem, khem.... Znaczy w miesto krwawej rzeźni, proponuje im pochędóżkę na łonie natury. No a potem jak to w kiepskich filmach - funkcje myślenia u dowódcy inkryminowanych żołdaków przejmuje mózg w pantalonach, zaczyna kombinować i gmyrać coś przy rozporku, pcha się dziewczęciu w międzynoże, mała sadzi mu sztylecik srebrzony w arterie, on rycząc pada, reszta dobiega i zamiast ciachnąć od razu kosą, to próbują też załapać się na odrobinę radochy widocznie (widziałem na stop-klatce jak macają ją po piersiach łapami). No i te wszystkie krzyki ściągają z lasu Geralta (pewnie ten dym go w końcu wkurwił do tego stopnia, że wstał). I zaczyna się drętwa mowa: ona mutantka, ja też mutant, ręka do noża, unik, laparotomia (flaki na wierzchu, znaczy się), garota na szyi Geralta (ale amatorska, bo ze zwykłego sznura a nie struny fortepianowej), blok, kosa w brzuch następnego (tylko ten kutas zdradziecki ciągle mnie dusi w szyję, co za bardacha, aż zapomniałem tego całego aikido), oczy w głąb oczodołów, tlenuuuuu.... aaaarghhhh.... Na szczęście nadjeżdża stary receptor i szyje z łuku w plecy szalonego dusiciela. Po czym dobija go konfesjonalnie, mieczem. A potem wstawia Geraltowi drętwą gadkę o potworach, ludziach, zapodaje mu traktat o dobrej robocie i napomyka o wyrzynaniu połowy ludzkości. Tradycyjne teksty o kodeksie wiedźmińskim też wstawia. Kupa dobrej zabawy. Aha, receptora pogonili ciupasem z Kaer Morhen na trakt, stąd jego pojawienie się znienacka. No i po brawurowej partii dialogowej (jest też o przeznaczeniu, to musi coś znaczyć), rozchodzą się. I stary nie chce się przedstawić nawet na odchodne.

Następnie Geralt dogania Renfri i zabiera ją ze sobą. I jadą, jadą, jadą i rozmawiają. Dowiadujemy się, że wiedźminowi nie wolno np. zabić człowieka. Z ciekawszych kawałków, to znowu widzimy elfy podczas akcji przesiedleniowej (w góry je pędzi żołdactwo). Nie muszę wspominać, że elfy wyglądają jak dziady borowe, lekko tylko oczyszczone z igliwia i listowia, twarze żulii spod Dworca Chaosu - Isengrim Faoiltairna każden jeden po prostu (no ale tamten był paskudny, bo blizna mu twarz cięła a ci obleśni naturalnie, że tak powiem). No i te kultowe w niektórych kręgach, mundurki z samodziału - nawet te z Matriksa były bardziej gustowne. Ręce po prostu opadają. A potem Geralt z Renfri zatrzymują się na śniadanie na trawie, podczas którego (uwaga - fanowie Sagi, żarcie i picie na bok) Renfri prosi Geralta, żeby zawiózł ją do Mahakamu gdzie grasuje banda siedmiu gnomów, którzy radośnie napadają podróżnych, łupią kupców i przyjmą Renfri z otwartymi ramionami. Mi ramiona opadły. Zaraz po tym, jak szczęka boleśnie obiła mi przyrodzenie. Następnie gwałt się gwałtem odciska: Renfri straszy Geralta, że go zakapuje. Geralt straszy Renfri, że zabierze ją do Kaer Morhern gdzie przerobią ją w wiedźminkę i wykasują pamięć. Ożesz w mordę, co to jest, ja się pytam.

Uwaga, młodzieży, do kuchni po kanapki, znowu będzie o dupie. Ponieważ żadne słowa tego nie oddadzą, zacytuję dosłownie. Osoby o słabych nerwach - przerwa reklamowa.
G: Jesteś jeszcze dzieckiem.
R: (zalotnie) Nie jestem dzieckiem. Możesz się o tym przekonać. Chcesz? Jestem kobietą. Ty chyba nie możesz, co?

Nie wiem jak wy, ja umarłem ze śmiechu. No dobra, domykajmy rozdział z Renfri. Bohaterowie wjeżdżają do wąwozu - wiadomo, Mahakam to góry a góry to wąwozy. Tylko ten wąwóz jakiś mały. W wąwozie onym atakuje ich jakiś wypierdek przybrudzony z lekka i krzyczy, że mój jest ten kawałek wąwozu, paszli won, bo kikizmorą poszczuję a jak się nie podoba to chędożył was pies. Renfri daje mu w ryja, nazywa parobkiem i każe się prowadzić do starszego, z którym prowadzi bardzo burzliwe negocjacje dotyczące supremacji w grupie. Polegają one na machnięciu ręką (Renfri) i pokazaniu, że jest w porzo (Wódz Bandy Siedmiu Gnomów). W wyniku bilateralnych umów, przywództwo w bandzie przejmuje trzynastoletnia kobieta - Judeański Front Ludowy mógłby się wiele nauczyć w temacie 'supremacja światowa w pół roku'. Idę sobie strzelić baniaka, bo na trzeźwo nie idzie pisać tych bredni. Aha, w międzyczasie Geralt młynkuje kilka razy kataną i przegania sześciu twardzieli z bandy. I powiem wam, że jakby mnie taka banda napadła na trakcie, to nie musieliby wyciągać broni. Zabiliby mnie śmiechem - kto widział postrach gościńców, duktów, traktów i przecinek leśnych, ten wie.

Następnie Geralt przyjeżdża do MIASTA. Szuka mianowicie potworów do zabicia, których w tym akurat mieście nie ma. No to napić się trzeba, bo i Żebrowskiemu widocznie przestaje ten scenariusz pasować. A gdzie się napić? W karczmie. W którym to lokalu rozrywkowym, Geralt, w celu zatrzymania eksodusu gości z onej knajpy, wygłasza tekst: jestem wiedźminem a nie zbójem (swobodna interpretacja). Po czym kładzie się za piecem. Pozwólcie, że i ja się na chwilę położę, bo siły tracę jak na to patrzę.

A wieczorem, w tej samej karczmie, Falwick, sukinsyn straszny, zaczyna knuć, jakby tu się wbić klinem. Nie, nie w kobietę. W Brokillon. Chce driadom narobić koło pióra. I kombinuję wielką akcję janterwencyjną: Levecque pójdzie prawą stroną, Erwyl wraz z cieślami, smolarzami i drwalami lewą a środkiem puścimy czołgi i konnicę. I szlus. Plan zaiste diaboliczny. Potem, pewnie dla poprawienia sobie nastroju, Levecque zabija karczmarza. Ale nie do końca, bo po wyjściu spiskowców (tacy z nich spiskowcy, jak z mysiej...) karczmarz (niedobity) każe Geraltowi (który przyczaił się za piecem na czas knucia) wysłać gołębie (czaiły się na strychu) z korą brzozową (czaiła się obok gołębi). Przyczajony tygrys, ukryty smok jak pragnę zdrowia.

Potem są dymy w dolinie a Geralt po raz pierwszy używa organicznego mikrofonu kierunkowego (wyjaśnię w dalszej części o co chodzi). A im dalej w las, tym więcej trupów najeżonych strzałami, niczym Jeż z Erlenwaldu (Szczerbic chyba czytał sagę, bo nawiązuje do Duny'ego w każdym prawie odcinku). I wreszcie nadchodzi wyczekany przez wszystkich moment: POTWÓR. Na środku polany siedzi dziewcze hoże i piękne, wymalowane w barwy zielonkawe z białą, pionową kreską na twarzy (dziadek Freud miałby coś pewnie na ten temat do powiedzenia). Za nim, w krzakach i poszyciu leśnym, pełza POTWÓR (skolopendromorf? czy jakiś inny wij?). Geralt łapie za kosę, ciach, ciach i potwór podaje tyły (metaforycznie, rzecz jasna). A potem widzimy jak Geralt pojmuje medycynę alternatywną. Najpierw ucina mieczem kawałek strzały (ten z lotką) sterczący z pleców driady. Potem resztę strzały przeciąga przez ranę (szczęśliwie nie wywlekając płuc na światło dzienne) tak zręcznie, że pacjentka nie mdleje z bólu. Następnie... młodzieży, czas jakieś kanapki kolacyjne zmontować - won do kuchni, zaczyna ssać pierś młodej driady. Nie, no spoko - bez pedofilii. Strzała była zatruta a Geralt, obnażywszy z lekka driadę, wysysa ranę - swoją drogą całkiem zgrabna dziurka. Ten moment wybiera sobie wij na powrót: nie skumawszy aluzji 'paszoł won' wraca i Geralt musi mu jednak urżnąć łeb ale na szczęście żadnych zakłóceń równowagi nie stwierdzono. Przez następne kilka minut Geralt ponownie obnaża pierś driady (nie ślińcie się - nic nie widać), przemywa ranę i czyni jakieś okłady z wiedźmińskich ziół. Myje też biedną dziewczynę z farby zielonkawej (moim zdaniem w farbie wyglądała lepiej) i ogólnie jest sielanka nad pięknym, modrym Dunajcem.

A tymczasem, za Pagórkiem: Falwick każe wycofywać się do Nastroga a 14 pojmanych driad - powiesić. Taki z niego zimny drań.

Ale wróćmy nad malownicze przełomy Dunajca: Morenn (ta driada) odzyskuje przytomność na dobre i przyłapawszy Geralta na babskim zajęciu (szyje jej suknię), zaczyna go indagować. No wiecie, ktoś ty, jak masz na imię, co zamierzasz. A w następnym ujęciu mamy kolejne użycie organicznego mikrofonu kierunkowego. Pozwolę sobie dać dokładniejszą relację: Geralt chce iść, bo widzi typów szemranych, Morenn mówi nie idź, on mówi: dobrze, nie pójdę ale się nie wystrasz, bo snifnę trochę eliksiru w proszku, zacznę wyglądać paskudnie ale usłyszę tych gości z daleka. I snifuje, a właściwie łyka eliksira (w proszku), bladość spowija jego lico, oczy mu czernieją - wypas na maksa. I słuch mu się wyostrza a ta durna baba oczywiście ten moment wybiera na pogaduchy. Dlaczego mnie ratowałeś? Nie jesteś wcale brzydki. Polubiłam Cię. I nie wiemy, czy Geralt cokolwiek usłyszał, czy cały eliksir poszedł w p...u. To znaczy usłyszał tyle, że najemnicy ciągną tutaj ćmą wielką więc złapał Morenn za rękę, wsadził na konia i do Brokilonu powiózł. W międzyczasie okazało się, że kolejna małolata (znaczy Morenn) leci na niego i każe się całować w krzakach. Co też Geralt czyni, ale jakoś tak bez widocznego zapału (trzeba chłopakowi przyznać rację - Moren wygląda średnio apetycznie ze skołtunionymi włosami i w sukni z worka po kartoflach. Dopiero po kąpieli zaczyna prezentować się bardziej apetycznie). Potem jest jeszcze kilka scen bardziej romantycznych, aż w końcu nasi wędrowcy napotykają na swej drodze niedobitki grupy uderzeniowej Levecque (chociaż Morenn mówiła: Geralt, to zły dotyk tfu... zła droga, nie idźmy nią, bo z niej się nie wraca ale ten nie posłuchał i, z wdziękiem Marlowe'a, wpierniczył się w kolejne kłopoty).

I mamy zadymę: Levecque znajduje w trokach Geralta miecz i każe pojmać naszych bohaterów (Bóg jeden wie dlaczego, bo przecież Geralt ma wiedźmiński miecz przewieszony na plecach). Wiedźmin ryczy strasznie, koń z Morenn na grzbiecie ucieka, ci nieszczęśnicy, którzy atakują Geralta, osierocają momentalnie swoje dziatki i owdowiają białki, potem Geralt wali w nadbiegających łuczników znakiem Aard (no, takim znakiem uderzył w książce, co prawda nie w łuczników a w ziemię przed nimi, coby wzbić kurzawę, ale doprawdy, nie musicie się tak czepiać szczegółów), Jurghans chce przeszyć bez ochyby szypem niechybnym Geralta ale Levecque nie pozwala, mówiąc 'mój ci on, mój'. I zaczyna się siekanina. Trwa całe 18 sekund (nie liczę początkowego prężenia muskułów i szpanowania mieczami) i Geralt zarzyna oponenta. Wartym uwagi zdaje się być sposób sfilmowania owej sceny. Efekt zdynamizowania pojedynku osiągnięto bardzo prostymi, żeby nie rzec, prostackimi, metodami. Otóż nakręcono toto z kilku kamer, pocięto taśmy na półsekundowe kawałki, rzucono nimi o podłogę po czym wybrano 40 sztuk, zlepiono do kupy z grubsza chronologicznie i wmontowano w film. No palce lizać, Blade się chowa a Hollywood klęka z zachwytu i uczy się od naszych mistrzów. O czym to ja, aha - Geralt zachlastał wroga, reszta oddziału chce przeszyć naszego bohatera stadem bełtów. Czy to możliwe, żeby główny bohater zginął w 3 odcinku? Już zwątpiłem, gdy nagle... Gdy nagle..... Gdy nagle z nieba spada deszcz. Oczywiście letni deszczyk nie jest czymś, co może rozproszyć łuczników, zmącić ich wzrok i uratować Geralta, dlatego też z nieba spada deszcz strzał. Pamiętacie Bravehearta? No właśnie - obserwujemy tutaj coś podobnego. I soldateska w ciągu sekundy wali się pokotem na łączkę. Najbardziej skutecznie rażą plastikowe strzały barwy zielonej - te od wyczynowych łuków sportowych. A Geralt stoi na tej łączce z miną dziecka, któremu duży, podwórkowy chuligan zabrał ciastko. Niby miłe to, że ryja nie obił ale ciastko fajne było. A tu z ciastka, znaczy z jatki nici.

I wreszcie sekwencja finałowa - jakaś zielona zdzira wyłazi z jeziora tfu... wróć, z krzaków i deklamuje: pójdź za mną Gwynnbleid. Po czym raźnym krokiem marszowym udaje się do supertajnego serca Brokilonu. A zdurniały do imentu Geralt za nią. A w sercu spotyka Eithne (wypacykowana Dorota Kamińska, o dziwo nie deklamująca), która mu mówi, że też jakoś nie lubi wiedźminów ale zaprosiła go do środka, bo ocalił Morenn. I tak sobie monologuje ta królowa, mówi, że Geralt jest inny, że Morenn go wybrała (co to k... jest, inkryminowany Harlekin?) ale Geralt odbija piłeczkę i mówi, że on jest zmutowany i nie ma uczuć, nie potrafi kochać i dajcie mi wszyscy święty spokój. Eithne na takie dictum stwierdza, że Geralt sam musi dać kosza Morenn, bo ten związek nie rokuje: driada w lesie, mąż w permanentnej delegacji a z racji zawodu, to pewnie kołatka będzie się grzać od licznych wizyt płatnych morderców, łowców głów, agentów wywiadów różnych i wkurzonych czarodziejek. Trwały rozkład pożycia małżeńskiego najdalej po kwartale i nie ma sensu ciągnąć tego toksycznego związku i trzeba to przeciąć. Co Morenn przyjmuje z dużym spokojem, bo sama chyba doszła do podobnych konstatacji. A na pożegnanie mówi jeszcze Geraltowi: jak usłyszy szum drzew to masz mnie sobie przypomnieć, zrozumiano? A teraz idź. I poszedł. A potem rozpalił ogień w miejscu, w którym go palić nie wolno, usiadł i zaczął grzebać w żarze patykiem, myśląc: następnym razem najpierw przeczytam scenariusz a dopiero potem wezmę rolę. Wyciemnienie. No i oczywiście nie możemy zapomnieć o Jaskrze, który podczas listy dialogowej wyśpiewał nam trzecią zwrotkę ballady o zimorodku, co spędził urlop w wychodku. A teraz idę na kielicha, bo na trzeźwo ten film jest nie do przełknięcia.

Teksty odcinka[4]:
'Nie znasz się na tych stworach ale chcą cie pożreć. To pewne' (Geralt)
'Nie bój się, nie jestem człowiekiem' (Geralt)
'A co to jest? Sproszkowany eliksir' (Geralt)
'Geralt, pocałuj mnie. Nie myśl, tylko zrób to szybko' (Morenn)
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 18 gru 2012, 10:02 
Wojownik
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 23 paź 2010, 21:05
Posty: 111
Lokalizacja: ZamośĆ
Odc. 4 - Smok
Toż to szok. Do raportu siadam zdruzgotany, bo odcinek dzisiejszy spotęgował moje zdumienie. Oraz zamęt grubymi nićmi szyty. Po ubiegłotygodniowym Harlekinie spodziewałem się dalszego ciągu gmyrania przy rozporku Geralta, a tu kupa. Znaczy gmyranie było, a jakże z tym, że jednakowoż nie takie, jak myślałem. No ale my tu gadu gadu a tam icq czeka. Robota znaczy. Lecimy tedy z koksem, bo odcinek był rzadkiej urody.

Dzisiejszy odcinek sponsorują literki: k jak kobieta czarowna i czarująca oraz krasnoludy kwadratowe, w jak w balii seks, s jak smok i seks w balii oraz o jak obłędny rycerz.

Od razu słowo dla tych, którzy nie oglądali - żałujcie ludzie, żałujcie bo działo się co niemiara. Odcinek dzisiejszy otwiera scena oczekiwania w niepewności. Miejscowe lobby rzeźnicze wraz z przedstawicielem obieralnej władzy terenowej czai się w dziurze. Lobby jest ubrane w gustowną przepaskę na oko i skórzany fartuch, żeby było widać, że rzeźnicze (pół lobby) oraz w skórzane buty polskich ułanów (drugie pół lobby). Władza ma sprytną narzutkę na ramiona oraz wyrzuty sumienia. Wyrzuty spowodowane są nieodpowiedzialną postawą lobby, które nie bacząc na podpisaną umowę o dzieło, chce złamać jej warunki, ograbić zleceniobiorcę i dać w długą. Powodem jest przekroczenie nieprzekraczalnego terminu co spowodowało obciążenie lobby odsetkami za zwłokę przez innych kontrahentów oraz naliczenie kar umownych za niewywiązanie się z kontraktów. Strzelę kielicha i zaraz wracam, bo się zamotałem.

Powodem, dla którego lobby pragnie się oddalić jest fakt, że Geralt (tak, tak, zgadliście moi kochani - naszym tajemniczym zleceniobiorcą jest nasz bohater ulubiony) stosuje niekonfesjonalne metody rozwiązywania problemów, zapomniał lustra i nie ma go już z godzinkę albo dwie. A jak powszechnie wiadomo duże lustro z kutą ramą jest najlepszą bronią przeciwko bazyliszkom. Trzeba tylko wiedzieć, w które miejsce na łbie bazyliszka trzeba tym lustrem przypieprzyć ile sił w rękach. Z tym, że kmiotkowie żyjący in the middle of nowhere nie znają najnowszych osiągnięć cywilizacyjnych i bladego pojęcia nie mają, że Geralt, zamiast prymitywnej siły, stosuje technikę wzmocnionej inwersji mentalnej[1], bazyliszek już dawno glebę gryzie (metaforycznie, rzecz jasna) a trwa to tyle dlatego, że Geralt podpiwszy sobie dnia poprzedniego tęgo, drogę w podziemiach zmylił, znaki mu się popieprzyły i błąka się w kółko. Ale już widzi światło w tunelu o czym lobby przekona się za chwilę boleśnie. Dochodzi bowiem do drobnych niesnasek przy podziale łupu a konkretnie lobby chce dopieprzyć wójtowi, który ma wyrzuty sumienia, przez co lobby w krytycznym momencie jest przy jukach, miast w domu.

Zupełnie jak na boisku, dochodzi do drobnej przepychanki i już, już ma się polać krew gdy nagle... znienacka... znikąd... tajemniczo... i zupełnie bez efektów specjalnych, zjawia się Enigmatyczny Rycerz 'Kochasiu'. Który jest wielkim czarownikiem na dodatek, bo jego broń chodzi za nim. Co w prosty sposób implikuje fakt występowania w uniwersum wiedźmińskim, tajemniczych istot rodzących żywe miecze, szable, rapiery, szpady i innego typu ostre żelastwo. Spróbowałem sobie wyobrazić zwyczaje godowe, zaloty, grę wstępną, metody rozrodu a wreszcie drogi rodne tej istoty i niemalże zemdlałem. Baniak whisky pozwolił mi jednak dojść do siebie, dzięki czemu nie przegapiłem następnej sceny, w której okazało się, że mój eksperyment myślowy był bez sensu. Nie ma tajemniczej istoty. Nie ma żywej broni. Są za to dwie rosłe dziewoje, omotane żółtawymi tunikami i skórami z chronionego lamparta. I z bronią w ręku. Więc Rycerz 'Kochasiu' wyraził się nieprecyzyjnie. Jego broń nie chodzi za nim. Chodzą za nim dwie szemrane kobiety, które tą broń noszą. O ile łatwiejsze byłyby kontakty międzyludzkie, gdyby każdy wyrażał się mniej metaforycznie a bardziej logicznie. No ale nic to - panie są z Zerrikanii, mają duże szable, tygrysie skóry i permanentny makijaż na twarzy. Szczególnie dokoła oczu. Mają również świetnie rozwinięte te mięśnie na klatce piersiowej, co to wiecie, a także pośladki, o czym później.

Ten właśnie moment wybiera sobie wiedźmin na wychynięcie z lochu znienacka. Taszczy ze sobą jakiś plastikowy fragment postmodernistyczno-symbolistycznej instalacji wystawianej czas jakiś temu w Zamku Ujazdowskim pod wielce znamiennym tytułem 'Nieuchronność przemijania'. Jest to mianowicie bazyliszek ubity bez użycia zwierciadła. Fakt pojawienia się żywego Geralta konfunduje lobby rzeźnicze do tego stopnia, że rzuca się ono do ucieczki. W trakcie tej dobrze zorganizowanej rejterady, pół lobby trafia szyją w szable zerrikańską i to tak nieszczęśliwie, że przecina sobie tętnicę i umiera, czego nie omieszkał skomplementować Geralt. Rycerz 'Kochasiu', który okazuje się być Borchem 'Trzy Kawki Kochasiu I Do Tego Wuzetkę Z Kremem' zaprasza Geralta do karczmy. Geralt pamiętając jak w ubiegłym tygodniu zakończyła się jego wizyta w przybytku masowego skarmiania ludności, oponuje z lekka, ale tylko z lekka, i ruszają wspólnie do oberży Pod Zadbanym Smokiem. W której to oberży obyczajnie wieczerzają, poruszając wielce interesujące tematy. Na ten przykład możemy dowiedzieć się, że Geralt nie rżnie wszystkiego co się rusza (w obu znaczeniach tego sformułowania) a wybredny jest. W poprzednim odcinku nie rżn... hm... tego... wszyscy pamiętamy czego nie, a w tym mówi, że nie rżnie smoków. I że nie na każde zlecenie. I nie przy pełni (to pewnie chodzi o te wąpierze naczelne - antycypacja Emiela Regisa). No ogólnie określa granicę swoich możliwości i broni ludzi. No i ma zasady, że demoluje agresywne stworzenia. W międzyczasie Vea (albo Tea) się szczerzy ale, dalibóg, nie wiem jaki jest powód pokazywania uzębienia.

A potem Geralt stwierdza, że lubi smoki bo zieją ogniem. Co okazuje się całkiem niezłym sposobem na wyrwanie dziewcząt, bo Zerrikanki waleczne zaczynają nagle na wiedźmina lecieć. Borch, wyraźnie zazdrosny, zagaja tekstem rubasznym, że dziołchy są niestrudzone także w boju miłosnym, po czym udaje się do kibla.

A teraz młodzieży czas by zwlec się sprzed monitora, kopnąć się do łazienki i zęby przeszorować bo będzie mało obyczajnie. I wylezie na wierzch moja homofobia i homoparanoja. Otóż następna scena wyjaśnia dlaczego Geralt nie zaatakował międzynoża Renfri. Oraz Morenn. Po nieudanej próbie sekszenia z Adelą (odc. 2), zakończoną opierdolem ze strony nieusatysfakcjonowanej kobiety, Geralt stwierdził widocznie, że własna płeć jest, per saldo, bezpieczniejsza. I że o hydraulikę wszak tutaj tylko chodzi. I przez te kilka lat włóczenia się po gościńcach wszelakich (chyba zapomniałem wspomnieć o tym, że akcja tego odcinka dzieje się po latach kilku), Geralt widocznie przekonał się do mężczyzn, bo zastajemy go śpiącego... w balii... nago... z Borchem. Zwymiotowałem. Wiem już dlaczego Borch ma przydomek 'Kochasiu'. A potem widzimy na ekranie piersi (sztuk 4), bobry (sztuk 2) i ogólnie jest golizna, ruja, poróbstwo, bo zupełnie gołe Zerrikanki wskakują do balii, niszcząc ten intymny, męski moment. Panie Szczerbic - pewnych rzeczy się nie robi. Po skończonych miłosnych zapasach, nasi bohaterowie się ubierają i gdzieś jadą. I jadą. I jadą aż spotykają dziesiętnika Paździocha, który blokuje gościniec. A także Jaskra, którego do tej chwili znaliśmy tylko ze słynnej ballady o zimorodku, a teraz go wreszcie możemy zobaczyć na własne oczy. Pogłoski jakoby mistrz lutni, o przydomku 'Niezrównany', przypominał elfa, są grubo przesadzone.

Onże Jaskier opowiada (nie deklamuje) historię o smoku, którego miejscowi kmotrowie-okrutnicy struli baranem faszerowanym trutką, co upewnia mnie w przekonaniu, że Sapkowski Andrzej jest wstrętnym plagiatorem i zżyna bez dania racji (i płacenia tantiem) skąd tylko może. I na dodatek zmienia zakończenia, bo smok z naszej historii nie zdycha od wody rzecznej a jedynie zapada w letarg i walczy z trucizną. Co oczywiście nie przeszkadza mu w rozszarpywaniu ewentualnych domokrążców, akwizytorów, szpiegów i świadków Melitele z archiwalnymi numerami 'Kasztelu'. No i nagle cała kraina rusza na smoka. Bo smok ma skarb. I cała kraina chce tego smoka wykończyć. Niezbyt, co prawda, ludną zdaje się być kraina, z której zebrać dało się 20 chętnych na smoczy skarb ale znamy problem skromnych budżetów i się nie czepiamy. Jest król Niedamir ze świtą, są Rębacze, krasnoludy z Yarpenem Zigrinem, obłędny rycerz Eyck z Denesle bez skazy i zmazy nocnej, który siecze monstra za darmo, jest ciżmopsuj Kozojed. Aha, i wszyscy czekają na czarodzieja, który przyjedzie. I nie o Dorregaraya tutaj chodzi, drodzy czytelnicy. Jaskier zaczyna wrabiać wiedźmina w wykończenie smoka, Borch w ochronienie smoka a Geralt się wyluzowuje i widzi Yennefer.

Nikt nie wie (kto nie czytał) kto to Yennefer, skąd ją Geralt zna i co ich łączy ale nasz Scenarzysta i na to znalazł sposób. Metoda ta, przed którą muszę klęknąć (podobnie jak klękałem przed metodami ukazania rzezi gastarbaiterów z odc. 1 oraz pojedynku z Levecquem w odc. 3), jest metodą nowatorską i wartą upowszechnienia. Otóż w pierwszej scenie, Geralt leży w mocno zadymionym pomieszczeniu, klatę masywną spowija mu brudna ściera, na czole pot, zarost nie konweniujący barwowo z zaczeską, zaś Yennefer poi go czymś. Po czym deklamuje: mów do mnie Yennefer, jestem czarodziejką. Wszystko to ma miejsce w jednej z sal zamku w Skórczu. Albo w Kórniku - pamiętam tylko, że chodziło w nazwie o wyjątek od ortograficznej reguły. W następnej scenie Yennefer ściąga Geraltowi odważnik z szyi, rozpuszcza sobie włosy... młodzi - czytacie to jeszcze? To może idźcie nastawić wodę na kawę, bo kawałek filmu jeszcze przed nami a nie chcę, żebyście się przy lekturze pospali, nie? Na czym to, nomen omen, stanęliśmy? A, już wiem. Następnie znowu widzimy piersi damskie szt. 2, grę wstępną na brzuchu Geralta oraz rzut kobietą o łoże, z równoczesnym przejściem do oralnych... prawda, tego... Wyszło mi na to, że Geralt puknął Yennefer w podziękowaniu za opatrzenie ran a cała historia łowów na suma i afery z dzbankiem z dżinnem to łeż i sielna bajęda. No nieważne, zakochani są chyba w sobie trochę, wszystko na to wskazuje.

Wróćmy do przeprawy blokowanej przez wojsko (szt. 4 plus kierownik) - negocjacje z dziesiętnikiem Paździochem przechodzą płynnie z fazy 'po dobroci' do fazy 'jestem wiedźmakiem sukinsynu i lepiej mnie przepuść', co owocuje rozkazem 'Zaporę precz' i nasi bohaterowie, pokonawszy kolejną przeszkodę, ruszają dalej, ku Górze, pod którą siedzi na skarbie smok Smaug. Wróć, znowu mi się historie popieprzyły od nadmiaru alkoholu. Na skarbie siedzi smok bez imienia.

Po drodze spotykają całe mnóstwo fajnych osobników. Mianowicie tych, których wymienił wcześniej Jaskier. Rębacze są duzi i przeklinają, krasnoludy to plugawe i bezbożne karzełki - kompanija zacna i przez moment poczułem dalekie echa prozy ASa[2]. Chłopaki siedzą przy ogniu, gawędzą wesoło, dzielą skórę na smoku, który jeszcze pod górą siedzi, Jaskier brzdąka na lutni, wszyscy sączą gorzałkę ze skorpionów pędzoną i jest tak, że gdyby cały serial zrobiono w ten sposób, to tych recenzji by nie było.

W następnej scenie, bardziej romantycznej, bo na brzegu jeziora i przy świetle księżyca, scenarzysta rzuca nieco więcej światła (metaforycznie rzecz jasna, bo to przecież noc ciemna i głęboka) na stosunki między Geraltem a Yennefer. 'Nie Geralt, nie byliśmy dla siebie stworzeni. Ja nie mogłam w to brnąć, wiązać się z kimś, kto wychodzi nocą i nie wiadomo czy wróci z jakiegoś lochu'. Tylko skąd niby otumaniony do imentu widz ma wiedzieć o co chodzi? Chwila czaszkowania... aha, to oni kiedyś razem mieszkali. Fajnie. I Yennefer chce być matką. Jeszcze fajniej. Ale oglądając ten odcinek nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że telewizja emituje je nie po kolei albo, że przynajmniej jeden gdzieś się zawieruszył. Nic to, bywa. Dobrze, że wcześniej czytałem opowiadania.

A potem zemdliło króla. Nie, nie zeżarł świstaka, czyli szczura ani innego złego żarcia. On jest dusza wzniosła i delikatna i mdli go od gadania innych o nowych teoriach druidzkich i o zachowaniu gatunków. Wyjaśnia też powody, dla których ruszył na smoka. Otóż chce się skubany bogato ochajtać ale próchna bogdanki stają okoniem, przytaczają starożytnymi runami ryte przepowiednie i cytują stare kodeksy, kornik je trącał, w których stoi, że przyszły pan młody musi smoka położyć. No i Niedamir idzie kłaść chociaż na myśl o zabobonach nerw mu skacze okrutnie. A że durny nie jest, to z tego właśnie powodu wlecze ze sobą całą grupę przydupasów, cynglów i kling do wynajęcia.

Następnie Borch rzuca pieniążek ale tak sprytnie, że pół karawany szlag trafia a Yennefer wisi na krawędzi, zaraz obok Sylwestra Stallone. Szczęściem Geralt, with a little help of Eyck, wyciąga ją na górę po czym zastrasza Boholta, zręcznym ruchem nadgarstka goli Yarpena i idzie się napić. A potem Eyck deklamuje. I to tak fajnie, że mało się nie pofajdałem ze śmiechu. Boholt obraża króla, Geralt dziękuje Eyckowi, atmosfera robi się gęsta, suspens, wszyscy czekają na podroby... I ten moment wybiera sobie Komputerowo Zanimowany Smok na swoje uroczyste entree. No szlag by go trafił - wyczucie ma jak bojownik Hezbollachu sikający na Ścianę Płaczu. I przy okazji jest złoty, piękny i mówi przez metalowy megafon. Jaskier to się do tego stopnia zauroczył, że zaczyna siać ferment, smok lata, Boholt cytuje Shreka (on gada!?!), Eyck deklamuje: cny smoku, gnębicielu, za mną prawość, za mną wiara, za mną łzy dziewic, któreś bestio od dziewictwa uwolnił i jest ogólnie zabawnie, głównie na udeptanej ziemii. Nie jestem znawcą broni białej, teoretykiem typów pancerzy i badaczem taktyki szarży konnej ale jak Eyck rusza na smoka, to zacząłem się śmiać. Smoki zieją ogniem, nie? No to żeby ruszyć na smoka, warto by było się jakoś opancerzyć. A Eyck co? Ano gówno. Konia okrywa derką wzorzystą, żadnych płyt pancernych nie stosując. Sam ubiera się w połowę zbroi, bo ja wiem, załóżmy że płytowej (no na żaden półpancerz mi to nie wygląda), dołem pozostawszy jeno w brązowych spodniach dresowych. Na głowę szłom pełny (no dobrze, że chociaż gładkie lico sobie dokładnie osłonił), tarczę zostawia w namiocie (nie pomoże w przypadku walnięcia smoczym ogonem ale od ognia siarkowego ochronić może, nie?), bierze krótką tyczkę do groszku zielonego i dawaj w kurcgalop. No szarża taka, że ziemia drży. Smok pokazuje mu język, staje na zadnich łapach, płoszy konia, wali woja ogonem w pysk i 'mężnego Eycka z Denesle można zabrać z pola, jest niezdolny do dalszej walki. O, kurwa - powiedział Yarpen'. Szczera prawda. 'Ten smok jest niewiarygodnie szybki, za szybki żeby mógł z nim walczyć człowiek' mówi Yennefer. I kusząc Geralta obietnicą powrotu do dawnego układu (ja gotuję, piorę, sprzątam, opatruję i pocieszam po walce a ty rżniesz potwory i, ostatecznie, czasami Triss Merigold) prosi go o ubicie niewiarygodnie szybkiego smoka. Tylko kurde ja tam nie widziałem żadnego szybkiego smoka, chyba mi z tej szybkości z kadru uciekł. Bo ten złocony Komputerowo Zanimowany Smok ruszał się tak, jak ja, gdy w akademiku pełzałem z imprezy do pokoju. A Geralt aż się zjeżył, że ktoś go chce kupić. Po czym idzie się odkuć na królu i taką mu mowę wstawia, że ten zawija się na pięcie (właściwie końskim kopycie) i w mocno przerzedzonym składzie wraca na hacjendę poobracać miejscowe seniority, łyknąć nieco tej zamorskiej nalewki na roślinie z kolcami i ukoić skołatane nerwy. I taki jest koniec królewskiej roszady.

Na placu boju zostają sami twardziele, yo. Twardziele przeganiają Kozojeda, dratwa jego mać, yo. Spali nas, yo ale chędożył to pies, yo. I poszli z pikami (drewnianymi) na łuski żelazne, yo man. A Geralt coś wie. Ale nie powie, bo zna historię o Sfinksie, co to mało gadał i jako, że bardzo mu się spodobała, mało gada. A w tym czasie twardziele, yo, zaczynają od tego stresu ganiać za pasikonikami. No, tak to wygląda - duzi faceci biegają po trawie i coś depczą. Potem zdawało mi się, że zlokalizowali Bugsa w drodze do Albuquerque, bo coś szurało w trawie i ziemia się jakby podnosiła. Ale to nie był Królik. To było małe dziecko. Faktem jest, że ludziom w tamtej okolicy nie żyło się dostatnio, antykoncepcja stała na fatalnym poziomie w związku z czym przypadki porzucania małych dzieci na łące miały miejsce, o czym przekonują nas statystyki udostępnione nam przez miejscowe biuro wójta. Zdarzało się również, że podczas żniw, kmiecie prosto zapominali zabrać jedno czy dwójkę dzieci z pola. Znając te fakty, nie byłem zdziwiony, że w trawie pacholę się poniewiera do momentu, gdy zobaczyłem to dziecko. Ono było mocno niezdrowe. Cera jakaś taka ziemista, oczy wyłupiaste - coś jakby po Graves-Basedowie. A potem stwierdziłem, że oglądanie filmu z przeciwległego kąta pokoju, bez okularów, pozwala zachować zdrowie psychiczne ale odbija się znacząco na percepcji dzieła. Bo to nie dziecko było. To tylko Yennefer tak krzyczała (już wspominałem wcześniej o konstruowaniu logicznych wypowiedzi w kontekście chodzącej broni - tutaj mamy podobny passus) ale nie chodziło jej o małe dziecko ludzkie a o małe dziecko smocze. No i złapała je w podołek, zaczęła tulić i głaskać, co nie spodobało się Rębaczom i Yarpenowym chłopakom. Był to ostatni błąd w ich życiu, które zresztą nie trwało po tym zajściu nawet na tyle długo, żeby mogli sobie to uzmysłowić. Geralt standardowo zawirował w niewidocznym dla oka piruecie, ciął jednego, drugiego, trzeciego, czwartego... obudziłem się, dalej ciął - ciekawym kiedy zacznie pchać w końcu tym mieczem, bo na razie to tylko pcha co innego w co inne. Smok wybuchł, z wybuchu wyjechał Borch 'Kochasiu' i dwie szable. No i tego było za dużo dla Yarpena i reszty załogi. Dali w długą regularnie i bez szemrania.

A potem Geralt próbował zrozumieć symbolizm sceny: no popacz pani ile się stało, zostaliśmy we dwoje, dziecko smoka i poeta - to pewnie coś znaczy ale nie wiem co. Jaskier ukrył twarz w dłoniach. Następnie zobaczyliśmy słońce nad chmurami - ładny landszafcik. A na końcu znowu mamy motyw ogniska - wszyscy siedzą, gapią się w płomienie i zastanawiają się: czy przeczytanie scenariusza przed wzięciem roli było faktycznie ponad moje siły? I jeszcze Borch bawi się w złotą rybkę i chce spełnić życzenie Geralta. Normalny facet zażyczyłby sobie niekłopotliwej kobiety, grubego konta w banku Vivaldiego, miłej chatki w dalekim księstwie i świętego spokoju. No ale Geralt jest nietuzinkowy i wymyśla życzenie awykonalne. A że bawią się przy okazji w czytanie w myślach, to widz zostaje zdurniały, bo nijak nie wymyśli czego to sobie zażyczył nasz wiedźmin? Czyżby rozumnych rządów nad Wisłą? Sam nie wiem[3]. A potem znowu gdzieś odjeżdżają. Wyciemnienie. No i oczywiście nie możemy zapomnieć o Jaskrze, który podczas listy dialogowej wyśpiewał nam.... ha, ha, ha - nabrałem was. Dzisiaj Jaskier nie śpiewał czwartej zwrotki ballady o zimorodku, co się nieźle urządził w wychodku. Dzisiaj było o księżniczce Vandzie, co się utopiła w Duppie bo nikt jej nie chciał. Dobranoc, dzisiaj bez kielicha, bo jutro do pracy.

Teksty odcinka:
To jest taka teoria ruchu, wymuszonych zleceń i walki. Ot, i cała tajemnica. (Geralt)
Bo muszą - smok to nie mysz. Dużo je. (Geralt)
Ja jestem jak okruch lodu - nie ugasisz nim pragnienia ale oparzyć się możesz. (Yennefer)
Meo huana bunke de ni (Vea. Albo Tea)
Ten smok prosi o pokój, on coś bardzo ważnego nam przekazuje (Geralt)
To pewnie coś znaczy ale nie wiem co. (Geralt)

Odc. 5 - Okruch lodu
Kochani moi czytacze, raport po tym odcinku wyprodukowany został nieco później niż zwykle ale dopiero pożar w kuchni wyrwał mnie ze stuporu, w jaki popadłem po obejrzeniu kolejnego kawałka Świetnego Kina Młodzieżowego. Tak więc do raportu pokontrolnego siadam przybity, bo jak zapewne zdążyliście się już zorientować, odcinek dzisiejszy spotęgował jeszcze bardziej, moje, i tak już duże, zdumienie. Oraz zamęt grubymi nićmi szyty. Działo się tak wiele rzeczy, że nie wiem od czego zacząć. Aha, już wiem. Zacznę od początku. Dobra, ja tu icq a tam gadu gadu czeka (widzicie, nawet mi się tak proste konstrukcje mieszają). I zanim się całkiem zamotam, to... Lecimy z tym koksem, bo odcinek był rzadkiej urody.

Dzisiejszy odcinek sponsorują literki: w jak wszyscy wkurwieni, wielkich liter mnóstwo, wpadnij na mnie, wzrokiem zastraszanie i wozacy (przez których całe zło), e jak elfy (przez które całe zło), g jak gówniany zapach, s jak smród gówna i skatologia oraz p jak pogrom, pyskówki i permanentny period. Oraz h jak harlekin, bo wracamy do nurtu rzewnych bajęd o miłości, wszechświecie i całej reszcie.

Najpierw cny rycerz Gerant brodzi po rzece Ankh-Morpork. Tfu... cojogodom, cojogodom. On nie brodzi po rzece Ankh-Morpork ale po czymś, co mi się z ową rzeką skojarzyło. Bo jest gęste tak, że można kroić to nożem, śmierdzi tak, że czułem to siedząc przed telewizorem i lęgnie się w tym czymś Wielki i Przerażający Pomiot Chaosu, Cthulhu i Elfów. Bo dzisiaj będzie sporo o elfich sukinsynach. Ale nie uprzedzajmy faktów, nie wybiegajmy śmiałą myślą zbyt daleko w przód i wróćmy do Pomiotu. Przerażającego. Pomiot składa się z macek wyskakujących spod wody znienacka. Składa się też z paszczy uzbrojonej w ząb. I jest jakoś wyraźnie wkurzony faktem, że wpada mu na kwadrat siwy oprych z kosą i młóci tąże w wodę. Następuje więc peryskop w górę, peryskop w dół i atak zza winkla. Geraltowi nie przeszkadza ten atak i dalej młóci wodę mieczem, przez co nie mogłem oprzeć się skojarzeniom dotyczącym pewnego przedwojennego króla, który kazał wychłostać morze za karę. Ale niech was, prostaczków nieuczonych w mrocznych i tajemnych arkanach zakazanej, wiedźmińskiej wiedzy to młócenie nie zmyli. Wiedźmin nasz dzielny młóci tą wodę w odpowiednich kadencjach, w ultraprecyzyjnie dobranym tempie (lekko synkopowanym) i z taką częstotliwością, że grzbiety rozchodzących się w tej, nazwijmy to, wodzie, poprzednich fal dźwiękowych nakładają się na doliny następnych (albo na odwrót) co powoduje rezonans. Który to rezonans powoduje w mózgu potwora skrzep. Który to skrzep przeorywuje arterie (czy Pomiot ma arterie zapytacie, nie wiem odpowiem) Pomiotu. Które to arterie pękają (cholera, za dużo 'które' ale nie chce mi się poprawiać). I potwór umiera[1]. Uczeni z Uniwersytetu Oxenfurckiego, badający fenomen wiedźmiński, podają inne wytłumaczenie (potwora szlag trafia od migreny, spowodowanej permanentym zakłócaniem spokoju przez typów młócących wodę mieczami) ale teza ta, jakże odważna, nie znalazła jeszcze potwierdzenia w badaniach empirycznych[2]. Dość jałowych rozważań - grunt, że Geralt Pomiot ubił i mniejsza o modus operandi. Pomiot był fantastycznie wykonany, sekwencja walki również była naznaczona tym charakterystycznym sznytem oszczędności. I już wiedziałem, że będzie dobrze. Ale nic nie przygotowało mnie na ciąg dalszy[7].

Geralt wraca na chawirę a tam Yennefer wstawia mu typowe powitanie kochającej kobiety: ale śmierdzisz, nie podchodź, idź się umyj w sionce. Geralt cedzi pod nosem 'a czym mam śmierdzieć? Szachami' i idzie się myć do balii podczas której to sceny, zostaje w końcu nagrodzona damska część publiczności. Otóż Geralt pokazuje pośladki. A Pomiot okazuje się być zeuglem i nie było z nim kłopotów - w opowiadaniu Yen dokładnie bada Geralta, czy go aby zeugl nie drasnął (trupi jad i te rzeczy) a w filmie go opieprza, że się po nocy włóczy po jakichś śmierdzących miejscach, potem robi mu reiki, otwiera czakramy i zaczynają się bzykać. Niekoniecznie zgodnie z duchem słowa pisanego ale na pewno lepsze w kontekście prawdy o życiu w związku - bravissimo, Panie Scenarzysto. Dowiadujemy się też, że nie tylko oxenfurccy uczeni prowadzą badania nad Pomiotami. Robi to również czarodziej Istredd. Któren to czarodziej, po 20 latach wytężonych badań, doszedł do wniosków, które wiedźmini znają od dawna. Czas by się odpowiednie służby kontrolne przyjrzały dokładniej sposobowi, w jaki wydatkowane są rządowe granty na rozwój nauki i magii. A wracając do bzykania, to bardzo jest to śmieszne jak najpierw dowiadujemy się, że Geralta za chwilę zwalą z nóg łyknięte przede bitwą eliksiry (może je już łykać bez receptora) by po chwili widzieć go wygłaszającego filozoficzne teksty i pukającego czarodziejkę - tak młodzieży, dzisiaj nie będę was ganiał do kuchni, tylko wywalę całą prawdę bez ogódek. Znaczy, żeby nikt się specjalnie nie napalał - mamy tylko zawiązanie akcji i przejście do fazy gier wstępnych. Zero penetracji (tej szukajcie w wypożyczalni, na półce oznaczonej XXX albo w niemieckich kanałach telewizyjnych, po północy) ale żeby nie pozostawić widza w uczuciu niedosytu i bez satysfakcji, widzimy przez moment pierś (niestety, tylko prawą) czarodziejki. Tak więc z radosnej pochędóżki nici ale akcja tak galopuje do przodu, że nie mamy czasu nawet poczuć się zawiedzeni. Aha, Geralt śmierdzi.

W następnych scenach ma miejsce gwałt, przemoc a także występuje plugawy język. Żeby nie było, że nie ostrzegałem. Geralt mianowicie, odzyskawszy siły dość szybko, zachodzi do karczmy. Gdzie chce sobie spokojnie skompromitować krzepiący i elegancki posiłek. Dostaje chleb i twaróg. Zgadliście, niski budżet. No więc, jak wspomniałem, chce sobie chłopak na spokojnie zjeść a tu napadają go werbalnie miejscowi dresiarze. Tyle tylko, że chłopaki nie są byle jakimi dresiarzami a dresiarzami z ambicjami. Konkretnie mają ambicje być aktorami, bo w ich wymowie słychać wyraźnie, że uczęszczają na zajęcia miejscowego kółka teatralnego. I zamiast swojskiego: 'po ki chuj żeś tu przylazł, siwy złamasie chędożony ty, kurwa mać', słyszymy deklamowane z afektacją tak plugawe wyzwiska, jak tępiciel karaluchów i cudak. Geralta też wkurwia tak niepoważne traktowanie, bo wstaje od stołu, wali szefa banditierki w gardło, łuca nim o podłogę i zastrasza pozostałych trzech mieczem oraz wzrokiem. Dementuje też plotki, jakoby był elfem i wozakiem. Po czym idzie do łaźni, bo faktycznie - zalatuje niemożebnie.

Nie zdajecie sobie nawet sprawy, jak bardzo Geralt śmierdzi. Śmierdzi infernalnie wręcz, bo jak wchodzi do łaźni to wszyscy wychodzą. Geralt siada w kadzi i napadają go demony. Takie z głowy. A powodem tego jest Widzenie. Najpierw widzi Falwicka, który, jak zapewne pamiętacie, wyrżnął w pierwszym odcinku gastarbaiterów nilfgaardzkich i zrabował im spyżę, po czym został wygoniony i od tamtej pory knuje (brawurową akcję wbijania klina w driady też chyba kojarzycie?). Tym razem knucie ma miejsce w łaźni - karczma spalona, bo zabili oberżystę a potencjalni następcy zażyczyli takiej kasy, za pracę w szkodliwych warunkach, że proszę siadać. No i zamtuz tam zrobili a w tym akurat przybytku ciężko się skoncentrować na tyle, żeby knuć skutecznie. I jak już zaczynamy się cieszyć, że będzie Spisek, to dostajemy cięcie. Nie, spokojnie - wyjątkowo nikt nie ginie. Mamy cięcie montażowe i przebitkę na targ, na którym Źli Chłopcy wywracają stragan z jabłkami, przy milczącej aprobacie miejscowego szeryfa w samurajskim kapeluszu z blachy (jest to element spisku, mającego doprowadzić do pogromu elfów, bo stragan jest elfi). Z tym, że jednakowoż wszystkich oczekujących Ivo 'Jestem mistrzem miecza, wyciągaj żelazo z jaszczura' Mirce aka Cykady muszę zawieść. Dostajemy bowiem jakiegoś fajansiarza - Dermot Maranga go nazwali na chrzcie i wikary musiał być tęgo pijany, że się na to zgodził. Urzędnik stanu cywilnego też pokpił sprawę, bo nie można dawać dzieciom imion ośmieszających lub poniżających. Mały Dermocik Maranga miał pecha bo takie personalia zdeterminowały jego los definitywnie. Został Złym i Podłym Cynglem Tego, Kto Zapłaci Najwięcej. A przy okazji zahaczył o Kaer Morhern (cholera, jak tak dalej pójdzie, to się okaże, że Geralt był jedynym sprawiedliwym w Sodomie) i imputuje Geraltowi powinowactwo duchowe. Łomot wisi w powietrzu ale nic z tego, bo Geralt ma deal ze starostą i nie ma czasu na rozrywki. Poza tym coś mu zaczyna śmierdzieć - to chyba jego ubranie.

Słowo o staroście - dlaczego ten gość jest ubrany jak urzędnik w starożytnej Persji? Nie wiem. Ale skubany jest śmieszny i najeżdża na elfy. Bo wszystko co złe, to wina elfów. I wozaków rzecz jasna. Wypłaca Geraltowi kasę i spławia go szybko (bo chyba w dalszym ciągu za Geraltem ciągnie się smród). Na odchodne Geralt straszy Dermota (gdzie się na demony podział Cykada?), zapowiada mu zgon rychły (ej, Cykada, pokaż się) znakiem czego czekają nas jeszcze dzisiaj niezłe emocje (cholera, Cykada już tutaj nie mieszka). A potem Geralt spotyka Jaskra - jak oni to skubani robią, że wpadają na siebie akurat, jak ekipa filmowa jest pod ręką. Coś chyba majaczę. No nic to. Jacyś opryszkowie (dresiarskie miasto, mówię wam) gonią Jaskra, Geralt znowu straszy miną (poza tym w dalszym ciągu śmierdzi) i Jaskier uratowany. Geralt holuje go do swojego miłosnego gniazdka i zamiast zacząć rozmowy, typu: ty, ale się wczoraj nawaliłem albo stary, jaką półelfkę niedzielę temu puknąłem, nawijają o pogromach. No kosmos. A w momencie, jak Jaskier mówi, że najlepiej wyjechać, wchodzi Yen i zaczyna się dym na maksa. Najpierw opieprza obu facetów, potem wygania Geralta po maść na skrofuły (chociaż podobno najskuteczniejszy jest odwar z miodunki i miękka poduszeczka na siodło) a następnie zabiera się za Jaskra. Wciągasz go w awantury, rozprowadzasz po knajpach i zamtuzach, sprośności go uczysz - kij ci w dupę z taką przyjaźnią. Ale Jaskier nie młot przecież i tak odwija: a ty co? lepsza? robisz z niego psychicznego a on przecież ma mózg i nie jest mutantem. Tu się Yen lekko wkurwiła i odpysknęła: a ty go po burdelach ciągasz. Na co poeta odpalił: nie traktuj go jak mutanta, bo nim nie jest. A czarodziejka, mu z prawego manusa i taki farmazon wstawia: wcale tak nie powiedziałam a ty go ciągasz po burdelach. Na scenę wkroczyła Broń Przedostatecznej Zagłady: ale pomyślałaś o nim, jak o mutancie. Yen zjeżona na maksa, naskakuje na Jaskra i tak zagaja: idź do burdelu, gdzie ciągasz Geralta i tam się pochwal swoją uczciwością (tego nie skumałem, bo w zamtuzie chwali się raczej zasobną sakiewką). No i w tym momencie Jaskier też z nerw wyszedł i zapodał sztych słowny, który wykonał z Yen ziemię do kwiatów: mnie, kumpla, na ulicę? Dobra, idę. Ale ci powiem, że te dziwki są przy tobie uczciwe. I wychodzi. A Yen płacze. I wychodzi mi, że w tym odcinku wszyscy mają permanentny period - Pomiot się miota, dresiarze molestują, Geralt leje po pysku, Jaskier pyskuje, Yen opieprza wszystkich dokoła, Dermot prowokuje - złe emocje (oraz smród pozostały po Geralcie) wiszą w powietrzu i coś się musi stać.

I faktycznie - dzieje się. Trzech złych ludzi robi pogrom dwóm ludziom. A właściwie to elfom. Biją ich strasznie kijami od szczotek w bramie Zamku Królewskiego w Warszawie. I tak fakt ten przeraża inne elfy, że chronią się w zamtuzie gdzie zawiązują Elfi Ruch Oporu. Duchowa przywódczyni ruchu deklamuje uroczo swoje żale co do Marangi i jego wiedźmińskiej proweniencji (dziewczyna, co wiem z dobrze poinformowanych źródeł, chce zostać aktorką w Wyzimie), Geralt ujawnia Doniosłą i Ważną Informację Wywiadowczą (ludzieeee... pomocy, Falwick jest we wiosce, wojna będzie) i cały spisek obnażony - Herbolth kombinuje tak: albo elfy (przez których całe zło, przypomnijmy sobie komanda Wiewiórek) mnie poprą i zostanę kierownikiem na drugą kadencję albo zrobie im z dupy jesień średniowiecza przy pomocy cyngla Dermota. Nie damy się sprowokować - deklamuje szefowa ERO i każe wyjechać Jaskrowi z miasta. Geralt odwozi go kawałek za miasto i zamiast pogadać o dupach, ględzą jakieś pierdy na tematy egzystencjalno-filozoficzne i poeta tak pozytywnie naładowuje wiedźmina, że ten, wspomniawszy piękny męski moment z Borchem 'Kochasiu' w balii, przytula się do Jaskra. Co przepłasza poetę skutecznie - jak to się mówi, pędzi przed siebie co koń wyskoczy nie przejmując się chłoszczącymi twarz gałęziami. To, że Geralt w dalszym ciągu zalatuje kopą, ma również znaczenie.

A potem mamy kawałek gołej baby w lodzie, z tym, że znowu widać tylko jedną pierś (prawą). Bo Geralt nawiedza Istredda i wyjaśniają sobie pewne kwestie damsko-męskie. I afera: Yen chce się chajtać z Istreddem, Geralt ma wyjechać z miasta, bo jest tylko przelotną miłostką czarodziejki i znowu mu imputują brak emocji i mutantowość. No co za nieuki - nie kojarzą, że Geralt przeszedł nowe, lepsze szkolenie i wcale nie jest aseksualną maszyną do zabijania bez emocji. Przez następne kilka minut Istredd opierdala Geralta tak, że wiedźmin wygląda jakby miał się rozpłakać (a może te oczy mu łzawią od smrodu?). Podnoszona jest też kwestia zaawansowanych badań nad bezpłodnością (Yen ma jobla na tym punkcie, znaczy się chce mieć dziecko) i tutaj Istredd ma wyraźną przewagę nad Geraltem. Który ponownie straszy miną i między wierszami sugeruje rozwiązanie problemu przy pomocy żelaza. No wiecie, w samo południe przy fontannie i twoja krew zrosi umęczoną ziemię. Bardzo fajny kawałek filmu, bo aktorzy przestali deklamować i zaczęli grać. Ale szybko się kończy, cięcie, wyciemnienie i przebitka na miłosne gniazdko, w którym odbywa się Bardzo Ważna Rozmowa. Dowiadujemy się, że Yennefer nie umie się zatracić i nie porywa jej szał zmysłów, Geralt sam siebie poniewiera w pyle podłogi, tłumaczy, że jest mutantem i nie potrafi kochać, po czym żegna czarodziejkę i idzie w przysłowiowe kibinimatry. Jatka Władka Ignacego dziadka. Za rogiem wpada znowu na Istredda i zaczyna się ponownie spowiadać a czarodziejowi jest przykro. I jeszcze Geralt mówi, że wykosi potwora w ludzkiej skórze, znaczy będzie masakra. I znowu jest fajny kawałek, bo nie deklamują a na koniec przybijają piątki i rozchodzą się w pokoju ale scena trwa krótko, bo Geralt chyba w dalszym ciągu śmierdzi.

W karczmie z kolei Geralt wpada na starostę Herboltha (jak już pewnie zauważyliście, w tym odcinku protagoniści cięgiem wpadają na dziwnych typów). Kierownik grodu każe Geraltowi spieprzać ale tak dyplomatycznie i na spoko. Potem Geralt drażni się z Dermotem, następnie starosta obraża Yen i wiedźmin powtarza stary, dobry numer Bishopa z Obcego. Wiecie, ten z nożem. Smród straszny rozchodzi się po karczmie bo Herbolth popuszcza w nowiuśkie pantalony. Co nie przeszkadza mu opieprzyć na odchodne Geralta i zarzucić mu nieuczciwości. 'Dajcie wy mi wszyscy święty spokój - kobieta mnie nie chce, czarodziej się ze mną pogodził, nikogo jeszcze nie zarżnąłem w tym odcinku, wkurwiony jestem na masę, jakiś smród się za mną ciągnie i jutro wyjeżdżam w Bieszczady' - mówi Geralt. Po czym umawia się na masakrę z Marangą. Jutro. W południe. Na placu. Ty. Ja. Dwa nagie miecze. I ta tajemnicza, dziwna woń.

Budzi się nowy dzień, Geralt zdąża do bram grodu (chyba już się rozmyślił i nie chce ubić Dermota) gdy nagle... tak, zgadliście. Wpada na Istredda. Który to Istredd też się rozmyślił po przeczytaniu listu pożegnalnego od Yen. I chce się jednak bić na koziki. Geralt, otumaniony do imentu, zastanawia się czyby nie rzucić się na własny miecz gdy nagle... gdy nagle...... gdy nagle......... dobra, nie będę was trzymał w niepewności. Wpada na nich Maranga z przydupasami, którzy nie wiedzieć czemu mają hełmy opuszczone na oczy. Pewnie się nasłuchali o wiedźmakach zapodających uroki. Albo nie chcą, żeby im oczy od smrodu bijącego od wiedźmina, zaszły łzami. No nieważne. Maranga zapodaje ściemę, że ma rozkaz zawrzeć wiedźmina w miejscowej ciemnicy, wydaje komendę 'do ataku' i wreszcie Geralt znajduje się w swoim żywiole. Nie każą mu gadać o mutacjach, bezpłodności, miłości, uczciwości, wierności i zdradzie. Nie każą mu łamać sobie głowy czy ma zabić czarodzieja czy może tylko okaleczyć. W końcu może kogoś zupełnie bez zobowiązań i bez powodu, zmasakrować. Co czyni z wielką ochotą. Siek i dwóch nadgorliwców pada z przeciętymi gardłami a krew malowniczo sika im spomiędzy palców. 'Wyszyć go z łuków po nogach' pada następna komenda ale wtrąca się czarodziej, robi czary i łucznicy zastygają na podobieństwo solnych figurek w Wieliczce. Wkurwiony nie na żarty Maranga zsiada z konia, przyjmuje pozycję ale Geralt, cham chędożony bez krzty ogłady towarzyskiej, nie czeka aż przeciwnik się przygotuje w pełni do walki, tylko wytrąca Dermotowi miecz z ręki. Tak jednym machnięciem. Wystawcież sobie konfuzję Marangi w momencie, gdy uświadomił sobie, że stoi bez broni przed wkurzonym wiedźmakiem i nie ma zasłon przeciwurocznych na oczy. W powietrzu rozchodzi się zapach strachu. A mówiąc mniej poetycko, Maranga popuszcza w pantalony. Pierwsza sekwencja, w której nie tylko wiedźmin śmierdzi. O przepraszam, druga. Herbolth też się posrał. No nieważne - Geralt nie usatysfakcjonowany poziomem umiejętności szermierczych oponenta, pozwala podnieść mu miecz. Pamiętacie posiłki z Japonii w drugiej części. Ten Gall Anonim, z którym walczył na koniec Geralt? Musiał być receptorem Marangi, bo po podniesieniu miecza, ten ostatni obiera fatalną taktykę. Zaczyna biec na Geralta z groźną miną i z uniesionym majchrem. Oraz z krzykiem na ustach i ze spodniami, plączącymi się okrutnie - no mówię, wykapany Gall Anonim. Nawet kaski mieli podobne. Przeprowadza jednak ten atak tak profesjonalnie, że nie udaje mu się nawet skrzyżować miecza z żelazem Geralta. Bo wiedźmin nie bawiąc się w żadne zmyłki, finty, uniki, piruety i półpiruety, ciacha Marangę w gardło. Krew sika dokoła (na twarz wiedźmina i na murek konkretnie), tłum szaleje, damy mdleją ja w stuporze. Dermot zdziwiony patrzy na Geralta, obejmuje go (następny kochaś, cholera), osuwa się w dół, z wyraźnym zamiarem zrobienia wiedźminowi laski ale na szczęście grawitacja wygrywa, ściąga go na ziemię a nam zostaje oszczędzona powtórka męskich zabaw sprzed tygodnia. Otarłem perlący mi się na czole pot i patrzyłem dalej. Geralt też patrzył. Z melancholią. 'Eeee... do dupy, tylko trzy trupy dzisiaj'. Po czym wsiadł na konia i pojechał w te chędożone Bieszczady[8]. Na sam koniec, Jaskier zaśpiewał nam czwartą zwrotkę tradycyjnej, zangwebarskiej pieśni (mel. tradycyjna) o winterrodku co pracował po nocach w youchodku, co znakomicie konweniowało z zawartością dzisiejszego odcinka.

Słowo komentarza: co za gówno.

Teksty odcinka:
Proszę, więc i dla wiedźmina znajdzie się praca w mieście (Yennefer do Geralta)
Odejdź stąd gówniarzu, odejdź szybko, bez słowa (Geralt do gówniarza)
Posłuchaj śmieciu, zaraz wbije cię w gówno (wkurwiony Geralt do śmiecia)
Ja jak zwykle coś zatłukę a Yen pracuje nad czymś z miejscowym czarodziejem (Geralt do Jaskra)
Przepraszam, przepraszam (bez intonacji, niestety, nie brzmi - Geralt do Marangi)
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 21 gru 2012, 22:01 
Wojownik
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 23 paź 2010, 21:05
Posty: 111
Lokalizacja: ZamośĆ
Odc. 6 - Calanthe
Chłonący moją grafomanię, masochiści moi ulubieni. Raport pokontrolny po obejrzeniu tegoż odcinka, wyprodukowany został natychmiast po projekcji. A i to spieszyłem się bardzo, bo w wyniku przyjęcia niektórych obrazów przez oczy, głowa mnie zaczęła trzaskać tak, że nie byłem pewien, czy wytrzymam do końca przed klawiaturą. Jako, że tfurcy ustalili sobie pewien poziom, powyżej którego nie chcą wchodzić, domyślacie się zapewne, że odcinek dzisiejszy spotęgował jeszcze bardziej, moje wielkie niczym Czomolungma, zdumienie. Oraz zamęt grubymi nićmi szyty. W odróżnienia od ubiegłotygodniowego kawałka, w którym głównie mówili, dzisiaj było całkiem sporo ruchu oraz niewymuszonego humoru sytuacyjno-werbalnego. Ale, jak to się w moich rejonach mawiało: komu w drogę, temu w kaszkiet i zanim beznadziejnie zamotam się w dygresje, to... Lecimy z tym koksem, bo odcinek był rzadkiej urody.

Dzisiejszy odcinek sponsorują literki: k jak Krzysztof, tfu... wróć... k jak królik, knucie dynastyczne, kłopoty permanentne i kwiat dziewictwa (który podstępem zerwany został), w jak wyrzynka umiarkowana i w dalszym ciągu pokazują piersi, t jak ten świat jest nie dla mnie, p jak pustułka oraz j jak jeż. Cholera, ale nam się zoologicznie zrobiło dzisiaj.

Od razu słowo dla tych, którzy nie oglądali - żałujcie ludzie, żałujcie bo działo się co niemiara.

Od razu słowo dla tych, którzy nie oglądali - żałujcie ludzie, żałujcie bo działo się co niemiara. Tak, dwa razy to napisałem, bo w ubiegłym tygodniu, zmiażdżony galopującym harlekinizmem, zapomniałem z wrażenia nawet o moim leitmotivowym zawołaniu. No więc działo się. Zaczyna się od pokajania się scenarzysty. Tak, tak, nie żartuję. Szczerbic stwierdził, że poprzedni odcinek sknocił przez brak kluczowego elementu fabularnego zawartego w opowiadaniu i postanowił się zrehabilitować. Dlatego też dzisiejszy odcinek otwiera sekwencja ukazująca pustułkę, której zabrakło w Okruchu lodów waniliowych. Pustułka siedzi, ma na głowie kask i symuluje sokoła. Siedzi tak przez bite 4 sekundy i zwiastuje nam nadchodzące łowy. Które to łowy, wraz z ucztami, palowaniem krnąbrnych poddanych i wojenkami, były ulubionym zajęciem, któremu oddawali się możni tamtego świata. Tego zresztą też. I widzimy, jak profesjonalnie zorganizował polowanie główny łowczy Cintry. Wywlókł majestat wraz ze świtą do gaju liściastego, rozdał po pustułce i dawaj płoszyć zwierzynę. A zwierzyna dzika, niekumata i na pewno opozycyjna, każe ptactwu siedzieć cicho i wysyła w teren siły ciężkie. No i jak takiego niedźwiedzia albo dzika ma upolować biedna, mała pustułka w kasku? No jak? Toż to szczwacze szczwani i szczute szczwane psy są potrzebne do łowów w lesie a nie ptactwo udomowione. I przez tego łowczego całe późniejsze nieszczęścia. I może czas najwyższy zwrócić uwagę służbom Sigismunda Dijkstry, żeby uaktualniły hasło, przez kogo całe zło tego świata. Nie, żebym postulował wyrzucenie z niego elfów i wozaków, bo ci akurat to sukinsynowie straszni, ale łowczych dorzucił bym tam bez wątpienia i bez ociągania.

Ale o czym tu my... aha, o polowaniu. Polowanie nie wyszło, zające pouciekały, konie łby pospuszczać, czy konie mnie słyszą?! I ten właśnie moment wybiera sobie Pavetta Buzek na rozmowę od serca z rodzicielką. No jak tu się dziwić Calanthe, że wsiada na konia i daje w długą. Ale bachor uparty jest i prze za nią. I tak jadą sobie w dwójnasób kiedy nagle... następuje gwałtowna emanacja upiornej mocy? Nie. Pojawia się grupa grasantów z Nilfgaardu? Nie. Bóg, widząc dokonania Szczerbica, spuszcza na ziemię deszcz ognia i siarki? Też nie. Prozaicznie - Pavetta spada z konia. Pomyślicie sobie, że chce w ten sposób zwrócić na siebie uwagę? Dobra ścieżka ale też nie. Otóż koń się spłoszył. A czego się biedne bydlątko przeraziło? Musimy wrócić do czwartego odcinka, w którym Rębacze i krasnoludy deptały poszycie, w poszukiwaniu dziecka. Przemknął nam wtedy Królik Bugs w drodze do Albuquerque. Z przyjemnością pragnę donieść, że dzielny nasz gryzoń, nie dość, że umknął sprytnie pustułkom, to jeszcze znalazł dobry skrót przez Cintrę i dalej prze przed siebie, do wzmiankowanego Albuquerque. I w dalszym ciągu ziemia się tak fajnie za nim wybrzusza. I od tego wybrzuszania koń staję dęba. A ja aż czekałem aż spod ziemi wychycnie ponad Bugs, zakąsi marchew i zagai: eee.... what's cookin' queeny? Niestety, znowu nie przeniknąłem nieprzeniknionych ścieżek knucia scenarzysty. Spod ziemi albowiem wychynął kolejny Pomiot. Ten był jeszcze bardziej mrożącokrewwżyłach przerażający niż ten z rzeki Ankh Morpork. Taki fajny, z bibuły, podwieszony na nitkach do pustułek. I zaczyna wiżdżeć[1] na damy. Takiego naruszenia etykiety znieść nie może Geralt nasz ulubiony, który wyskakuje zza krzaka i tnie potężnie pomiot. I znowu tnie. I pcha. I pcha w zwolnionym tempie. Jest fajnie, dynamicznie i młodzieżowo. Calanthe patrzy w wiedźmaka jak urzeczona a Pavetta mdleje.

Ponieważ niestety omdlenie Pavetty jest bardziej poważne, niżby to ktokolwiek mógł przypuszczać, trzeba jechać do zamku a polowanie szlag trafił (już tam na łowczego czeka tęgi hak). Myszowór czyni reiki (modne ono w wiedźminlandzie), Geralt daje zioło, puszczać krwi nie każe, nagrodą wzgardzając, udaję się do pobliskiego lasu, żeby zapalić sobie ognisko. Bo lubi przesiadywać w oparach wonnego dymu, po którym jest mu bardzo fajnie. Niestety, intymna chwila z duchami swoich przodków (a przede wszystkim z hurysami) będzie musiała zostać przełożona na potem, bo królowa ma co do wiedźmina bardzo chitry plan i jej cyngiel, Haxo, ściąga Geralta na kwadrat. Bo jak wiadomo: na kłopoty, Żebrowski.

Calanthe faktycznie ma plan zatrudnienia wiedźmina do robót deratyzacyjnych, każe zwołać małą naradę i ten oczywiście moment wybiera sobie Pavetta Buzek na rozmowę od serca z rodzicielką. Z której to rozmowy dowiadujemy się, że królowe to prawie tak jak Yennefer - nie wolno im ulegać porywom serca, nie mogą się zatracić w miłości. A także nie wolno im rządzić, a to co w tej chwili robi Calanthe, to taka zmyłka. Dym w oczy. Miłość nieważna, uczucie nieważne - ma być dynastycznie i po królewsku. Pavettę zabierają do komnaty i biedactwo zaczyna mieć migreny. Które to migreny są sprawcą późniejszych nieszczęść, bo Pavetta Buzek nie może spać po nocach i knuje.

No i mamy wreszcie radę, na której królowa i trzech doradców radzą co zrobić z królewną, która, jak się okazuje, ma moce. Jakby mało było nieszczęść, to na zamku zaczyna straszyć. Jak tak dalej pójdzie, to całe królestwo pójdzie w pizdu - no paczcie państwo, z jakimi kłopotami muszą borykać się koronowane głowy. Co tam zbuntowane prowincje. Co tam wsie nie płacące daniny. Chędożył pies Nilfgaard i jego wojskową oligarchię. Na zamku straszy a królewna ma moce i wapory. Idę na kielicha.

W następnej scenie, po oczach bije niski budżet. Calanthe, jak się okazuje, zwykła wieczerzać w sali wielkości mojego dużego pokoju. I w sumie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego bo ja sobie jakoś z wieczerzaniem na umiarkowanym metrażu radzę ale królowa podejmuje proszoną kolacją całe stado gości. Nic dziwnego, że się stukają łokciami - ciasnota niemożebna. A że Calanthe nie w ciemię bita, to wykorzystując fakt ciasnoty, sadza obok wiedźmina jakąś rudą (ale fajną) lafiryndę. Która wykorzystując fakt ciasnoty, zaczyna lecieć na Geralta w sposób ucieleśniający wszystkie fantazje seksualne nastolatków. Mianowicie głosem ociekającym seksem i pożądaniem i niosącym zapowiedź rzeczy tak szybkich i gwałtownych, obiecuje dotrzymać towarzystwa wiedźminowi, umilić mu czas i niedwuznacznie sugeruje obecność w łożnicy różnych środków niewolenia. Nic więc dziwnego, że Geralt nie oponuje - jaki zdrowy chłop by oponował?

Po uczcie, kasztelan razem z bohaterem naszym ulubionym, patrolują krużganki zamka w Malborku i rozmawiają o strachach, które straszą. Pavetta zaczyna latać z wyciągniętymi rękami, na murach zamku pojawiają się napisy 'Krulewna to latawica', Calanthe żąda pojmania sprawców, śruby wylatują z drewna, zapadki się zapadają, strażnicy padają jak pustułki na zimę, Geralt mdleje, Jeż chrzęści i jest ogólnie mrocznie i tajemniczo.

Znakomity i waleczny oraz niepokonany wiedźmin, zapodaje doradca numer 1. Nie rżnie wszystkiego co się rusza i marudzi. I ma bardzo skomplikowaną osobowość gdyż niekiedy jest człowiekiem a niekiedy wiedźminem, dobawia doradca numer 2. Ja się pytam, czy taki objaw jest zdrowy? Broni też kobiety, dzieci, elfów i poetów i przyjaźni się z czarodziejami. I tak przez pięć minut obrabiają Geraltowi dupę, bo przecież trzeba widzowi przypomnieć kim jest nasz bohater i z kim ma się identyfikować. Dostajemy więc krótkie streszczenie poprzednich odcinków i ten kawałek warto wykorzystać na zrobienie sobie kanapek. Bo co z tego, że dobrze zagrany, jak dialogi niedobre. Bardzo niedobre dialogi są.

Następny fragment filmu jest bardzo dobry i nie będę się nad nim pastwił w ogóle. Calanthe tłumaczy wiedźminowi kilka kwestii związanych z problemami Cintry a człowiekowi żal dupę ściska, jak sobie pomyśli, że przy niewielkim nakładzie sił, cały film mógł być podobnie dobry. Aktorzy (naprawde świetna Wiśniewska i tradycyjnie niezły Żebrowski) nie deklamują, poruszają bardziej ogólne tematy, dające nam pewien pogląd na to co się dzieje w szerszej perspektywie (rosnący w potęgę Nilfgaard, konieczność związania Cintry ze Skaelige). No ale co z tego, jak trwa to ledwie 3-4 minuty? Wróć, potem jest jeszcze rozmowa o Dunym i o pełzającej po zamku magii. Też dobrze zagrane. Cały ten odcinek jest poszatkowany - kawałki dobre przeplatają się z kawałkami tak absurdalnie słabymi, że człowiek od tego hassliebe nie wie co robić. I co robi? Idzie się napić a Geralt wyjeżdża do Erlenwaldu. Ale nie dzisiaj, bo chce, żeby się rozeszła o tym pogłoska po zamku, tylko jutro.

A w drodze powrotnej na stancję, przydzieloną mu przez królową, Geralta dopadają skutki przedawkowania wiedźmińskich eliksirów, łykanych od pewnego czasu bez receptora. Wiedźmin szarpie na sobie odzienie, pada na stół, Pavetta Buzek znowu lata w przezroczystej koszuli nocnej na tle okna, królowa się budzi a Geralta odwiedza ruda lafirynda. I jak w niemieckich filmach porno - minuta gadki i akcja. Ponieważ stwierdziłem, że dzisiejsza młodzież wie więcej o sprawach seksu niż ja sam, zarzucam definitywnie zwyczaj wysyłania nieletnich do kuchni po jakieś duperele i wywalam śmiało prawdę w oczy. Ruda siada na Geralcie, zwala z niego łachy, stymuluje ora... zaraz, to nie ten film. No, rozsznurowuje mu kubrak, ściąga pas, obnaża piersi (swoje - szt. 2) aczkolwiek nie do końca (znaczy sutków nie widać). A potem to uczucie zawodu gdy w następnej scenie, bohaterowie leżą nago w łóżku i palą papierosa postkoitalnego. A, wróć - wiedźmin ma jeszcze przebitkę i widzimy jego intymny tetatet z Yen oraz pierś lewą czarodziejki. Czyli, uprzedzając fakty, w tym odcinku piersi otrzymaliśmy całe 3 sztuki, co daje wzrost w stosunku do analogicznego okresu odcinka poprzedniego o 50%. Ciekawe jak to się podstawi do ciągu poszukiwaczom wzoru na ilość piersi w odcinku, grasującym na sf-f? Ale my tu o dupach a tam wątek nam umyka hożo. Ruda lafirynda, wykorzystuje powszechnie znaną prawdę, że podnieconego mężczyzny nie powstrzyma nawet buldożer i żeby dostać się do, prawda, jak jej tam, Nefrytowej Jaskini, że tak powiem, taki facet obieca wszystko. A jak jest do tego upalony jakimś zielskiem, to mamy to jak w banku. No i podpuszcza chłopa najaranego w te słowy: zabij go dla dobra Cintry, zrób to dla mnie. A nieprzytomny Geralt obiecuje. Z tym, że jest tak spaprany, że obiecuje to Yen, która akurat teraz przebywa gdzie indziej. Podobnie jak i Geralt ale rzecz jasna metaforycznie rzecz ujmując.

A dnia następnego Geralt wsiada na konia, dojeżdża do szosy asfaltowej i nawiedza Erlenwald. Który to Erlenwald składa się z zakładu balwierczego i gospody. Czym się kończą wizyty Geralta w gospodach to wszyscy dobrze wiemy. Wchodzi, pyta ostentacyjnie którędy do zamku, potem mówi, że nie pali się i poczeka. Następnie wygłasza absolutnie kultowy tekst: wyciągnąłeś na mnie miecz. Źle zrobiłeś i już ma się polać krew...

(o tak, krew, krew, niech bryzga po ścianach, ławach i stołach, niech pluszcze wesoło po podłodze i w rynsztokach. Niech barwi świat purpurą i szkarłatem. Niech wszystko spłynie krwią, niech zapłonie krwawy miesiąc na niebie, auuuuu auuuuuu słyszycie, pękają wszystkie więzy, Fenrir wyrywa się na wolność a Jormundgand wypływa na brzeg, Ragna..... cholera, ja muszę mniej pić przy tych projekcjach i streszczeniach, bo pierdolca dostanę)

... i już ma się polać krew gdy wchodzi pan na Żuławach. Tfu... na włościach. Jeż z Erlenwaldu zwany Duny. Geralt wyciąga na niego kosę srebrną, gwardzistów ani żadnej innej świty jakoś nie widać, poddani patrzą i nie reagują a Geralt sprawia wszystkim zawód i mówi, że Dunego nie zabije. Bo jest normalnym człowiekiem, niestety. A Geralt ludzi przecież nie zabija. Bez powodu. Co nie przeszkadza Geraltowi wstawić Jeżowi drętwej mowy, opierdolić go za utrzymywanie stosunków pozamałżeńskich, poddać w wątpliwość jego szlachetność (bo prawo niespodzianki jest dla ludzi honorowych) no i ogólnie jest nieprzyjemnie. A ja coraz mniej tego wiedźmaka lubię. Vilgefortz, gdzie jesteś? Wyantycypuj Thanned i spuść mu ten wpierdol awansem, ja bardzo ciebie proszę. Jeż się broni, opowiada dokładnie historię króla Roegnera, poznajemy prawo niespodzianki oraz historię klątwy, która ciąży na Jeżu. I zasadniczo jest to kolejny dobry kawałek - pomijając kilka wyszczerbionych patentów, ma to ręce i nogi, przyzwoicie zagrane i nawet przyjemnie się ogląda.

Spotkanie na radzie u Calanthe też się ekipie udało. Dobre dialogi (pomijając oczywiście wyszczerbione patenty), dobrzy aktorzy - kolejne przyjemne 5 minut. Przerywnikowa rozmowa Calanthe z Pavettą Buzek też przyzwoita. A mowa jest o politycznych mariażach, prawie niespodzianki, problemach dynastycznych (po raz kolejny) i o równie doniosłych rzeczach. Patrzcie, wystarczy ustawić nisko poprzeczkę oczekiwań widza, zakazać dobrym aktorom deklamowania i od razu widz ukontentowany. Aż mi się nieswojo zrobiło - serial mi się podoba? Nalałem sobie kielicha i czekałem na ciąg dalszy.

Który to ciąg dalszy ugodził mnie ciężko obuchem między oczy. Pamiętacie salę wielkości mojego dużego pokoju...

(18m2 pokój, 6m2 sypialnia, 38m2 całe mieszkanie... mieszkam sam, jestem atrakcyjnym kawalerem z własnym mieszkaniem, cichy, spokojny, inteligentny, zabawny, bez nałogów, pracujący.... kurwa, ja się przez te streszczenia i przez ten alkohol wykończę...)

...w której to sali Calanthe wieczerzała w skromnym, ośmioosobowym towarzystwie (a i tak było ciasno)? No to teraz się trzymajcie - w tej samej sali królowa urządza... tadam... ucztę dla zalotników, którzy przybyli licznie aby ubiegać się o rękę królewny Pavetty Buzek. Ścisk taki, że jakby nie ruda lafirynda, to by nie było gdzie palca... prawda, o czym ja tu? A, jest uczta na 18-stu metrach kwadratowych, gości tłum (20 osób), obsługa (2 osoby) uwija się jak w ukropie, bard (sztuk raz) nuci balladę o bitwie pod Chociebużem a ochroniarze (8 osób) przysypiają, opierając się o halabardy. I przyjeżdża ten, na którego wszyscy oczekują. Nie, nie Jeż. Ten przybędzie później. Teraz na imprę wparowali goście ze Skaelige: Bolec czyli Crach an Craite (symptomatyczne i symboliczne ma chłopak imię) wraz z Eistem. Na którego właśnie wszyscy czekają, bo Calanthe chce się z nim chajtnąć i olać puszczalską córuchnę. Goście ogólnie zadowoleni tylko Geralt nerwowy, bo mu ruda lafirynda, korzystając ze ścisku i tłoku, zaczyna gmyrać przy tłoku. To znaczy konkretnie zaczyna mu gmyrać przy głowni. Cholera, wszystko mi się kojarzy... odczekam chwilę, może uda mi się oczyścić umysł i zebrać myśli.

Kanclerz oznajmia, że z Pavettą Buzek sprawa pozamiatana. Bolec się lekko wkurwia. Wchodzi Duny zwany Jeżem. Calanthe zwala wszystko na niego. Widzimy więc, że całe zło tego świata przez elfów, wozaków, łowczych i Jeża. Tak sobie Duny te paszkwile wziął do serca, że 20 lat później dał się poznać pod nieco innym imieniem ale nie powiem jakim, bo nie chcę popsuć zabawy. Dość powiedzieć, że spory kawał całego zła tego świata faktycznie przez niego. Ale nie wybiegajmy w przyszłość zbyt odważnie, to przyjdzie potem, jak już filmowcy odkupią prawa do Sagi i ją sfilmują. Tymczasem mamy ucztę i zwalanie całej winy na Jeża. Który to biedak, powołuje się tylko na nieszczęsne Prawo Niespodzianki i nie chce niczego, czego nie potwierdzałaby tradycja. Niestety - każą mu zrobić wypad do kuchni bo teraz ważniejsze sprawy wchodzą na tapetę. Mianowicie Calanthe ogłasza wszem i wobec, że chajta się z Eistem. Który zamiast siedzieć cicho, wstaje i zaczyna deklamować. Wytrzymałem do momentu, w którym powiedział, że jest wojownikiem. Ożesz w dupę, nomen omen, jeża. Ty jesteś wojownik? To ja od dzisiaj jestem Barysznikow a jak się komuś nie podoba, to w mordę. Cuach op arse, ghoul y badraigh mai an cuach, że tak zagaję po wyspiarsku. Mieliśmy już żuli z Dworca Centralnego jako elfy, brudne dzieci jako gnomy, pomalowane dzieci jako driady, potwory z bibuły jako Przerażający Pomiot Chaosu i Cthulhu i smoka z ZX Spectrum a teraz mamy podstarzałego pederastę jako wojownika i króla walecznych wyspiarzy ze Skaelige, skąd jeżeli pamięć mnie nie myli, pochodziły jakieś elitarne oddziały berserkerów? No nie mogę, kobieta mnie bije. Zostawcie mnie, tak będę leżał. Dobra, bez histerii. Już oczyściłem umysł.

Ruda lafirynda proponuje Geraltowi powtórkę a ten jemioł zamiast skorzystać, bo to fajna ruda, zaczyna kluczyć. Ona na to: sięgnę pod stół. On zalotnie: nie chcę tego. Daj tu rękę, dyszy kobita. Czujesz? Nie, to nie jest to, o czym myślicie, chociaż ja, przyznam się szczerze, też się nieco na początku napaliłem. To była głownia. Ale nie geraltowa jeno mieczowa. Obiecałeś, zabij, pamiętaj o przeznaczeniu blah, blah, blah. I Geralt zostaje z durną miną na twarzy. Znamy ją - oznacza ona, że chłopak nie wie, czy jak będzie rżnął, to to będzie miało jakieś uzasadnienie i moralne wytłumaczenie, czy będzie tylko rzeźnią dla rzeźni (scenarzysta przygotowuje nas chyba na Blaviken). Więc zamiast zacząć rżnąć od razu, zaczyna się zastanawiać. A w tym czasie ochroniarze ściągają Jeżowi hełm. I tutaj słowo wyjaśnienia - selekcjnoner gości na wejściu, przysnął (bo poprzedniego dnia córeczka mu się urodziła a zdrowie dziecka trzeba wypić) i nazłaziło się na imprezę chołoty strasznej. Ochroniarze wyręczają po prostu swojego kumpla. A Jeż, sukinsyn, ma jakąś taką zwierzęcą twarz i wszyscy w końcu skumali dlaczego Pavetta na niego poleciała - słynny zwierzęcy magnetyzm nie jest mitem. Messer Mesmer się nie mylił. To działa. Jutro, przed robotą, wysmaruję się kocimi sikami - zobaczę jak moje coworkerki na mnie zareagują. W każdym bądź razie Jeż okazał się być w tym akurat momencie mało ludzki. Czego nie mógł znieść Bolec, który wyrecytował tekst o świńskim ryju. A Calanthe wydała rozkaz 'do ataku'. No i na to tylko czekał Geralt. Wyprysnął zza stołu, znokautował Bolca, zgodnie ze starą, kaermorheńską tradycją, rozerżnął gardło oprychowi, który wraził Jeżu kosę w słabiznę, zarąbał bogu ducha winnego ochroniarza, wypuścił wątpia jakiemuś zabłąkanemu gościowi weselnemu i już zaczynał się rozkręcać... już przez drzwi zaczęli się do sali (jak oni się w niej wszyscy pomieścili? to musi mieć coś wspólnego z czwartym wymiarem) wsypywać następni kandydaci do rozwałki... już puls szybciej bije w oczekiwaniu krwiiiii... gdy...

Szlag by to wszystko trafił. W tym odcinku nic nie idzie tak, jak iść powinno. Dobre kawałki wybełtane bez ładu i składu z gównem strasznym. Dobra gra aktorska przemieszana z deklamowaniem. I wreszcie dostajemy szansę na dobre rozpiździsko w starym, Geraltowym stylu, jak w to wszystko musi się wkitrać małolata. Pavetta Buzek mianowicie, wkurzona strasznie naruszeniem świętego, cintryjskiego prawa gościnności[2], zaczyna krzyczeć. Ludzie zaczynają się przewracać, kaskaderzy efektownie przelatują przez stoły, żarcie frunie pod sufit z półmisków, płyny wybryzgują z kielichów, obrus się marszczy, pękają szyby, stołek frunie, kandelabr sam jedzie na schody, nadciąga wiatr od morza, królewna zmienia kolory, pisk przechodzi w takie rejestry, że staje się niesłyszalny dla ucha ludzkiego, zamek w Malborku zaczyna się walić, umęczona ziemia pęka na pół, pochłaniając całe księstwo, w wyniku wymiany ciosów taktycznych głowic nuklearnych między Kovirem, Temerią, Povissem, Redanią i Nilfgaardem, planeta zmienia swój kąt nachylenia w stosunku do słońca i prędkość obrotową, wielkie lodowe czapy polarne rozpuszczają się, woda zalewa ziemię, zstępuje anioł i otwiera 9 pieczęci. Bogowie Asgardu wychodzą na ostatnią bitwę Ragnarok. Wszechświat przechodzi gwałtownie do fazy deflacji i w ułamku sekundy ściska się do osobliwości o rozmiarze 3*10^-32. Czy to koniec świata takiego, jaki znamy? Nie, no nie bądźcie dziećmi. Jest przecież wiedźmin, który proponuje Myszoworowi: uderzmy razem. I walą pannicę piorunami kulistymi tak skutecznie, że milknie. Wszechświat, który przez ostatnie 15 sekund tkwił w nerwowym wyczekiwaniu, wrócił do normy i udaje, że nic się nie stało. Daje ci ją Jeżu, tą Pavettę Buzek nieznośną, mówi wytapirowana Calanthe i zdejmuje klątwę z Dunego. Przeznaczenie się spełnia, wszystko się dobrze kończy tylko Geralt znowu staje okoniem i nie chce nagrody, bo jest zawiedziony tym światem, który nie jest dla niego. Jakim cudem ten gość z głodu jeszcze nie umarł - no wykapany Gilbert z Józefa Balsamo pana Dumasa. Nieważne zresztą, Geralt w końcu postanawia pchnąć fabułę na odpowiednie tory, umożliwiając ASowi napisanie sagi, i prosi Dunego o coś, co ten posiada a jeszcze o tym nie wiem. Po czym wyrusza na szlak, bo Bieszczady wzywają a wcale się do nich nie zbliża. No bo jak się ma zbliżać, jak sobie wybrał skrót przez miejscowości nadmorskie.

A na sam koniec, znamienity bard Jaskier, zwany Niezrównanym, z niezrównanym i nieporównywalnym z niczym artyzmem, odśpiewał nam kolejną, piątą już, zwrotkę swojej najlepszej ballady o zimorodku, który pukał pustułkę w wychodku. Dobranoc Państwu, idę na kielicha, bo na trzeźwo nie idzie tego znieść.

Teksty odcinka:
Wiemmmm kimmmm sąąą wiedźmini, Haxoooo. (Calanthe do Haxo)
Ja nie mogę tak bez miłości (Pavetta do Calanthe)
Słuchanie rozkazów bywa słodkie (ruda lafirynda do Geralta)
No nie, to posągowa postać. Ma jakieś słabe strony? (Calanthe do Myszowora o Geralcie)
Wyciągnąłeś na mnie miecz. Źle zrobiłeś. (Geralt do zadymiarza)
Idź do domu zakuty łbie (Geralt do Jeża)
Tyle lat milczał, nagle wypowiedział kilka bredni i umarł (Calanthe o królu Roegnerze)
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 01 sty 2013, 20:42 
Wojownik
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 23 paź 2010, 21:05
Posty: 111
Lokalizacja: ZamośĆ
Odc. 7 - Dolina Kwiatów
Od razu lojalnie ostrzegam, że odcinek dzisiejszy był tak niszczący, że śmiało można podciągnąć go pod definicję broni masowego rażenia. Mi na przykład, w okolicach dwunastej minuty filmu, pękły oczy, białko popaćkało ekran, koc, talerz z kolacją i kubek, tak więc niewiele widziałem już do końca a raport pokontrolny piszę na wpół oślepiony. Stężenie szczerbizmów nie było może bardzo wysokie ilościowo ale za to bardzo masakrujące jakościowo. I jako takie spotęgowało moje, głębokie niczym głębie Rowu Mariańskiego, zdumienie. Oraz zamęt grubymi nićmi szyty. Wiedziałem jakie opowiadanie wzięto na warsztat tym razem ale wiedza ta nie przygotowała mnie na to, co ujrzały me oczy modre. Uciekliśmy definitywnie od nurtu harlekinizmu. Zamiast bajęd na temat nieszczęśliwej miłości, twórcy zaczęli nas raczyć historiami dowcipnymi. A nawet żartobliwymi i ironicznymi. W tym odcinku ilość ich sięgnęła zenitu. Na nasze nieszczęście, niestety. No dobra, jak mawiają u mnie na prowincji: komu w drogę, temu z kopa i zanim dygresje zdominują całkowicie dzisiejszy raport, to... Lecimy z tym koksem, bo dzisiejszy odcinek był rzadkiej urody.

Dzisiejszy odcinek sponsorują literki: a jak absolutny brak trupów, absolutny brak cycków i w ogole absolutny brak golizny, p jak paw permanentny, s jak sadzonki rzepy oraz h jak homoseksualne potwory.

Od razu słowo dla tych, którzy nie oglądali - żałujcie ludzie, żałujcie, bo działo się co niemiara. O tak, działo się. Donosili mi moi informatorzy, że będzie się działo ale nie uwierzyłem. Przez co bolało jeszcze bardziej. No ale nie wybiegajmy zbytnio w przód i skoncentrujmy się nad tym, czym uraczono nas w dniu dzisiejszym. W scenie otwarcia widzimy, że twórcy postanowili zasygnalizować widzom w sposób bardziej oczywisty, że poszczególne odcinki stanowią jakąś zwartą całość a nie są tylko kompletnie ze sobą niepowiązanym zlepkiem fatalnie zmontowanych i jeszcze gorzej zagranych scen, jak twierdzą niektórzy złośliwi ekstremiści i fanatyczni miłośnicy prozy Sapkowskiego. Od odcinka szóstego, w którym pokazano nam nieobecną w odcinku piątym pustułkę oraz, zasygnalizowanego w odcinku czwartym królika, hasło: 'tu jezd ciongłość' zaczęło przyświecać widocznie całej ekipie, bo, jak wspomniałem na wstępie, dostaliśmy Ciągłość. Scena otwarcia jest dzisiejszego kawałka, jest identyczna ze sceną zamknięcia odcinka poprzedniego. Jest to tak sugestywnie zagrane, że zabrakło mi napisu 'W poprzednim odcinku'. Geralt jedzie w Bieszczady przez wybrzeże Bałtyku. Zacząłem wypatrywać syrenki Sh'eenaz ale to nie ten kawałek. Bo dzisiaj miało być o dolinie na krańcu świata. Ale jak się okazało, dnia poprzedniego ekipa tęgo popiła dziwożoniej nalewki i pojardoliły im się kompletnie scenopisy. Bo Geralt zamiast wparować do przydrożnej gospody i wywiedzieć się u kmiotków, jakie to monstra i potwory, utrapienie na ich głowy zsyłają, przyjeżdża do Novigradu. Ale to jakiś inny Novigrad jest niż w książce. Że zacytuję: Novigrad, powiadam ci, to stolica świata. Prawie trzydzieści tysięcy mieszkańców, nie licząc przyjezdnych. Murowane domy, główne ulice brukowane, morski port, składy, cztery młyny wodne, rzeźnie, tartaki, wielka manufaktura produkująca ciżmy [...] A w tym Novigradzie malborskim są cztery stragany z naczyniami i Jaskier. Oraz studnia, na której chłoszczą jakiegoś nieboraka. Ech, te niskie budżety.

Najpierw Jaskier z Geraltem idzie do Vespuli, która robi mu awanturę. A ja rozglądam się na boki i czekam na diaboła. Ale wnet przypomniałem sobie, że tak blisko świątyni Wiecznego Ognia żaden potwór żyć nie może więc dałem sobie spokój i z uwagą począłem śledzić losy naszych bohaterów. Vespula wygania Jaskra z kwadratu, robi mu zadymę na całą ulicę, ciska weń cudzymi spodniami, sugeruje posiadanie małego tego, no, Dziarskiego Rycerzyka (a przecież każda kobieta wam powie, że rozmiar się nie liczy, nie? Nie liczy się, prawda? Ej, kobiety, no co wy. Powiedzcie coś.) a na odchodne utrwala w nas przekonanie, że wiedźmak chutliwy jest ponad ludzkie wyobrażenie i od tego taki blady.

Chłopaki idą się uspokoić do karczmy a ja, mając w pamięci wszystkie knajpiane wyczyny Geralta, począłem jeszcze baczniej spozierać na ekran w oczekiwaniu niezobowiązującej rzezi i strug krwi trafiających w ściany. Niestety, po wyjątkowo brutalnym odcinku z Marangą, w którym jak pamiętamy krew trafiła wiedźmina w twarz a dzieci zaczęły rzygać do miseczek z owsianką, poszło zalecenie, że ma być delikatniej. I że od dzisiaj koniec z wulgarnymi tekstami typu: schowaj kurwa ten miecz (bohaterowie mają łagodzić swoje wypowiedzi i będą raczej mówić schowaj kurwa ten mieczyk), koniec z chlapiącą na lewo i prawo krwią i koniec z gołymi dupami. Będzie grzeczniej: feldmarszałek Duda będzie mówił: w morrrrrdę jeża, napis na sihilu z 'Na pohybel skurwysynom' zostanie przerobiony na 'Na pohybel rozrabiakom' a Yen przestanie w każdym odcinku pokazywać piersi. W końcu film leci po południu, nie? No więc scenarzysta wymiótł knajpę z ludzi do czysta i z tej to prozaicznej przyczyny, Geralt nie może nikogo zmasakrować. Niestety. Znajduje też potwierdzenie moja teza o tym, że poprzedniego dnia ekipa tęgo pochlała. Jaskier zapomina o wyraźnych zaleceniach scenarzysty dotyczących niewspominania o pustym lokalu gastronomicznym i wali głupawym tekstem: gospodarzu, co tu tak pusto u ciebie. Ogłupiały karczmarz musi na żywo coś zaimprowizować, nie idzie mu więc przypomina sobie o odwodach i zwala wszystko na kupca Biberveldta. Który akurat śniada w dużym alkierzu[1].

(Kurde, gdzie te elfy i gdzie sylwan? Co jest grane, porypało mi się coś czy znowu przedawkowałem preparat? Trza było nie pić tyle wczoraj.)

I mamy możliwość ujrzeć niziołka. Peter Jackson to lamer. Rozpirzył lekką ręką 300 baniek papieru po to tylko, żeby pomniejszyć komputerowo Wooda a miał nad Wisłą gotowych do użycia hobbitów. Wystarczyłoby ich tylko nieco umyć i odziać bardziej chędogo. Dainty siedzi na ławce i zjada polewkę cebulową, Jaskier proponuje wyprawę do Passiflory (jak wiadomo widok rudych włosków łonowych uspokaja) gdy nagle do alkierza wpada Dainty.

(Spojrzałem na ręce, nie trzęsły się. Poszedłem policzyć kafelki w łazience - 306, zgadza się. Po rękach nie chodziły mi pająki. Fajna ta delirka - wolę, jak się tylko dwoi albo troi, bo robactwo i myszy stają się ostatnio bardzo męczące).

Walnąłem baniaka i patrzyłem dalej. Jeden Dainty zaczął krzyczeć a na drugim zrobiono efekt specjalny. Mieliśmy już tekturzanego Pomiota, gumowego Pomiota, Pomiota przypiętego do pustułek, Pomiota ukradzionego z wystawy rzeźby nowoczesnej oraz wytrzeszczone dziecko i złotego smoka. Teraz mamy kolejny wypasiony fx - Daintemu twarz się morfuje i zamienia się w małe, łyse dziecko z obscenicznym, freudowskim nosem (taki był początek ale nie uprzedzajmy, nie uprzedzajmy). I zaczyna uciekać. Geralt potężnym szczupakiem obala mimika (bo to mimik był) na ziemię. I widać, że dawno chłopak nie dupczył i ma ochotę puknąć cokolwiek, bo tarza się z owym mimikiem po ziemi dobrą minutę, dysząc ciężko i próbując z małego zedrzeć odzienie. No bo jak inaczej wytłumaczyć trwającą tak długo, nazwijmy to, walkę dużego (tak z metr osiemdziesiąt wzrostu) i wypakowanego (ze 75 kilo lekką ręką) wiedźmina (który bezduszną maszyną do zabijania jest) z małym (jakieś 120 cm/40 kg) dopplerkiem? Nic tylko chucią. I do tego zwyrodniałą, bo najpierw Geralt zaczyna krzyczeć o srebrny łańcuch (perwers jeden) a następnie, zachęcony dobrze rozwijającą się akcją na podłodze, rzuca się na nich Jaskier. W tym właśnie momencie zaczęły z lekka rysować mi się oczy. I tak się fajnie taczają i dyszą, że zaniepokojony całym zajściem karczmarz chce wezwać obyczajówkę. Na szczęście na naszych bohaterów w samą porę przychodzi opamiętanie[2], chociaż widać wyraźnie, że Geralt ma ochotę przedłużyć ten milusi moment, bo sadza sobie vexlinga na kolanach, nie przerywając krępowania. Niepotrzebnie w to wszystko wmieszał się Dainty (ten prawdziwy) bo zapowiadało się nad wyraz sympatycznie, gwałtownie i wilgotno.

No i zaczyna się przesłuchanie bedaka (Tellico Lunngrevink Letorte mu było, dla przyjaciół Dudu), karczmarz niczym zacięty ponawia apele o wezwanie straży miejskiej, Dainty miesza się w zeznaniach, twierdząc, że przyjął Dudu do pilnowania koni w nocy, który co prawda wyglądał inaczej ale to on. No ogólnie jest bez sensu a Geralt coraz mocniej podlewarowuje siedzącego mu na kolanach podwójniaka i dyszy coraz głośniej. Chyba niepotrzebnie Jaskier wspominał Passiflorę...

(Pewnie się zastanawiacie jak taki mały alkierz pomieścił taką kupę ludzi i nieludzi i dlaczego mnożą się oni na potęgę. Otóż już tłumaczę - ja po prostu szpanuję znajomością tekstu źródłowego i rzucam różne nazwy tego samego stwora. Ale już nie będę.)

... na pewno wszyscy się zastanawiacie dlaczego wszędzie wciskam na siłę akcenty homoseksualne? No jest powód i zaraz go wyłuszczę. Mianowicie Dainty prosi Jaskra, żeby przeszukał kieszenie mimika (bo mimik okradł Daintego z koni ale nie konia Jaskier szuka w spodniach... cholera, znowu mi się kojarzy. Strzelę baniaka na oczyszczenie umysłu) i sprawdził ile kasy tam zostało. Jaskier mówi, że się brzydzi. I w tym momencie następuje scena, po której pękły mi oczy. Mianowicie okazuje się, że Dudu poprzedniego dnia wcielił się w Vespulę, bueeeeergh.... sorki, strzeliłem pawia sobie na stronie, i pukał się, bueeeeeergh... pardon, kolejny mi wyjechał, z Jaskrem, bueeeeeeeeeeerghhhhh... oho, chyba widzę swoją okrężnicę w misce, i może mu opowiedzieć jak było, Iskierko, bueeeeergh..., o w mordę[3] - to już chyba jest kał? Po omacku dopełzłem do półki i nalałem sobi burbona na 8 palców. Bez lodu. Może być od tej pory nieco nieskładnie. Dlaczego? No dlaczego mi to robicie? Na początku tropienie wątków homoseksualnych w serialu traktowałem jako zabawę. Teraz się okazuje, że posiadam zdolności prekognicyjne i profetyczne, murwa jego w kadź[4]. Jak tak można? Jaskier jest najfajniejszą postacią w całej tej szopce a tu jeszcze taki szczerbizm mu fundują. No nieważne - jak się zapewne domyślacie, Jaskier nie ma zadowolonej miny a Geralt się na dodatek z niego nabija, jakby sam przed chwilą nie próbował uczynić z mimika pasywnego elementu analnej miłości homoseksualnej. Takiego stężenia obory obyczajowej nie wytrzymuje w końcu karczmarz i biegnie zakapować naszych dzielnych bohaterów.

Ci postanawiają dać w długą i w cały ten bordel wrabiają Daintego. Jaskier bierze Dudu na ręce a ten mu puszcza buziaki... no nie wytrzymam, nie wytrzymam. Co to jest? Jakaś propagandówka stowarzyszenia Lambda, czy co? Poeta rzuca małym o podłogę i zaczynają sobie gawędzić gdy nagle nadchodzi obyczajówka. Doigrali się. Komtur krzyżacki Chapelle (Malbork oblige) wraz z cynglami (uzbrojonymi w sznurki do prowadzania rogacizny, mające zapewne imitować mayheńskie batogi) otaczają naszych bohaterów i zaczyna się brawurowa partia dialogowa. Czcigodny Gerant, deklamuje z emfazą Chapelle. Nie wierzę, że tutaj jakieś potwory się pałętają ale za wielce niefortunny uważam fakt, że złożono na was doniesienie. Chodźcie chłopcy w tiurmu. Mesje Szapel, na pewno coś o mnie słyszałeś, i wiesz, że twój pomysł trzeba sprawdzić w praktyce. I w związku z tym, zaraz ci utnę głowę a mimik zrobi transformację. A teraz kij ci w dupę, pacanie i paszoł wont bo jakoś cie frajerze nie lubię. Wzrok mi kwadratowiał coraz bardziej a nasi bohaterowie opuścili gród stołeczny Novigrad. Zgadliście - Chapelle spękał i zasmrodził sobie gacie.

Następnie mieliśmy możność ponownego obejrzenia landszaftowego obrazka, nakręconego przez okienko samolotu. A dlaczego ponownego? Bo już go raz widzieliśmy - w Smoku. No mówie, niski budżet. Fakt, że poprzedniego dnia cała ekipa tęgo popiła, ma też znaczenie, bo montażysta skleił dwa odcinki do kupy.

Geralt pozazdrościł Jaskrowi tego noszenia Dudu na rękach, bo w drodze nad jezioro, trzyma go przed sobą na siodle i manipuluje lejcami w takim miejscu... no, nieważne zresztą. Po oddaleniu się od Novigradu o strzał z łuku, Geralt postanawia uwolnić mimika, który dla odmiany postanawia wrócić do miasta i uwolnić Daintego z ciemnicy. Ale najpierw kolacja i pożegnalny nocleg. Podczas którego to posiłku, Jaskier wyraźnie napala się coraz bardziej na pewne rzeczy. A konkretnie, proponuje Dudu, coby z nimi pojechał. Co to by było za życie. W razie jakby co, to dwóch wiedźminów (no dobra, to jeszcze zniosłem), Dudu zamieni się w wydrę i nałapie ryb (w porządku), a ile kobiet, które możnaby ko.... bleuuuuuuurghhhh....., fak mi, znowu womitierka pełna,...chać i to bez ochów, fochów i zobowiązań. Jak ja mam słuchać takich dialogów, to już wolę, jak mi pokazują harlekina. Rrrrrrwa mać... jak tak można splugawić fajne opowiadania? A co, spodobało się? (żołądek umęczony nie ma już siły na wydalanie z siebie czegokolwiek, w związku z czym, strzelę następnego baniaka, bo na trzeźwo nie idzie tego słuchać) - zagaił Dudu a Geralt zaczął się śmiać ale widać, że zazdrości.

Następnie mimik się skarży, Geralt czepia się rasy ludzkiej a Jaskrowi jest smutno. Bo nie wiem czy wiecie, ale mimik potrafi kopiować tylko co dobre w ludziach a tego co złe nie rozumie. I dlatego przegrywa. Dzięki Geralt, że mi pomogłeś i zachowałeś się bezinteresownie, jak przyjaciel. A ja to co? Miałem jakiś interes? - wkurzył się, pominięty w rozważaniach Jaskier. No pewnie, hy hy hy - odparował Dudu. Ha ha ha - zaśmiał się Geralt ale było widać, ze trochę zazdrości.

Zimno mi, odwykłem - rzucił od niechcenia Dudu, bo niepostrzeżenie noc ciemna zapadła dokoła. Śpij Dudu, ogrzejemy się razem - dyszy Jaskier i pakuje małego pod koc. Geralt patrzy na to wszystko z miną luzaka ale widać, że zazrość go żre. Plaf.... to oczy, które zaczęły się powoli zrastać, pękły mi ponownie, zraszając wszystko dokoła jakimiś płynami organicznymi. Po omacku polałem sobie kolejnego kielicha a w tym czasie poeta nasz, któremu ewidentnie się spodobało, zaczął manipulować członkiem wysuniętym na czoło pod płaszczykiem. Wyłączyłem telewizor i poszedłem się przejść.

Po powrocie, okazało się, że akcja nie posunęła się do przodu bo przycisk pause na pilocie do magnetowidu to jednak pożyteczna sprawa. Dudu zamienił się w kruka ale taki kruk nie może latać. A skubany lata. A dlaczego nie może latać? No bo jakieś tam prawo zachowania masy przecież istnieje i kruk o wadze 40 kg podskoczy kilka razy, spierniczy się na dziób ale za cholerę nie poleci. To porządny chłop, widziałeś jak siadł mi na ręku? - rzucił od niechcenia Jaskier. Ha ha ha - zaśmiał się pod nosem wiedźmin, ale było widać, że zazdrości. I taki był koniec gambitu Dudu. Potem wjechali w bagno a Jaskra boli dupa. I naiwnością byłoby sądzić, że to po tej upojnej nocy. Oni po prostu długo jadą i to od siodła mu się tak zrobiło. Taka egzema na udzie. W następnej scenie mamy mini powtórkę z kodeksu wiedźmińskiego, bo Geralt po raz kolejny tłumaczy, że nam nie wolno i to niehonorowe. Nie, nie chodzi o dupczenie niewyrośniętych mimików. Łuku mu nie wolno i dlatego głodują. Aż nagle dojeżdżają do Dol Blathanna, w której nie ma kwiatów ale rośnie pszenica, małe dzieci biegają po trawce a koziołki bodą się różkami. Pięknie jest w dolinie.

W dolinie mają akurat święto Kazimira (nie znam typa) i Geralt z Jaskrem mogą się nawsuwać za darmo. Dowiadują się też, dolinę nawiedza straszna plaga Pomiotów: elfy, żywiołaki, mory, bledaki, mamuny, nietopyrze, latawice (te akurat pod Mariotem i na Poznańskiej widziałem ostatnio), Naradkowa w nocy na miotle lata i mleko psują kurwie syny[5] (tych akurat potworów nie kojarzę). No jak tu żyć na tym ogarniętym rzezią, pożogą i chaosem pograniczu? I jeszcze po nocy ktoś się pałęta i baby psuje. Ale roboty dla wiedźmaka to za bardzo nie ma. A chłopaków już taki głód przycisnął, że Geralt przemyśliwuje o podjęciu pracy parobka. Łup, aaaaarrghhhhhh.... po raz kolejny żuchwa boleśnie obiła mi przyrodzenie. Na szczęście ten absurdalny wątek umiera śmiercią naturalną, bo na gościńcu dogania ich Bardzo Poważny Oferent.

W drodze do domu Oferenta, dowiadujemy się dlaczego elfy wyglądają tak nieszczególnie. Otóż najpierw wygonili ich z doliny (w której jest tak cholernie wręcz pięknie) ludzie, bo nie mogli patrzeć na takie marnotrawstwo żyznej ziemi. No bo jak na czarnoziemach pierwszej klasy bonitacyjnej można pasać jelenie, daniele i kozy? No jak? Potem okazało się, że samo rośnie, ludzie mają tyle spyży, że coby nie popsuć rynku, muszą nadwyżki topić w morzu i palić a głupie elfy nie chcą przyjąć pomocy humanitarnej. I całą szczytną ideę Redania for Dol Blathanna można o kant dupy potłuc, dwudniowy koncert najlepszych bardów był niepotrzebny a zebrane pieniądze przyjdzie chyba przepić. Albo jakąś małą wojenkę rozpętać, od wszelkich konwojów z pomocą humanitarną trzymać się z dala a tego pomyleńca od Wielkiej Kapeli Belleteynskiej Pomocy pogonić na wszelki wypadek za granicę. No i elfy głodują - stąd ich nie za bardzo konweniujące z popularnymi wyobrażeniami, emploi.

Ale my tu gadu gadu o głupotach a w tym czasie Poważny Oferent składa Geraltowi Poważną Propozycję...

(bene Geralt, bene. Do jutra znikniesz z miasta khhhh... khhhh... i moje oczy khhh... khhhh... cie więcej nie ujrzą khhhh.... khhhhh.... Fili della putana. A jak jeszcze o tobie kiedykolwiek usłyszę khhhh... khhhhh... to Anzelmo rozwali ciebie, twoich braci khhhhh.... kuzynów, babki, ciotki, kuzynów i goryli khhhh... i świat o tobie zapomni. Capito bene Geralt?)

... szlag by to, kasetę chyba pomyliłem? Geralt dostaje zlecenie na diaboła. Który un diaboł, suczy chwost, za dziewkami goni, straszy, że dupczył będzie, groblę rozkopał jak jakiś bober, kradnie, studnie paskudzi, lulki w stogu palił, kurwi syn[6], siano z dymem puścił i ogólnie zbiesił się, jakby mu kto w łeb nasrał. Z tym że, jednakowoż, diaboła należy przestraszyć i pogonić a nie ubijać. No i Geralt idzie na rekonesans. Z Jaskrem

Uuuk, uuuuk.... beee beeee beeee. Poszli stąd, bo rogami przebodę. Beee beee beeee... a gdzie twoja katarynka?[7] Ja wam dam żarty, zachciało się kulków żelaznych? I zaczyna prażyć w bohaterów, robiąc im kulkami pogrom prawdziwy. Pogromszczycy wracają do wsi i biorą chłopstwo na spytki. Okazuje się, że zastosowanie znalazły wskazówki z księgi, którą interpretuje na bieżąco babka, która ze światem komunikuje się przez Lille, która jest u niej na nauce i jest wiedzącą od druidów. Babka co prawda nie umie czytać ale wie co podle obrazka stoi. I babcia uroczo deklamuje o turze rogatym, wiedźmaku chutliwym ponad miarę wszelką i o diabole rokicie. Przy tej ostatniej pozycji stoi przepis na pognanie sylwana (znowu ta męcząca maniera szpanowania różnymi nazwami tego samego stwora): weź zasię przygarść kulków żelaznych i zmieszaj z orzechami. Ale diaboł dał chłopom bobu jak kulkę ugryznął[8]. No i biedni kmiotkowie nie doszli ani do dziegciu, ani do mydła[9].

A dlaczego właściwie diaboła chcą pogonić, skoro kiedyś go lubili? Ano diaboł zaczyna mieć wygórowane wymagania dotyczące ilości składanych mu darów i chłopom nie starcza na daninę. I tego nie kumam - co oni, z morga ziemi żyznej zbierają worek ziarna? Czy zbiory są w normie a diaboł zabiera im tyle, co kiedyś nam ZSRR? Dość powiedzieć, że chłopi chcieli diaboła wyżenąć, Lille nie pozwoliła, teraz chcą pogonić a w powietrzu wisi Tajemnica. No bo po co mu tyle ziarna? Bimbrownik?

Geralt energicznym skokiem ląduje w kulbace i jedzie ponegocjować z diabołem. Negocjacje są kulturalne, bez bluzgów, przy zielonym stoliku - ą, ę i kącik kulturalny w ogóle. Z tym, że w pewnym momencie żądania Geralta stają się nie do przyjęcia, diaboł rzuca kulką żelazną w wiedźmina, ten ruchem tak szybkim, że niemalże niedostrzegalnym łapie ją w locie...

(złapał, złapał w locie - stęknął Cykada[10]... zaraz, to za trzy tygodnie będzie)

... i wali oną kulką diaboła w łeb. Następnie wyrzuca dwa nagie miecze i zaczyna stosować technikę walki bez walki, składającą się ze skomplikowanych uników (krok w bok), niemożliwych niemalże do wykonania technik atemi (karczycho) i rzutów (taka gra wstępna). Ale niestety - cała ta nowomodna szkoła masakrowania potworów bierze w łeb. Bo co z tego, że diaboł ma rękę, za którą można złapać i wykonać rzut (spróbujcie tej sztuczki ze skolopendromorfem), jak Geralt przypomina sobie Passiflorę i zamiast łucić stworem o podłogę, łapie go za szyję, rzuca na słomę i przystępuje do zapasów miłosnych. I tak się wesoło tarzają, próbując zedrzeć z siebie ubrania i dostarczając mi mnóstwa radości. Geralt próbuje pocałować diaboła, ten zarzuca mu nogi na ramiona, jest coraz gwałtowniej gdy nagle... znikąd... nadjeżdżają Meksykanie i kopią Geralta w głowę.

Zapytacie skąd w wiedźminlandzie Meksykanie? Odpowiem, że nie wiem. Powiem też, że hipoteza o Indianach ma również mocne podstawy i może się skutecznie obronić. Bo o ile za Meksykanami przemawiają stroje poncho, to za Indianami przepaski na czołach (pióra pewnie od tego pędu końskiego wywiało), łuki i strzały w kołczanach oraz buty ze skóry karibu. Siedziałem tak otępiały przez kilka minut, wertując multimedialne encyklopedie, ale nie mogłem niestety postawić stuprocentowo pewnej hipotezy. Od pracy badawczej oderwał mnie nagle tekst, który padł z ekranu. Elfy. A więc to były elfy! O ja niemądry, faktycznie - wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Elfy nie chcą brać otwarcie jedzenia od dhoine i wyręczają się diabołem. Dedukcja godna Watsona.

W następnej scenie okazało się, że nie tylko ja mam zdolności profetyczne. Twórcy serialu tak sprytnie wyczaszkowali terminy projekcji w telewizji, że wstrzelili się idealnie. Już tłumaczę - owi elfi... owi elfowie... elfy zaczynają się bawić w Halloween. Biorą dynię i chcą wykombinować takie śmieszne klosze na lampiony ale nie skojarzyłem w jakim celu pożerają miąższ tej dyni. Przecież tylko pestki się normalnie zjada. A i to przesuszone. To musi być jakiś elfi przysmak. Albo jakaś fistechopodobna używka. Jak się okazuje, kapusta jest pożerana równie zachłannie - jutro kupię główkę i sprawdzę, co w niej takiego cudownego. Zachwyt wzbudza także fasola i siemię lnu a towarem najbardziej poszukiwanym są sadzonki rzepy. Ponoć nieźle dają kopa jak się je przesmaży na patelni.

Następna scena dała mi do ręki mocny dowód za hipotezą, że niewinne warzywa, które możemy kupić bez ograniczeń w warzywniaku na dole, mają na elfy działanie odurzające. Jedna z elfek podrywa się bowiem na nogi i co widzimy? Ano mocno wyłupiaste oczy z rozszerzonymi nienaturalnie źrenicami. Z tego co czytałem, jest to jeden z efektów zażywania. Do tego jakaś nadpobudliwość ruchowa jej się udzieliła oraz stany maniakalno-psychopatyczne, bo podchodzi do Jaskra i glanuje go w słabiznę. Symbolizm na całego - ślepe fatum, ucieleśnione przez elfkę, karze Jaskra za nienaturalne stosunki cielesne... wiedziałem, że przy dzisiejszym odcinku przedawkuję gorzałę, wiedziałem od pierwszej minuty. Zaczynam już majaczyć i całe szczęście, że już całkiem niedaleko do końca.

...słowo o elfach: elfy wyglądają nieodmiennie jak dziady borowe albo żule z dworca. Z tym, że te są bardziej zadbane, widno po cotygodniowej wizycie w publicznej myjni. Kobieta ma nawet makijaż nałożony dokoła oczu. Przyodziewek tradycyjnie festyniarsko-cepeliowy i jest kultowo. Aha, uroczo deklamują. Nic natomiast nie przygotowało mnie na.... nie uprzedzajmy jednak faktów.

Elfka ładuje z kopa w Jaskrowe klejnoty, następnie ma miejsce wymiana uprzejmości w języku elfim, który w wykonaniu elfki brzmi jak krakanie kruka Dudu, potem znowu kopią, tym razem Geralta, groźby karalne, rozbijają Jaskrowi lutnię, Geralt robi to, co potrafi najlepiej (nie, nie zabija bo ma związane ręce) i wali indagującą go panią ze łba w twarz. W kolejnej, jakże dynamicznej sekwencji, dwóch gwałtownych elfów leje Geralta w usto bolesne przy akompaniamencie odgłosów rodem z filmów karate produkcji azjatyckiej i już mają zakończyć serial na siódmym odcinku, już ludzie się cieszą, że to ostatne trzy kwadranse katorgi, już elf wznosi rękę uzbrojoną do ciosu gdy nagle... na polanę.... wjeżdża majestatycznie.... Kmicic.

I na to właśnie nie byłem przygotowany. Na deklamującego Olbrychskiego, odzianego w kawałek worka po zbożu i przepasanego sznurkiem do snopowiązałki. Kąsasz nawet związany - wyrecytował Babinicz do Pana Tadeusza i jest kupa dobrej zabawy jednakowoż z przewagą tej pierwszej. Elfka ociera krew z twarzy a Geralt w końcu kojarzy, że przyszły na niego ciężkie termina. Diaboł Torque (w końcu poznaliśmy jego imię) tłumaczy, że elfom jest ciężko, Kmicic po raz kolejny deklamuje: przyjmijcie godnie naszą decyzję, musimy was zabić z czystej konieczności, za jego plecami ustawia się pluton egzekucyjny (ciekawe czy plastry i bandaże przygotowane?) a ja musiałem udać się do ubikacji. Z prozaicznego powodu - znowu zanieczyściłem sobie nowiutkie pantalony. Doszedłem do wniosku, że trzeba będzie twórców tego arcydzieła obciążyć nie tylko kosztami alkoholu, który wlewam w siebie, żeby bezboleśnie przebrnąć przez koszmar kolejnych odcinków. Dorzucę również proszek do prania i płyn do płukania tkanin. Wyobraźcie sobie Kmicica z siwymi włosami, worami pod oczami do połowy policzków i z miną człowieka cierpiącego na chroniczne zatwardzenie recytującego tekst: Niczego nie chcemy od ludzi. Widzicie to? No, macie szczęście, że widzicie to tylko w wyobraźni. Ja to widziałem na żywo. Masakra.

I król elfów (Filavandrel aen Fidhail ze Srebrnych Wież - jak się Kmicic przedstawiał, to znowu popuściłem ze śmiechu) tłumaczy dlaczego kradną. Geralt tłumaczy, że i tak przegrają. Isengrim Faoiltairna kiwa potakująco głową a Wiewiórcze komanda smarują tłuszczem cięciwy łuków. Jest bełkotliwie, bez sensu ale nad wyraz śmiesznie. A Jaskier strzela dokoła wzrokiem zagubionym i zastanawia się: 'co ja kurwa robię wśród tej pieprzonej, brudnej hołoty. Zbyszek, następnym razem nie pij przy lekturze scenariusza i nie bierz takich ról'. Jak ja tego człowieka rozumiem.

O czym to ja, aha. Już mają zastrzelić z łuku podczas sepuku Geralta, Jaskra i diaboła (bo się uparł, że zasłoni ich własną piersią a elfom to zajedno ilu ubiją) gdy nagle... podobnie jak Borch 'Kochasiu' czyli bez efektów specjalnych... pojawia się jakaś zdzira z jeziora, z mieczem dwuręcznym w dłoni i zaczyna się pytać o jakiegoś Artura Zkamelotu. Tłumaczą jej grzecznie, że to nie ta bajka i że Avalon to w piątym tomie będzie, dają pić i dzwonią po pogotowie. Ten właśnie moment wybiera sobie kolejna naćpana nastolatka na wejście. I widzimy zjawisko - po łące idzie dziewcze urodziwe. Na głowie kwietnyj ma wianek. W ręku zielony badylek. Dokoła bieżą baranki i owieczki. Tylko motylka nie zauważyłem a jedynie jakieś meszki i alergeny (pyłki traw i zbóż). Nie żartuję - ona naprawdę tak wyglądała a ja zacząłem się zastanawiać co to za towar był, co ona go wzięła - ani chybi to te podsmażane sadzonki rzepy.

Widząc tą porażkę bezstresowego modelu wychowania, Kmicic każe plutonowi opuścić łuki, wszyscy klękają, diaboł się cieszy i zapada przedłużająca się, krępująca cisza.... jest bardzo cicho a otumaniony widz zastanawia się, co jest grane? Ujarana małolata patrzy się przeciągle na elfy, te wstają, idą w góry ciszyć się życiem i oddać dłoniom halnego włosy. Potem młoda podchodzi do Geralta, patrzy mu się w oczy, zawija się na pięcie i odchodzi. I ta wymowna cisza, która coś oznacza ale nie wiemy co. No dobra, powiem wam, bo ja wiem. Czytałem opowiadanie. Ona z nimi rozmawia telepatycznie. To jest sprytna sztuczka dla filmów z małym budżetem i kiepskimi aktorami. Nie wiem co prawda o czym tak sobie gadali ale jest tajemniczo, magicznie i mistycznie.

A w kolejnej scenie mamy znowu landszafcik nakręcony przez okienko w samolocie. Piękny jest. W dolinie też jest pięknie.

Następnie dowiadujemy się, o czym były telepatyczne gadki. Dziewczę po fistechu, w obszarpanym odzieniu, przekazało Geraltowi imiona wszystkich elfów z oddziału. Skąd wiem? A bo Geralt mówi do tej elfki, co go skopała po imieniu: wybacz Toruviel, że cię uderzyłem. Złość mnie zaślepiła. Mnie w tym momencie oślepiły łzy. Wzruszenia. Elfka z twarzą jak tatar zasiekany z cebulką i jajkiem też się wzruszyła. I dała Jaskrowi swoją lutnię, która jest nieodzownym wyposażeniem oddziału działającego na głębokich tyłach wroga. Żegnaj dziwny człowieku, może się spotkamy pewnego dnia - powiedział Hamlet. No, nie Hamlet ale tak to zabrzmiało. I odjechał.

Alem nałgał - na sam koniec to niesamowicie utalentowany bard Jaskier, który raczył zaszczycić nas swoją obecnością, zaśpiewał słynną balladę o parobku imieniem Yollop. Ale tylko pierwsze dwa wersy, bo potem płynnie przeszedł do nie mniej znanej ballady o zimorodku, który chomikował sadzonki rzepy w wychodku. Ale mu nie urosło. Dobranoc Państwu, wyjątkowo bez baniaka, bo na dzisiaj już dość wypiłem.

Słowo komentarza: A d'yaebl aep arse.

Teksty odcinka:
Twój związek przechodzi poważny kryzys (Geralt do Jaskra)
Jaskier, to znaczy, że ty... z Dudusiem... Napiszę balladę (Geralt do Jaskra)
Stoisz za blisko, wiesz jaki to pech. Za chwilę utnę ci łeb i zabiję twoich strażników. (Geralt do Chapelle)
Jest tu jakaś robota? Co was gnębi? W krzyżu mnie łupie. (Geralt i starosta)
Keg los, kelen pawien, ellea[11] (fonet.) (Toruviel do Geralta)
Coś jeszcze, coś ważnego ale nie zrozumiałem. (Geralt o przekazie mentalnym upapranej małolaty)
Na górę
  Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 4 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron