Strefa czasowa UTC+1godz.


Dzisiaj jest 18 lip 2018, 05:50



Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł: Historie różnych dziejów, czasów i światów - By Dragon
Post: 12 gru 2013, 13:16 
Paladyn
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 15
Rejestracja: 21 mar 2009, 11:20
Posty: 2525
Lokalizacja: Pomoria
Płeć: Mężczyzna
Cześć :D. Zauważyłem, że nie mam żadnej galerii w której mógłbym umieszczać krótkie opowiadania o różnej tematyce. Postanowiłem więc założyć sobei takie cuś :), żeby nie zawalać nimi innych projektów (np. powieści "Wysłannik" :p).
Zaczynam od czegoś lekkiego, może nawet ciut banalnego ;). Cóż, nie rezygnuje się z dobrych pomysłów, co nie? :)


RÓJ

cz.1


- Kontakt! - w dłoni Dojoro zaskrzeczała krótkofalówka. Niemal w tej samej chwili z oddali rozległ się terkot broni karabinowej. Niósł się echem od strony tych grzybowatych drzew na Zachodzie.

Niesamowite, jak Los Angeles mogło się tak zmienić w przeciągu kilku lat. W miejscach gdzie rosły niegdyś dumne sekwoje, jodły i palmy, teraz z wiecznie zamglonej powierzchni ziemi wystają fioletowe i szare jamiste wyrosty, w dodatku pokryte ohydnym lepiącym się i świecącym na trupiozielono mchem. Z Obserwatorium Griffith zostały zgliszcza. Getty Center w ruinie. Zniszczone Walt Disney Concert Hall i Walk Of Fame. Nikt już nie jada w Campanile ani w Abbot's Pizza. Nikt nie pije kawy w Café At The End Of The Universe.

Taki los spotkał niemal każde miasto na świecie. Cała Ziemia się zmieniła. Dziś jest osnuta ciemnością. I ciepłotą. Wydawać by się mogło, że gdy zabraknie Słońca, na Ziemi zapanuje wieczna zmarzlina. Najeźdźcy przywieźli ze sobą ciepło. Niezrozumiałe. Niepojęte dla człowieka. Ciepło, które nie ma źródła, po prostu jest. Trwa.

Agresorzy wyczyścili również niebo z wszelkich chmur. Przez okrągłą dobę widać gwiazdy i mgliste obłoki galaktyczne. Przez okrągłą dobę... jeżeli w ogóle można tak rzec. Czas bowiem już nie istnieje. Ziemia zatrzymała się. Nie pędzi ruchem ani obiegowym, ani obrotowym. Nie ma czasu, nie ma wiatru, nie ma cyklu dnia i nocy. Od kilku lat świat tkwi w jednym martwym punkcie. Od kilku lat jest 8:28, dnia 1 grudnia 2015 roku...

Strzały ustały. Kto zwyciężył tę małą potyczkę wśród ruin szpitala? Ludzie czy obcy? Dojoro nie zamierzał się zastanawiać. Krótkofalówka wciąż milczała. Zebrał swoich chłopców i ruszył w stronę miejsca strzelaniny.
Te rośliny nie są z tej planety. Są zbyt gąbczaste, wielkie, ruchliwe i za bardzo emanują energią radioaktywną. Świecą same z siebie. Trochę czerwieni, trochę błękitu. Zieleni i fioletu. A te motylo-żaby powinny latać po drugiej stronie Drogi Mlecznej, albo jeszcze dalej. Po drugiej stronie wszechświata. Albo w innym wymiarze i czasoprzestrzeni. Gdzie się podziały surykatki? Małpiatki? Lamy i bizony? Wymarły. Ludzie mogą przeżyć. Zaadaptują się. Przezwyciężą niedogodność życia bez światła słonecznego. Zwierzęta już nie. Przynajmniej nie wszystkie...
Dojoro wskazał dłonią kierunek marszu i przygotowanie do pozycji skradania. Karabiny odbezpieczone. Oddział przegrupował się. Część podkradła się do ocalałej ściany szpitala i ruszyła wzdłuż niej na tyły budynku. Reszta z Dojoro na czele skradała się od frontu.
- Sir, tyły czyste. Wchodzimy do budynku. - Dowódca elitarnego oddziału Comahe na tą wieść, również wkroczył w ciemność zniszczonego sanktuarium medycyny.
- Wchodzimy od frontu. - Nie włączano latarek. Po pierwsze, nie było sensu, ze względu na świecące polipy i glony porastające ściany i kupy gruzu. Po drugie, są przecież noktowizory. Mniejsze ryzyko wykrycia. Oddział poruszał się iście precyzyjnie. Sprawnie i niezwykle cicho. Korytarz osnuty mglistą feerią barw tutejszej flory robił wrażenie miejsca upiornego, opętanego przez duchy i demony z ponadczasowych wymiarów. Każde pomieszczenie, szczelina, szpara zostały sprawdzone przez żołnierzy Dojoro. Na klatce schodowej spotkały się obie grupy. Dowódca wysłuchał sprawozdania.
- Sir, w tylnych salach i głównym holu nie było żywej duszy. Dwa trupy. Obaj ludzie. Uzbrojeni po zęby. Liczne rany postrzałowe, przywodzące na myśl serię z ciężkiej broni maszynowej. Sir, nasi ludzie nie dysponowali takim orężem.
- Rozumiem. Zabezpieczcie teren i ciała. My idziemy na górę.
- Tak jest, Sir.

Ruszyli. Podwyższona ostrożność. Pierwsze piętro. Ślady walki. Krew na ścianach i rozbryzgana fosforyzująca ciecz z pociętych grzybów i glonów. Żadnych ciał. Przeszukiwanie pomieszczenia za pomieszczeniem. Mnóstwo medycznych rupieci. Całe hałdy strzykawek, butelek z przeterminowanymi lekarstwami, zabrudzonych bandaży i plastrów. Narzędzia chirurgiczne, skalpele, szczypczyki, trepany, pęsety, nożyczki, lancety, imadła, igły i haki. Bezładnie porzucony sprzęt. Defibrylator, laryngoskop, resuscytator, holter, sprzęt EKG. Wszystko to niezdatne już do użycia. Dojoro przyglądał się klinicznym maszyneriom, które szlag trafił w ciągu ostatnich kilku lat...

Odgłos.

Dźwięk, przypominający charczenie zmieszane z wykrztuszaniem.

Oddział odnalazł jednego ze swoich. Leżał częściowo przygnieciony przez zwalony strop przy wejściu do jednej z opuszczonych sal, w której złowrogo migała podwieszana lampa. Ranny był bliski śmierci. Dojoro rozumiał, że go nie uratuje. Potrzebował jednak informacji.
- Salfer... zdaj relację. - Dojoro kucnął obok biedaka zalewającego się krwią z ust. Ranny nie miał już sił, by się w ogóle poruszać. Zanim umarł zdołał wykrztusić jedno słowo.
- Bel2...
BEL2! Dojoro złapał krótkofalówkę.
- Caprim. Zarządzam natychmiastowy odwrót, spotkamy się w bazie przelotowej.
- Sir, przyjąłem.
Wszystko poszło by gładko, gdyby nie jeden mały problem. Bel2 to hasło opisujące ogromne zagrożenie dla wszelkiego życia. Za późno przekazane nie spełni swojego zadania. Tak jak w tym przypadku. W jednej chwili drużyna rozpierzchła się na wszystkie strony, szukając osłony przed śmiertelnym gradem kul z broni maszynowej. Dojoro skulił się za metalową szafą. Obok niego rzucił się jeden z żołnierzy.
- Sir, co robimy?!
Dowódca złapał krótkofalówkę.
- Odwrót! Nie podejmować walki z cyborgiem! Wypierdalać, kto może! Spotkamy się w bazie przelotowej. Życzę powodzenia. - nie miał pojęcia, czy do wszystkich dotarło. Nie miał wyboru. Klepnął żołnierza leżącego obok i ręką wskazał wejście do pomieszczenia widniejące kilka metrów za nimi. Sam rzucił się na drugą stronę i schował się za przewróconym łóżkiem szpitalnym. Oddał serię z karabinu w stronę wroga, by ten skupił ostrzał na nim, umożliwiając tym samym ucieczkę żołnierzowi. Wdzięczny kompan skorzystał natychmiastowo.
Dojoro złapał za ramy łóżka i przesuwając się razem z nim umknął w ślad za wojakiem. Szybka lustracja sali. Okno. Rzucił się biegiem. Łóżko wyfrunęło w powietrze w kaskadzie potężnego harmideru. Mechaniczny dźwięk poruszanych sworzni, klekot metalowych bolców i syczący odgłos parowych szczęk wpadł za dowódcą, niczym orzeł pikujący na niczego nie spodziewającą się mysz. Dojoro nie oczekiwał takiego zachowania. Cyborgi tak nie postępują. Nie miał czasu jednak solidnie kontemplować na ten temat. Wyleciał przez okno, nie zastanawiając się nawet przez chwilę nad możliwą różnicą wysokości na zewnątrz. Szczęściem, trafił na taras. Pobiegł natychmiast wzdłuż ocalałej ściany budynku. Usłyszał kolejny głośny rumot. Metalowa kupa złomu przebiła się przez ścianę. Czuł oddech śmierci. Śmierci pachnącej spalonym olejem i benzyną.

Szczelina w ziemi. Zręcznie przeskoczona. Przeszkoda w postaci zwałów ogromnych kawałków ściany, z wystającymi prętami i resztkami barierek. Kroki przypadkowo stawiane w stanie najwyższego skupienia w szaleńczej gonitwie. Ostatni krok był błędem. Gruz nie był stabilny. Strata równowagi. Ciężki upadek w poszarpany beton i luźne kostki brukowe. Nieuchronne stoczenie się w dół, w tumanie kurzu i pyle toczących się kamieni. Połknięcie przez piwniczną jamę, którą było szpitalne podziemie. Potężny atak bólu w plecach. Chwilowa utrata powietrza. Coś zasłania dziurę, przez którą wpadł. Cyborg! Żelazne kolce pędzą na spotkanie ze swoją ofiarą. Dojoro odtoczył się w bok i rzucił do ucieczki. Ostre ramiona potwora poszatkowały posadzkę, niczym maszyna do szycia, wbijająca igłę w materiał. Niemal natychmiast poszerzyły nieszczęsny otwór, przez który robot się przecisnął.
Ucieczki ciąg dalszy. Między filary. Między samochody, niektóre porośnięte świetlistą florą. Świst kul. Sypiące się szkło rozbitych szyb. Fruwające lusterka. Rykoszety. Dojoro cudem przeżył. Nagły wybuch. Ogień pożarł ciemność. Auto roztrzaskało się na kawałeczki. Brama. Wraki samochodowe wyrzucane w powietrze. Cyborg nadciąga. Przez bramę, jak najszybciej. Póki jeszcze starczy sił. Zmęczenie. Dwoi się w oczach. Rzężący oddech. Zbyt duży wysiłek. Przez bramę. Jedyna droga wyjścia. Zawalona...

Stop. Powolne zatrzymanie się. Upadek na kolana. Zrozumienie. Pogodzenie się z rychłą śmiercią. Wystarczy już. Niemal całe życie uciekał przed tymi stworami. Opuścił planetę, z której pochodzi. Zostawił Emavrę. Zdradził swój dom. Jak prawie każdy z jego rodaków. Masowa wymuszona emigracja. Myślał, że znajdzie nowy dom. Alternatywą było zamieszkanie w przestrzeni kosmicznej, w okrętach kosmicznych, mobilnych stacjach astronomicznych. Ale nie można uciec tak łatwo przed przeszłością. Statki były zainfekowane. Mordercze maszyny wciąż pragnęły krwi. Przywiózł to cholerstwo ze sobą, tu na Ziemię. Tu rozbiła się gwiezdna flota Emavry. 1 grudnia 2015 roku o 8.28 przez amerykańskie stany Texas, Oklahoma i Kansas przebiła się płomienna kawalkada z kosmosu, wyrzynając w ziemi ogromną ognistą bliznę. Zaraz potem Słońce zgasło. Symptom obecności Cyborgów. Zapadła ciemność. Zatrzymał się czas. Zabrakło wiatru. Dla rodzaju ludzkiego była to apokalipsa. Cyborgi szybko opanowały całą planetę. Zmieniły ekosystem. Zniszczyły tutejszą unikalną florę i faunę, zastępując ją ohydną odmianą tworów zdolnych przetrwać w świecie zniszczenia i destrukcji. Dojoro wciąż walczył. Wziął to na siebie. Naraził kolejną cywilizację na wyginięcie. Musi to odkręcić. Ale się nie da. Nie sposób walczyć z tym zagrożeniem. Dowodem jest ten moment, w którym w zawrotnej prędkości przewija się w myślach niemal całe życie. Dowodem jest klęczący i czekający na śmierć, dowódca oddziału elitarnej jednostki wojskowej Emavry. Ostatnia nadzieja dla jego gatunku, właśnie ma umrzeć.

Wiatr?
Nie.
Podmuch powietrza. Gorąca ściana mieszaniny ziemskich gazów.

Słońce?
Nie.
Ogień. Potężny blask eksplozji.

Huk? Tak.
Ogłuszający, powoli zmieniający się w denerwujące dzwonienie w uszach.

Oddech? Tak.
Wciąż oddycha. Wciąż żyje.

Dojoro odwraca się. Widzi palące się szczątki niedoszłego oprawcy i kata. Metalowe odnóża nie klekoczą. Laserowe oko nie świeci. Cyborg stał się wrakiem. Jak to się stało? Jak to możliwe?!
Ktoś go podnosi.
- Wstawaj... przez Ciebie zmarnowałem ostatni pocisk do rakietnicy...

Utrata przytomności.

_________________
"It's always further than it looks.
It's always taller than it looks.
And it's always harder than it looks."

3 RULES OF MOUNTAINEERING
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 12 gru 2013, 18:43 
Igor
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 7
Rejestracja: 08 lut 2009, 10:54
Posty: 3311
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Dobra, to na dzień dobry wskażę dwa elementy, które poraziły mi oczy:
1. Zwierzęta, jeśli giną całymi gatunkami, to Wymierają, a nie Umierają.
2. "Połknięcie przez piwniczną jamę, którym było szpitalne podziemie." - ja bym dał "Połknięcie przez piwniczną jamę, która była szpitalnym podziemiem.", bo inaczej to zdanie nie ma zbyt wiele sensu.
3. Trzymaj się jakiegoś czasu, bo skaczesz z przeszłego, w tryb bezosobowy na czas teraźniejszy i znowu przeszły jak Ci się żywnie podoba i przez to nie wiadomo co się dzieje.
No dobra, trzy elementy :)

Podoba mi się świat, koncepcja i w ogóle klimat. Podoba mi się, że cyborgi to takie przekoksy :) Bardzo ciekawa wizja, powinieneś zdecydowanie coś więcej o niej napisać, mam nadzieję, że zamierzasz.
Podoba mi się akcja, fajnie trzyma w napięciu. Później jest element dynamiczny, w których co prawda trochę się nie odnalazłem, ale czytało się szybko, choć przez ten chaos trochę nieuważnie.
No i końcówka tak trochę słaba. Fajny patent na to, że on myślał, że zginie, ale tak bez przytupu. Liczyłem na wielkie bum na końcu, a wielkiego bum nie było :) Szkoda. Choć to daje pole do popisu przy następnych opowiadaniach, jeśli zamierzasz wykorzystać jeszcze tą postać.

Ogólnie uznaję to za dobrą lekturę. Na pewno nie żałuję czasu, który na nią przeznaczyłem. Czekam na coś więcej.

_________________
Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól zrobiĆ, a zrozumiem. - Konfucjusz

"Bez pożegnania nie ma rozstania, jest tylko zmowa milczenia."
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 12 gru 2013, 18:53 
Paladyn
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 15
Rejestracja: 21 mar 2009, 11:20
Posty: 2525
Lokalizacja: Pomoria
Płeć: Mężczyzna
Ok, co do punktu 1. i 2. to moje niedopatrzenie, już poprawione. Serdeczne dzięki, Ingi za to :).
Co do punktu 3. to szczerze rzeknę, że mam spory problem z utrzymaniem czasu. Zawsze miałem ten problem. Taka moja pięta achillesowa. Ciągle pracuję nad nią, by się jej pozbyć. Podobno trening czyni mistrza, więc się tego trzymam.

Bardzo się cieszę, że się podobało. I jestem strasznie zawiedziony samym sobą, że spaprałem końcówkę. Kurka no, teraz przychodzi mi do głowy miliony pomysłów jak mogłem to inaczej rozegrać :D:D

Tak więc, wielkie dzięki za krytykę, Ingvi. Bardzo sobie to cenię ;).

_________________
"It's always further than it looks.
It's always taller than it looks.
And it's always harder than it looks."

3 RULES OF MOUNTAINEERING
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 12 gru 2013, 19:04 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 1804
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
No. Jestem pod wrażeniem. Świetne. Bardzo. Pomysł, wykonanie... Jak dla mnie bomba :D Taki fizyk mógłby się przyczepić pewnie do logiczności efektów najazdu Obcych, ale ja to tam się nie znam więc wiesz... Na przecinki nie zwracałam uwagi, bo od tego jest Draghan :D A z resztą pewnie ty wiesz co i jak. Mam tylko jedno zastrzeżenie... "Zaadoptują się". A nie "zaadaptują"?
Ogółem to nie moje klimaty, znaczy się cyborgi, Obcy i takie tam... Zwyczajnie nie lubię. Ja raczej wolę duchy, demony i symbolikę, ale to przecież kwestia gustu. Mimo to spodobał mi się twój pomysł, bo to nie jest powielony schemat, tylko coś oryginalnego. Ale sądzę, że ty nieoryginalnych pomysłów nie masz :D Tylko ten fragment, gdzie wykorzystywałeś tylko krótkie zdania, tudzież równoważniki zdań, by podkreślić tempo akcji, wydawał mi się zbyt długi. Chociaż inaczej też brzmiałoby dziwnie. Ale może to dlatego, że to krótkie opowiadanie, więc... Nieważne :D
I ta końcóweczka. Miodzio XD

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 12 gru 2013, 19:37 
Paladyn
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 15
Rejestracja: 21 mar 2009, 11:20
Posty: 2525
Lokalizacja: Pomoria
Płeć: Mężczyzna
Dzięki :). Wiesz, powiem Ci, że to mój pierwszy zrealizowany pomysł w realiach sci-fi. Wcześniej zajmowałem się typowym fantasy, i ja po prostu potrzebuję czegoś świeżego, bo mam już powoli dość magii i epickich herosów. Dlatego, chciałem sprawdzić się w tym, równie ciekawym, gatunku fantastyki.

Co do "adaptacji", to już poprawione ;). Sytuacja ta sama, którą przedstawił wyżej Ingvar.

Co do przecinków, to na pewno jest masakra, bo ja nigdy nie mam pewności czy to cholerstwo ma stać tam, czy gdzieś indziej... :D

Cieszę się, że mimo wszystko się podobało :D
Wtf... końcówka nie taka zła? Się teraz zakręciłem :D:D

_________________
"It's always further than it looks.
It's always taller than it looks.
And it's always harder than it looks."

3 RULES OF MOUNTAINEERING
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 12 gru 2013, 20:02 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 1804
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
Mi tam się podoba. Może nie ma szału z tym, że ktoś go uratował, tak jak to Ingvar napisał. Ale mi się bardzo wykonanie podoba, forma :) Nie taki suchy tekst, opis, tylko coś takiego... no fajnego XD Wiesz o co cho.

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 28 gru 2013, 20:35 
Paladyn
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 15
Rejestracja: 21 mar 2009, 11:20
Posty: 2525
Lokalizacja: Pomoria
Płeć: Mężczyzna
Ołkej... słuchajcie. Zrezygnowałem z kontynuacji powyższego opowiadania, nie mam jakoś motywacji do tego. W zamian rzucam wam sto razy poważniejszy tekścior do przełknięcia. Jestem bardzo ciekaw waszych reakcji i interpretacji ;). I przy okazji OSTRZEGAM, jest nieco nostalgicznie i melancholijnie :D. Niemniej zapraszam do lektury ;)


BY ROZUMIEĆ...


Szedłem. Przed siebie. Droga, którą deptałem swoimi butami, biegła prosto, nie robiąc żadnych zakrętów, niczego nie omijając. I tak nie było co omijać. Nazwa "pustkowie" zobowiązuje. Był tu tylko piach, pustynno-górzysty krajobraz, wszędzie fruwające Tumbleweed i ta betonowa droga, którą uparcie wędrowałem. Na zachód. Chyba...

Jednak to nieistotne, jaki był cel mojej wędrówki. Ważniejsze jest bowiem to, co widziałem po drodze. Bo nie byłem sam w tych okolicach. Najpierw jednak oceniłem stan podłoża. Tak, wspominałem, że droga była betonowa. Ale nie dodałem, że była popękana, w wielu miejscach zapadnięta, przysypana wszędobylskim pustynnym pyłem. Czasem nawet musiałem skakać przez ogromne szczeliny i dziury, powstałe przez obsunięcie się kawałka nawierzchni. Żaden samochód tędy by nie przejechał. Właściwie nie miał już po co. Tam na zachodzie nic nie ma. Na wschodzie też nie.
Niebo było rudawe. Chmury ciężkie. Dziurawe, niczym bluzka potraktowana przez mole. Przez te pęknięcia w chmurnej powłoce przesączało się brunatne światło, jakby i tam, na górze, burze piaskowe tańczyły w rytm swojego szaleńczego ambientu.

Wiem, mówię chaotycznie. Nie potrafię inaczej. Nie jestem teraz panem samego siebie. Inna siła mną steruje. Jestem na czyjejś łasce i muszę iść. By zobaczyć.
Nie czułem pragnienia. Nie byłem głodny. Mimo, że w ustach nie miałem nic od bardzo długiego czasu. Nie czułem zmęczenia. Mimo, że szedłem już bardzo długo. Ale czułem, że oto zbliżał się koniec mojego stawiania równych kroków. Bo zacząłem widzieć.

Zbliżałem się do niewielkiego wykrotu, blisko drogi. Zauważyłem w nim człowieka. Z miejsca poznałem, że to człowiek, choć wielu z was by się ze mną nie zgodziło. Czemu? Bo on jadł kogoś podobnego do siebie. Mężczyzna miał liczne poparzenia skóry różnego stopnia, bo za długo błąkał się po pustkowiach. Zachowywał się jak zwierzę. Rozrywał mięso drugiego człowieka, jakby nie jadł od wielu tygodni. Nie przejmował się tym, że jadł kogoś, z kim mógł teoretycznie porozmawiać. Nie przejmował się tym, że stał się kanibalem. Właśnie przedłużał swoje żałosne życie. Przywracał sobie wiarę w przetrwanie, nadzieję na lepszy los. To nie jego wina, że nie wiedział. Nie miał pojęcia, że będzie już taki do końca życia. Zasmakował w ludzkim mięsie. Ale był człowiekiem. Nadal był człowiekiem. Zostawiłem go.
Niech wierzy.

Poszedłem dalej. Teraz mogłem przystawać na moment, by się przyjrzeć temu, co napotkam. Nieznana, kontrolująca mnie siła pozwalała mi na to.
Więc przystanąłem w pobliżu pewnego samotnego martwego drzewa. Na jednej z gałęzi huśtało się kilka ciał. Częściowo je zidentyfikowałem. Trzech samobójców. Jeden dorosły i dwoje dzieci. Mężczyzna, zapewne ojciec oraz chłopczyk i dziewczynka. Dzieci miały pięć, sześć lat. Nie więcej. Z pewnością były za młode, by zainicjować samobójstwo. Wina więc leży po stronie jedynej osoby zdolnej zabić dzieci i siebie. Ale czy na pewno jest to wina? Może desperacja? A może najsilniejsza więź, jaka istnieje między ojcem a jego dziećmi? Miłość? To mogło być wszystko. Tak czy inaczej, uważam, że dobrze się stało. Po rozejrzeniu się wokół, na świat otaczający to martwe drzewo, stwierdziłem, że tak jest dobrze. I ruszyłem dalej.
Niech śnią.

Nigdy nie wybaczyłem sobie jednego. Że nie zdążyłem zakupić kwiatów i pierścionka zaręczynowego. Był taki śliczny, na pewno by się jej spodobał. Był cholernie drogi, ale zdołałem uzbierać na niego pieniądze. Odmawiałem sobie naprawdę wiele przez te kilka miesięcy, żeby w tamtej jednej chwili, móc zobaczyć łzy radości mojej wybranki. Nie zdążyłem. Niby nie moja wina. Nie mogłem przewidzieć, co się stanie. I tak sobie tego nie wybaczę. Mówię o tym, bo podczas mojej pustynnej wędrówki stałem się świadkiem sceny bardzo podobnej do moich wspomnień. Przy drodze stał wrak samochodu. Stał w ogniu. Czerwone płomienie buchały wysoko, a gęsty czarny dym spowijał powietrze próbując sięgnąć nieba. Obok wraku jakiś mężczyzna pochylał się nad zmarłą kobietą. Nie krył swoich łez, nie próbował zagłuszać swego krzyku rozpaczy. Jego roztrzęsione dłonie głaskały czoło kobiety, jakby chciał dodać jej otuchy. On chciałby mówić jej, że będzie dobrze, że wyjdzie z tego. Chciałby też, żeby go słyszała. Odszedłem stamtąd. Nie mogłem patrzeć. Chwilę potem usłyszałem niesamowity wrzask, a gdy się odwróciłem ujrzałem nowy ogień. Westchnąłem i kontynuowałem spacer.
Niech znów będą razem.

Zaczynałem powoli rozumieć, po co ta siła prowadzi mnie tą popękaną Route 66. Nie wiedziałem, że to ta droga, póki nie ujrzałem charakterystycznego znaku na nawierzchni. W życiu stanąłem przed wieloma wyborami. Często się myliłem, by potem słono zapłacić za moje błędy. Byłem ciekaw, czy ten hipis, którego minąłem siedzącego na poboczu drogi i huśtającego się w przód i w tył, również musiał płacić. Obok niego zauważyłem strzykawkę i dziwny pojemnik z białą zabrudzoną nalepką. Co mu pozostało na tym świecie? Chciałem mu powiedzieć, że niszcząc swój umysł, pustoszy zarazem całe swoje życie. Ja to wiedziałem. Wciąż mam blizny po ukłuciach. Jednak najbardziej bolała mnie blizna w mojej mentalności. Ten ćpun wiedział, co znaczyło stracić wszystko. Rozejrzałem się wokół. Pustka. Zrozumiałem, że jego życie już dawno było spustoszone. A świat odebrał mu silną wolę.
Niech więc ucieka.

Zacząłem się zastanawiać, co będzie na końcu mojej ścieżki. Siła nade mną wprowadziła mnie w ruiny. Kiedyś musiały być pięknym miastem. Może to było Clinton w stanie Oklahoma? A może Amarillo w Texasie? Seligman? Nie, chyba nie. To Los Angeles, ostatni przystanek Route 66. Nie wiem, po czym poznałem. Nic tutaj nie wyglądało jak Los Angeles. Wszędzie gruzowiska, gołe zbrojenia pokryte rdzą, sterczące kikuty wieżowców. Okropny widok. Ale tutaj działo się najwięcej. Zauważyłem jakiegoś dziadka pchającego wózek z puszkowaną żywnością. Jego dobytek. Jego przetrwanie. Jego koniec. Zza kupy gruzów podbiegł do niego jakiś Afroamerykanin. Uderzył go prętem w głowę, złapał wózek i rzucił się w ucieczkę. Nie oddalił się daleko. Kula przebiła go na wylot. Huk wygnał ciszę... na moment. Uzbrojona w myśliwski sztucer kobieta zabrała wózek i ruszyła do swojej kryjówki, gdzie mogła dalej planować, jak zdobyć następne jedzenie.
Walka. W takim świecie, nic nie liczy się oprócz walki. Każdy chce żyć. Chce oddychać, mieć energię. Idąc dalej natknąłem się na gang. Grupę ludzi szukających wspólnie pożywienia i wszystkiego innego, co można wykorzystać w jakiś przydatny sposób. Gang. Nie przyjmował nikogo. Zabijał chore dzieci. Odnalezione kobiety gwałcił. Okradał samotnych wędrowców, nie zostawiając im zupełnie niczego. Znalazłem się w domenie strachu. To strach. Panika. Ludzie zabijający siebie nawzajem, roztaczający wokół siebie aurę nienawiści, żyli w strachu. Przecież świat upadł. Każde osiągnięcie ludzkości zostało pogrzebane w hałdach śmieci, strawione w ogniu zniszczenia. Ostatnim celem ludzkości jest doprowadzenie do swojego wymarcia. Ludzie muszą pozabijać się nawzajem.
Niech więc kończą.

Wiedziałem. Domyślałem się. W końcu zdobyłem pewność. Szedłem tam, gdzie to wszystko, co dotąd widziałem gwałtownie się dla mnie skończyło. Miałem zrozumieć, że niepotrzebnie płakałem i walczyłem o kilka oddechów więcej. Miałem zobaczyć, co tak naprawdę doprowadziło do końca świata. Sam się do tego przyczyniłem. Każdy mój uczynek w przeszłości przewracał kolejną zapadnię, mającą otworzyć lawinę kataklizmu. Tak jak uczynki każdego innego człowieka. Zrozumiałem i wypowiedziałem kilka słów do tej nieznanej siły nade mną: "Byłem człowiekiem, takim jakim pozwoliłeś mi się stać." To była moja odpowiedź. Mój wniosek. I zaznałem spokoju, gdy ujrzałem własne ciało przygniecione ogromną kamienną lawiną. Moje ciało wchłonęło mnie...

... i zamieniło się w proch razem ze mną.

_________________
"It's always further than it looks.
It's always taller than it looks.
And it's always harder than it looks."

3 RULES OF MOUNTAINEERING
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 29 gru 2013, 15:51 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 1804
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
Eh, Dragon... Żeś trafił. Akurat słuchałam sobie jakiejś melancholijnej melodii. Jeszcze kilka akapitów tekstu i bym się poryczała xD Ale ja to tak mam... Łatwo mnie do płaczu doprowadzić :D
No więc, tekst jest okropnie przytłaczający i, jak sam wspomniałeś, nostalgiczny i melancholijny. Cały czas czytając to, w głowie miałam taki druzgocący obraz kończącego się świata. Co zdruzgotało mnie. Bardzo dobry tekst. Naprawdę. Uwielbiam, jak dzieło pozostawia po obserwatorze takie głębokie uczucie, a nie tylko "no, fajne to było, już zapominam". Najlepsze dzieła to takie, o których nie chce się zapomnieć i nie może jednocześnie. Gdybyś napisał całą książkę w takim klimacie, z pewnością przez długi okres wspominając całą fabułę, czułabym się okropnie. Ale ja lubię czuć się tak okropnie. Bo tylko takie rzeczy się pamięta. To trudne tak wpłynąć na ludzi, żeby odczuwali to w ten sposób. Ci się to w małej części udało, bo tekst jest zbyt krótki, żeby wywołać tak skrajne emocje. Ale jeśli zamierzasz napisać coś dłuższego w takim klimacie, to całkowicie cię popieram :)
E, trochę chaotycznie mi to wyszło, ale wiadomo o co chodzi... :)

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 gru 2013, 17:50 
Administrator
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 21
Rejestracja: 03 lis 2008, 08:07
Posty: 9072
Lokalizacja: Gród Bestiarium
Płeć: Mężczyzna
Cea ładnie zareklamowała. :D Mam nadzieję przeczytać to w najbliższym czasie. :) Może nawet jak wrócę dzisiaj do domu. ^^

_________________
Wszystko ku chwale większej frajdy!
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 30 gru 2013, 18:01 
Paladyn
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 15
Rejestracja: 21 mar 2009, 11:20
Posty: 2525
Lokalizacja: Pomoria
Płeć: Mężczyzna
Cea, bardzo Ci dziękuję za twój, jakże OWOCNY komentarz :D:D. I niestety, chyba Cię zawiodę w kwestii pisania czegoś dłuższego w takim klimacie, bo nie zamierzam i nie planuję pisać niczego mającego etykietę powieści ;). To miało być po prostu takie małe eksperymentalne opowiadanko, bo nigdy nie pisałem, czegoś takiego ;). I fajnie, że w jakiś sposób ten tekst wpłynął na Cb, takie było jego zamierzenie. Właściwie każde opowiadanie ma taki cel, wpłynąć na czytelnika i zainteresować go swoją zawartością.

Dragu, a więc czekam niecierpliwie na twój komentarz ;).

_________________
"It's always further than it looks.
It's always taller than it looks.
And it's always harder than it looks."

3 RULES OF MOUNTAINEERING
Na górę
  Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron