Strefa czasowa UTC+1godz.


Dzisiaj jest 21 lip 2018, 18:34



Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4
Autor Wiadomość
 Tytuł:
Post: 02 sie 2014, 23:14 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 1798
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
Dobra. Żem czytła. A więc.
Rzeczywiście, ten pierwszy tekst jakiś najlepszy to nie był xD Takie tam. Bez szału. Ale to już wiesz.

Przejdźmy dalej...
No.
Kurczę.
Nawet nie wiem co powiedzieć xD To jest serio niezłe. To jest super. Nie patrzyłam na błędy techniczne, więc nie wytknę. Od tego jest Draghan xD Po jego poście widzę, że chyba dużo ich nie było.
Ale poza tym... To jest takie... Takie... No nie wiem. Swojskie XD Czuć tutaj naszą kulturę, a nie jakieś Olimpy czy coś tam. Poza tym, bardzo dobrze się to czyta :) Nie jest to genialne... Ale nie trzeba być genialnym :) Jest to proste, a jednocześnie bogate. Tak samo jak my, Słowianie. I nie mam na myśli jakichś rapów Donatana xD Hehe. No. Ładnie. Podobuje mi się.

Polecam, Ceallach z Brukowanej Wioski. :D

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Historie różnych dziejów, czasów i światów - By Dragon
Post: 03 lis 2014, 22:48 
Paladyn
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 15
Rejestracja: 21 mar 2009, 11:20
Posty: 2390
Lokalizacja: Pomoria
Płeć: Mężczyzna
Dziękuję bardzo za pokrzepiające słowa i komentarze :).

No i jest. Ostatnia część z trylogii opowiadań "jakaśtam Baśń" xD. Tym razem jest "Mroczna". Życzę miłego czytania, choć wg mnie, to najsłabsza część całej trylogii ;).

Cytuj:
MROCZNA BAŚŃ

Straszliwa Ciemność wg opowieści ocalałych z Doliny Dorreńskiej



Przysiadł na gałęzi. Łypnął szklistym okiem w ziemię, pokręcił główką w poszukiwaniu czegoś interesującego. Nie przeszkadzała mu ciemność, rozświetlana pojawiającym się od czasu do czasu półksiężycem. Chmury były ciężkie i zwaliste, ale nie było ich dużo. Grupki obłoków leniwie sunęły przez rozgwieżdżony nieboskłon. Kruk spikował nagle na rozjeżdżoną przez wozy drogę. Znalazł jakąś błyskotkę. Był to miedziany guzik. Dla człowieka nic nie warte znalezisko, zwykły śmieć. Dla tego ptaka był to jednak skarb na tyle godny, by go komuś podarować. Nie mitrężył czasu, złapał guzik w dziób i wzbił się w powietrze. Przefrunął między drzewami zgrabnie omijając rozczapierzone gałęzie, zanurkował by złapać powietrzny prąd w swe skrzydła i dzięki niemu wznieść się jeszcze wyżej ponad czubki drzew. Zamachał skrzydłami kilka razy, skurczył jedno - przez co skręcił w locie - po czym sprostował i poszybował ku cmentarzowi.
Wylądował na jednym z grobów w ostatnim rzędzie pod zmurszałym murem. Zadrapał pazurkami zakurzoną płytę, spojrzał na epitafium ledwo widoczne spod warstwy mchu. Po chwili całkowitego bezruchu zbliżył się do małej kupki rupieci usypanej na nagrobku i dorzucił do niej znaleziony guzik. Nastroszył pióra, zatrząsł się jakby z zimna i wrócił do tęsknego przyglądania się imieniu wyrytemu przed nim.

Lenore.

Kruk oddał się wspomnieniom, a wokół gęstniały cienie. Z drzew wypłynęły duże i małe duszki, wszystkie szeptały i ze smutkiem wpatrywały się w ptaka na grobie. "On płacze" - szeptały. - "Tęskni i płacze". Jeden z większych duchów szepnął nieco głośniej: - "Westchnę w jego wnętrzu i odnajdę jego historię. Dowiedzmy się, czemu roni łzy." Jak powiedział, tak zrobił. Nabrał powietrza z całych sił i dmuchnął na kruka, aż ten zamachał skrzydłami. Wiatr się nasilał. Pęd powietrza pociągnął ducha ze sobą, dzięki czemu wtargnął on do ukrytych wspomnień czarnego ptaka...

...Mała dziewczynka wybiegła z domu w radosnych podskokach, a za nią wyfrunęło głośne: "Lenore! Nie biegaj tak, krzywdę sobie zrobisz!". Ale Lenore nie martwiła się tak, jak jej matka. Była zwinną, szybką i zdrową dziewczynką, pełną zapału i młodzieńczych sił. Podbiegła do karmnika dla ptaków i wsypała tam kilka ziaren pszenicy. Kruk był jej wdzięczny...

...Dziewczynka opatulona grubym płaszczem rzuciła mały stosik drewienek na ganek. Sapnęła głośno i usiadła na schodkach nie zważając na warstwę śniegu. Obok niej przycupnął po chwili czarny kruk. Dziewczynka bez wahania wzięła go na ręce i ogrzewając jego zmarznięte skrzydełka, wymruczała ciepłe słowa:
- Uhaha, zima zła. Ptaszku, nie bój się. Zimy nie ma długo. Za kilka dni sobie pójdzie. - Kruk wierzył. Nie miał podstaw, by nie wierzyć...

...Lenore pracowała w pocie czoła uderzając co rusz cepem w kupki słomy, by wydobyć jak najwięcej ziarna. A że było samo południe, słońce mocno dawało we znaki. Miała już 20 lat. Jej okres zabaw i radosnej uciechy zakończył się i minął bezpowrotnie. Teraz musiała pomóc swym rodzicom, by przetrwać kolejny rok, aż do następnych żniw. Tak więc machała cepem z ogromnym zapałem. Ilekroć uderzyła, ze strąków ściętych łodyg sypały się drobne ziarenka pszenicy. Skaczącemu obok krukowi pozwalała wyjadać ich niewielką ilość. Była chyba jedyną osobą, która nic sobie z tego nie robiła. Każdy zazwyczaj ptaki przeganiał...

...Lenore leżała na ziemi. Umorusana od stóp do głów błotem i łąkową ziemią. Pozbawiona niemal doszczętnie z sił. Kruk stał przed nią nie ruszając nawet piórkiem. Stał i wpatrywał się beznamiętnie w jej szkliste załzawione oczy. A ona patrzyła na niego i szeptała drżącym głosem:
- Nie bój się, ptaszku. To minie. Wojna się skończy i znów będzie dobrze. Minie jesień, minie zima i znów przyjdzie wiosna. Zo-zobaczysz... - jej szept został zagłuszony przez tupot ciężkich butów. - ...papa ptaszku! - Kruk widział jak Lenore oddala się otoczona własnym krzykiem. Z daleka patrzył jak jej ciało zawisa na drzewie. Ludzie, którzy jej to zrobili w śmiechu odjechali na swych koniach.
Kruk podleciał bliżej. Przysiadł na ziemi przed dyndającymi w powietrzu nogami. Lenore nie przemówiła. Przemówił za to płonący las...

...Kruk przyglądał się ceremonii pogrzebu nerwowo strosząc piórka. Jego najcudowniejsza przyjaciółka właśnie została pogrzebana pod ziemią. Zniknęła na zawsze. Kruk został sam. Gdy odszedł ostatni gość, ptak przysiadł na nagrobku i po prostu zapłakał...


Wiatr zawiał jeszcze mocniej. Duchy rozproszyły się po okolicznych drzewach smutnie zawodząc i wtórując silnym zawiewom jesiennej nocy. Kruk wzniósł się znów w powietrze, przeleciał między drzewami, zrobił dwa kółka wokół wielkich dębowych konarów. Rozpostarł skrzydła i poleciał ku swemu przeznaczeniu. Dziś oddał ostatni prezent. Na grobie Lenore leżało dokładnie 25 skarbów, tyle ile lat liczyła jego przyjaciółka w chwili śmierci. Oddawszy jej ostatni hołd skierował się ku południu, gdzie zbierała się ogromna armia. Kruk wiedział, czym jest wojna. Widział jej okrucieństwo i zło. Mimo to, postanowił dołączyć do armii gotującej się do walki z potężnym przeciwnikiem. Będzie walczył pod wodzą pięknej wojowniczki o pokój i porządek świata, po to by zaspokoić swój ból. Będzie walczył tak długo, aż wymarze swój żal lub zginie...

***


Za kilka godzin nastanie świt. Jeździec nakryty derką skierował konia na wznoszącą się po pagórku dróżkę. Ciągnął przeraźliwy chłód, jesień na dobre zawitała wokół przeganiając, jak co roku, gorąco lata. Popędził zmęczonego ogiera, zmusił do wspięcia się na górkę i zwolnił na jego szczycie. Liczył na to, że coś zobaczy, ale w tej ciemności, mimo że rozświetlanej przez półksiężyc, niewiele widział. Kształty drzew były rozmazane, tylko kontury konarów pozwalały w miarę określić wygląd terenu. Ścieżka wiła się w dół, w dolinę, na równinę z rzadka upstrzoną grupkami drzew i znikała w oddali w ciemności. Jeździec puścił się kłusem zjeżdżając z pagórka i kierując się na północ.
Dolina pogrążona w księżycowej poświacie była dziwnie cicha i jednocześnie kojąca. Jeździec pozwolił wierzchowcowi na stęp, by się nie męczył niepotrzebnie. Sam zaś chłonął czyste powietrze i mgielne opary, przepełnione wilgocią i zdrowiem. Bogactwo niebios. Ludzie mieszkający w przeludnionych miastach na Północy, nie mają nawet pojęcia czym to jest. Mężczyzna siedząc w kulbace rozglądał się pilnie wokół, lustrując zarośla i krzewy. Droga musiała być często uczęszczana, bowiem głębokie rowy po kołach wozów znacznie utrudniały pochód konia.
Jeździec zatrzymał się nagle. Usłyszał coś. Stał w miejscu, uspokajając swojego rumaka, by nie robił zbyt dużego hałasu. Wtem zauważył jakąś osobę żwawo kroczącą ku niemu drogą. Nieznajomy miał ubraną zbroję i był bez hełmu. Nocą ciężko odczytać jakiekolwiek detale, więc trudno było określić coś więcej na temat wyglądu wędrowca.
- Stać! Kto zacz i czego wędruje samopas po tym odludziu? - odezwał się ochrypłym głosem do jeźdźca.
- Takoż zapytać mogę i ja waćpana, bom pańskich watażków nie zauważył również. - odpowiedział jeździec, pewnie siedząc w kulbace.
- Ale moi watażkowie obaczyli cię, a jakże... - na jego słowa, ze wszystkich stron wyłoniła się grupka wojowników w metalowych pancerzach i hełmach. Hełmach z charakterystycznymi pióropuszami. Królewska gwardia. Albo podszywający się za nich zbójnicy. - ...Nie zgrywaj więc cwaniaczka i śpiewajże mi swą tożsamość...
- Ejże! Chwila! - zakrzyknął nagle jeden z tych, co się wyłonili z gęstwiny. - Ja go znam! Niech mnie dżuma pochłonie, jeśli się mylę! - mężczyzna schował uprzednio wydobyty miecz i zdjął hełm. Czarne długie włosy rozpierzchły się wokół jego twarzy, a potem poddały się sile wiatru. - Słynny najemnik, herszt Krwawych Wilków, panicz Avran we własnej osobie! Chować miecze. To swój.
Jeździec zdjął kaptur z głowy i przyjrzał się dokładniej swojemu rozmówcy.
- Haerys Khal. A jednak królewska gwardia... która wciąż stosuje ten trik z zamianą przełożonych z żołnierzami. - Avran zszedł z konia i nieoczekiwanie rzucił się w przyjacielski uścisk z Haerysem.
- Haha, nie ma się co oszukiwać, przełożony jest ważniejszy od żołnierza. Jesteś sam? - rzekł Haerys po przywitaniu.
- Jestem...
- To idziemy do generała. Niebezpiecznie ostatnio krzątać się po tej okolicy...
- A dlaczegóż to?
- Gdzieś ty bywał, że nic nie wiesz?
- O czym?
- Wojna przecie... i to taka na poważnie.


***


Cień przefrunął nad gęstwiną bzów i leszczyn i zamarkował nagle spory łuk w powietrzu, okrążając naziemne skupisko świateł pochodni i ognisk. Obóz był ogromny, linia namiotów przecinała leśny ekosystem i zdawała się zlewać z nim w miejscach, gdzie nie sięgało oświetlenie. Po obozie szwendało się mnóstwo ludzi. Kruk nie zamierzał lądować na terenie wroga, zatoczył więc kilka kółek i poleciał ku swoim, wciąż szybując na południe.

***


- Historia to niedługa, ale i nieciekawa zbytnio. - Rosły mężczyzna w grawerowanej zbroi i niebieskim płaszczu przeszedł się dookoła ławy, by poszperać w skrzyni, usadowionej w rogu namiotu. - Tyle jeno, że znana wszystkim dookoła, nawet na dalekiej Północy ploty się poroznosiły. A Ty nie wiesz? Jakże to tak? - Wyciągnął spory zakorkowany bukłak. - Albo w jakiej ciemnicy byłeś zamknięty przez ostatnie kilka miesięcy, albo żeś spity jeździł po polach jakichś odludnych...
- Do rzeczy, Marco... - odezwał się Avran siedząc na stołku przy ławie.
- Dobra, dobra. - Generał Marco usiadł naprzeciw i nalał wina do cynowych kubków. - No, co tu opowiadać... nasz miłościwy król Ferdynand miał ostatnio, jakby to rzec... okres nieporozumień z naszym południowym sąsiadem. - Postawił Avranowi kubek z winem, gestem zachęcając go do degustacji. - Mianowicie chodzi o Terris. Nie znam szczegółów kłótni, plotki nic nie mówią na ten temat. Wiadomo tylko, że żarli się tak ze sobą od kilku miesięcy. - Upił spory łyk, jakby chciał w szybkim tempie wznieść się na wyżyny percepcji, tej mniej lubianej po alkoholu. - No i w końcu ktoś nie wytrzymał i bęc, mamy wojnę. Ale jakąś taką dziwną. Otóż dostaliśmy oficjalne powiadomienie, iż nasze wojska zostaną przyjęte na naszej własnej ziemi przez armię z Terris. Dokładnie na terenie tej doliny na której jesteśmy. Wyczekujemy tutaj wroga, którego za bardzo nie widać.
- Jak długo tu stacjonujecie? - Avran zamieszał winem w kubku.
- Niecałe dwa tygodnie... - Nagle poły wejścia namiotu rozchyliły się i jakiś zadyszany żołnierz wykrzyczał:
- Generale! Pojawił się wróg na horyzoncie!
- Ożesz no, sobie wybrali moment! - zawołał Marco wstając z godną podziwu szybkością. - Nuże, nuże, na front! Chodźmy wreszcie pokazać tym gnojkom jak traktujemy niechcianych gości!

***


Avran stojąc obok generała Marco i Haerysa wpatrywał się naprzeciw, w mur całkowicie czarnych postaci. Linia wrogich oddziałów była zbyt daleko, by zobaczyć cokolwiek innego oprócz konturów hełmów i naramienników. Noc była nieubłagana, a półksiężyc wychylający się co chwilę spoza chmur nie zmieniał stanu rzeczy.
- Patrzta ich! Specjalnie się w czerń przybrali i w noc atakują. Myślą, że przewagę mają... - zawołał generał. - ...WASZE NIEDOCZEKANIE!
- Generale, może można im to wyperswadować dyplomatycznie. - rzekł Haerys.
- Chcesz, to spróbuj. - odparł Marco. Haerys zrezygnował z tej opcji w oka mgnieniu. Coś niepokojącego było w tej armii. Avran nie zauważył żadnego ruchu. Żadnej krzątaniny, nikt nie poprawiał broni, nikt nie ustawiał proporców. Nie było żadnych okrzyków, dowódca nie jeździł na swym rumaku przed linią wojska i nie nawoływał próbując zwiększyć morale swych żołnierzy. Ściana z całkowicie czarnych wojowników po prostu stała i czekała.
- Czego oni tak stoją? Może czekają na posłańca, czy co? - mruknął Haerys. Avran czuł jego strach. Czuł też strach Marco. Czuł lękowy paraliż każdego z żołnierzy, stojących teraz w niepewności i kurczowo trzymających spoconymi dłońmi włócznie i miecze. Sam nie czuł się zbyt dobrze. Poczuł się jeszcze gorzej, gdy ujrzał na pobliskim głazie białego ptaka. Barwa jego piór była bardzo wyraźna i dobrze widoczna pomimo zalegających wokół ciemności. Ptak wpatrywał się wprost w jego twarz. I szeptał. Avran z początku nie rozumiał słów, ale w końcu do niego dotarły: "Kim jesteś?", "Musisz zrozumieć...". Słynnego najemnika z Enderhadu obleciał strach. Jego twarz nagle zbladła, a serce zaczęło niespokojnie uderzać w klatkę piersiową. Po niespełna dwóch latach, dogoniła go mroczna przeszłość. Dorwała go i zaczęła siać zamęt i rzeź.
Biały kruk nagle wzbił się w powietrze i przy akompaniamencie swoich przeraźliwie głośnych kraknięć i pisknięć runął w jednego z żołnierzy. Powstała chwilowa kotłowanina i szamotanina, upstrzona krzykami i wołaniem o pomoc, uwieńczona przerażającym wrzaskiem zaatakowanego. Po chwili głaz został zbrukany krwią cieknącą z dopiero co wyrwanego oka, tkwiącego w dziobie białego kruka. To musiał być sygnał do ataku. Avran zdławił w sobie zdziwienie i niedowierzanie. Wróg ruszył do walki. A raczej wzniósł się w powietrze. Czarni wojownicy w pewnym momencie rozbili się na tysiące pomniejszych latających stworzonek, które przysłoniły całkowicie niebo i sprawiły, że spokojna okolica Doliny Dorreńskiej utonęła w krwi i spazmach bólu.
Avran nie czekał już na nic. Postanowił po prostu stąd uciec. Z takim wrogiem się nie walczy, bo niby jak? Przebił się przez wał okrwawionych ciał z porozrywanymi twarzami. Wokół niego szalała burza, deszczem była tryskająca krew, wiatrem ostatnie tchnienia umierających, piorunami błyski pochodni i ostrzy, a grzmotami krzyki przerażenia i kakofonia niewyobrażalnego cierpienia. Widział stado ptaków z hukiem spadające w grupkę uciekinierów. Widział żołnierza broniącego się przed jednym zaciekłym ptaszyskiem. Biegł między płonącymi namiotami, aż dotarł na skraj lasu. Biegł po trupach i resztkach nadżartych zadziobanych ciał.
Zatrzymał go biały kruk. Przefrunął tuż przed nim i przysiadł na gałęzi lustrując go swym okiem. Otworzył dziób i wyrzekł ludzkim głosem kilka zdań:
- Kim jesteś, Avranie? Dlaczego nie chcesz rozumieć? Ja, Morigan, emisariuszka Dolnej Anharii nakazuję Ci wrócić na swoje miejsce i wypełnić swoje przeznaczenie. Konsekwencje swego występku znasz już doskonale i wiedz, że nie skończą się one dopóki nie wypełnisz swego losu zgodnie z planem Wszechświatłego Boga Słońce...
Avran tylko kręcił głową przecząc każdej informacji, która do niego docierała. Przeklinał dzień w którym odnalazł drogę do Dolnej Anharii i noc, która zmieniła go we Wcielonego. Biały kruk nie czekał na odpowiedź. W oka mgnieniu zniknął w księżycowej poświacie, zostawiając Avrana samego z własnymi rozterkami. Mając przed sobą ciemny las, a za sobą zgliszcza obozu i rozbitą armię Avran powoli przyjął do wiadomości, że oto znów stoi przed wyborem. Stojąc na granicy dwóch światów, mógł wejść do jednego z nich. W spokojną noc lub meandry cierpienia.
- Że co...? - usłyszał za sobą cichy roztrzęsiony głos. Odwracając się, ujrzał leżącego w krwi Haerysa, który trzymał się zakrwawioną dłonią prawego oka. Haerys musiał podsłuchać wieści Morigan i właśnie uświadamiał sobie, kto jest winien takiej rzezi. Avran ciężko oddychając nie potrafił przekazać mu jakichkolwiek wyjaśnień. Robiąc niezdarne kroki w tył, wycofał się i powoli zniknął w gęstwinie...

***


Kruk szorstko zakrakał, wtórując swoim braciom i siostrom. Wzniósł się w powietrze i spikował w dół na roztrzęsionych ludzi. W jednej chwili poczuł ciepło rozrywanego na strzępy ciała oraz smak krwi i potu. Przebił się przez brzuch jakiegoś chudzielca, grubasa dziobnął w skroń, brodatemu wielkoludowi wydrapał pazurami oczy. Wpadł niczym szalejący demon w płonące zgliszcza goniąc jakiegoś niezdarę. Dziobnął go w kark, rozorał mu plecy. Wrzasnął nagle przeszywająco, gdy jego pióra liznęły płomienie rozpadającego się namiotu. Czując ogromny żar i ból płonących skrzydeł, kruk wyciągnął głowę ku księżycowi migającemu w ogniu, by wykrzyczeć ostatni raz: "Lenore!".

Ogień pożarł wszystko.

W następną noc odnalazły go w popiele szepcące duszki. Myślały, że ptak wstanie i niczym feniks wypełni się czystością i esencją dobra, lecz nic takiego nie mogło mieć miejsca. Bo to nie była Dolna Anharia, lecz Dolina Dorreńska - miejsce Bitwy ze Straszliwą Ciemnością, o której opowiada do dziś nieliczna garstka tych, co przeżyli ten koszmar...
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Historie różnych dziejów, czasów i światów - By Dragon
Post: 16 sty 2015, 01:23 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 1798
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
No, w końcu żem się zebrała. Czas najwyższy. Sory, że w ogóle tego nie zauważyłam :D

Cytuj:
Łypnął szklistym okiem w ziemię

Jak dla mnie to brzmi jakby walnął tym okiem w ziemię xD Lepiej byłoby "na ziemię".

Cytuj:
Dziewczynka bez wahania wzięła go na ręce i ogrzewając jego zmarznięte skrzydełka,

Jakoś trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kto złapie sobie ptaka, ot tak. :D Ale no cusz, może dziewczynka miała talent xD

Cytuj:
Pozbawiona niemal doszczętnie z sił.

To "z" chyba jest zbędne. I w ogóle jakoś chyba dziwnie to brzmi xD Może "Niemal doszczętnie pozbawiona sił."

Cytuj:
Zo-zobaczysz... - jej szept został zagłuszony przez tupot ciężkich butów. - ...papa ptaszku! - Kruk widział jak Lenore oddala się otoczona własnym krzykiem. Z daleka patrzył jak jej ciało zawisa na drzewie. Ludzie, którzy jej to zrobili w śmiechu odjechali na swych koniach.

Jakoś za szybko się to potoczyło jak dla mnie xD Ale w sumie to tylko przebłyski pamięci, więc można uznać.

Cytuj:
aż wymarze swój żal lub zginie

:eek: WYMAŻE.

Cytuj:
Obóz był ogromny, linia namiotów przecinała leśny ekosystem

Dziwnie się to czyta, kiedy cały tekst próbujesz stylizować tak na starosłowiańsko, a tu z "ekosystemem" wyjeżdżasz xD

No. Także ten. Jak dla mnie super :) Te u góry to chyba najbardziej rażące błędy, jakie udało mi się dostrzec, więc nie było z nimi tak źle :D Ale ta akcja z krukami jest świetna. Nawet bym nie pomyślała kurczę, że tak to się potoczy :) Fakt, że nie pamiętam już dobrze, co działo się w poprzednich częściach, ale chciałabym wiedzieć, co dzieje się dalej. Fajnie wyszły ci stylizowane wypowiedzi postaci, chociaż chwilami miałam wrażenie, że jest to robione na siłę. Ale ogólnie mi się podoba. 7,5/10, gratulacje. Zdał pan.

Daje syrenkę.
Obrazek

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Historie różnych dziejów, czasów i światów - By Dragon
Post: 19 gru 2016, 21:03 
Paladyn
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 15
Rejestracja: 21 mar 2009, 11:20
Posty: 2390
Lokalizacja: Pomoria
Płeć: Mężczyzna
Dzień dobry :). Coś napisałem. Bardzo króciutkiego, bo chcę się dowiedzieć, czy warto iść w tę stronę... tzn. czy pisać kolejne fragmenty tej opowieści :D. Dacie znać? Fajnie by było :D


ZWIASTUNKA cz.1


Nocną ciemność przecięła gorejąca blizna. Ciszę dławiły ogłuszające huki. Starą, nieużywaną stację kolejową pożerały płomienie, tańczące w spektakularnych eksplozjach. Wściekłe pociski uderzały w jeden punkt tworząc ogromną piekielną nawałnicę. Kałuże na nierównych zamszonych betonowych płytach odbijały cały spektakl. Zapamiętywały każdy błysk, każdy podmuch, każdy gest szalejącej i wrzeszczącej z całych sił kobiety.
- Nie jesteś nieśmiertelny! – krzyczała dama w czarnej sukni, jednocześnie kreśląc w powietrzu zawiłe oślepiające gesty. – Nie jesteś! – W końcu ostatkiem swych sił wywołała rozżarzone do białości apogeum, które stopiło nawet stare zardzewiałe kolejowe szyny, a zapuszczony zarośnięty peron obróciło w pył.
- Nie, nie jestem. – Z płomiennej chmury wydostał się głos, spokojny i zarazem złowrogi.
Oczy niedowierzającej Flores Felici utonęły w cieniu, kiedy On nagle znalazł się tuż przed nią. Bardzo blisko. Tak, że niemal stykali się czubkami nosów. – I ty również nie. – dodał mężczyzna, a potem coś mignęło i w ułamku sekundy na cichy, spokojny, tonący w starości peron potoczyła się głowa, a następnie upadło ciało panny Flores.

***


Nawet gołębie przestały gruchać na czerwonych dachach pochylonych kamieniczek. Rynek wypełnił się ludźmi. Była to zdumiona, nieco przestraszona masa ciekawskich gapiów, pośród której matki zakrywały oczy swym pociechom, a kobiety bezdzietne kryły się za drapiącymi się po beretach mężczyznami. Tłum szczelnie zamknął w swym sercu niewielką przestrzeń, po której niespiesznie wędrował wysoki długowłosy jegomość.
- Mieszkańcy Shawbury. – odezwał się donośnym szorstkim głosem, spoglądając na rzeczonych mieszkańców spod przymrużonych powiek. – Oto wasza czarownica! – mówiąc to, szarpnął trzymaną za czarne loki odciętą głową, unosząc ją wysoko w górę. Tłum zaszemrał i zafalował niespokojnie.
Wtem mężczyzna zwrócił się bezpośrednio do swojego trofeum:
- Mów.
Blada twarz zmieniła się w jednej chwili ze zdumionej w zapłakaną i przerażoną. Z ogromnym wysiłkiem zaczęła artykułować słowa:
- Ukradłam złoty wisiorek Amandzie Stemway. Zakopałam żywcem dwie młode kozy. Odprawiałam zakazane czary i rzucałam uroki. Obelżywie wypowiadałam się o kardynale Attenborough… - głowa zawahała się na moment.
- Mów! – mężczyzna silniej potrząsnął głową.
- Zabiłam trzydzieści cztery dzieciątka w celach eksperymentalnych. – słowa ugrzęzły w gorzkim płaczu. Zaczerwienione oczy ukryły się pod wstydliwymi powiekami, a twarz zamarła w niemym cierpieniu.
Przez rynek przetoczył się zaskoczony pogłos zdumień, strachu i niepewności. Ludzie patrzyli po sobie pytając wzrokiem, czy się przypadkiem nie przesłyszeli.
- Takie chcecie mieć zielarki? – ponury człowiek nie przestawał mówić. – Takie chcecie mieć lekarki? Nauczycielki? Nianie? Służebne? Krawcowe i gospodynie? – rzucił głową w przerażony tłum i ruszył w kierunku katedry – Kiedy się wreszcie nauczycie, że magowie są naszymi wrogami? – dodał jakby z nutką żalu i zniknął w gąszczu setek niespokojnych rozmów.

***


Dyszała ciężko, próbując wstać z kamiennej podłogi. Ktoś jej pomógł. Kilka silnych ramion chwyciło ją i posadziło na krześle przy ścianie. Wyglądała na wycieńczoną. Czarne loki rozpełzły się po bukowym oparciu. Opadła na nie jakby z ulgą, ale tylko na chwilę. Łapczywie złapała oddech, jakby w ostatniej chwili wynurzyła się z wody, zgięła w pół i otworzyła oczy. A w oczach wciąż żarzył się ogień.
- On… - wyszeptała.
- Przecież Cię uprzedzaliśmy. – przerwał jej niski brzuchaty jegomość w szarym kubraku.
- Ale on nawet nie poczuł, Sten. – spojrzała w podłogę, jakby tam szukała jakichś wskazówek. – Jak to możliwe?
- Taka jest prawda. - Tym razem odezwał się poczciwy staruszek siedzący na wózku inwalidzkim. - Nie ima się go żadna magia. Absolutnie żadna.
- Ale… jak?! – Ze wściekłością wstała z miejsca i stanęła na środku izby rozglądając się nerwowo wokół.
- Przestań Flores. – dziadek prychnął ze zniecierpliwieniem. – Gdybym wiedział, już dawno bym go przecież zabił…
- Flores, czy on Ci ściął głowę? – chudy mężczyzna z płowym wąsem pochylił się w jej kierunku baczniej przyglądając się szyi.
- Stul pysk, Bleabount!
- O nie! Wypraszam sobie!
Kłótnia nie zdążyła się w pełni rozwinąć, gdyż drzwi pomieszczenia otwarły się z hukiem. Do środka, niczym burza, wparował młodzieniec o jasnych prostych włosach i niemal natychmiast rzucił się w stronę Flores krzycząc:
- Czy to prawda?!
- Hej!
– Sten i Bleabount przytrzymali chłopaka. – Odbiło Ci?
- Zrobiłaś to?! – blondyn był wyraźnie roztrzęsiony.
- Że niby co? – spytała Flores tak jadowicie, jak tylko się dało.
- To, co twoja głowa pieprzy na rynku Shawbury… zabiłaś te dzieci?
- Ja… Pierre, co Ty wygadujesz… jaka głowa, jakie dzieci?!

_________________
"It's always further than it looks.
It's always taller than it looks.
And it's always harder than it looks."

3 RULES OF MOUNTAINEERING
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Historie różnych dziejów, czasów i światów - By Dragon
Post: 19 gru 2016, 21:15 
Future MILFgaardian
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 35
Rejestracja: 28 mar 2013, 13:45
Posty: 1798
Lokalizacja: Vicovaro
Płeć: Kobieta
Uuuuuuuuuuuuuu, dobreee :D Zaciekawiło mnie bardzo. Pisz koniecznie dalej!
Tak mi się jakoś steampunkowy klimat kojarzy, ale czy dobrze myślę? :D

Co do technicznej kwestii nie mam jakoś większych zastrzeżeń. Troszkę początek mi zgrzyta, znaczy te opisy. Nie wiem dokładnie co, coś w budowie zdań, zupełnie techniczna jego strona, ale nie wiem sama xD Ale to tylko takie czepianie się już na chama, poza tym jest jak dla mnie super :)

_________________
Obrazek
Na górę
  Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do: